7 listopada 2012

"Magiczny Tybet" - kulturalne harakiri

 Czego Ambasada Chińska nie chce pokazać Warszawiakom


Znam Chiny na tyle dobrze, żeby kochać je i nienawidzić równocześnie. Spędziłam w nich na tyle dużo czasu, aby napatrzeć się na propagandowe plakaty, nasłuchać partyjnych sloganów, kupowałam „China Daily” codziennie wracając ze szkoły. Propaganda jest nieodłączną częścią oficjalnego przekazu telewizji, radia, nawet czytanek, z których uczyłam się pierwszych znaków. Uodporniłam się. Chociaż propagandowego magazynu „China’s Tibet” nigdy nie dało się czytać. Cieszyłam się, że język ten zostawiłam daleko, że w Polsce mówi się o Chinach rzetelnie, że o Tybecie rozmawia w miarę swobodnie nawet z chińskimi znajomymi.


Przedstawienie „Magiczny Tybet”, które odbyło się 5.11 w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki to absolutny strzał w nogę a za spust pociągnęli sami urzędnicy ambasady ChRL. Jeszcze kilka dni wcześniej trudno było uwierzyć, że ambasada jest w stanie zorganizować tego rodzaju występ, w takim momencie, w takim miejscu, z taką publicznością i w takiej tajemnicy. Na mieście brak było plakatów, szczątkowe informacje przekazywane sobie wraz z rozchodzącymi się niemal w tajemnicy zaproszeniami. Dlaczego ambasada inauguruje Chiński Tydzień Kultury Tybetańskiej w takiej tajemnicy? Dlaczego nie zależy jej, żeby dowiedzieli się o tym wszyscy: prasa, warszawiacy. Dlaczego zaproszeń nie otrzymują mieszkający w Polsce Tybetańczycy? Przecież oni też mają prawo pokazać swoją kulturę, swoją muzykę, mówić o sobie w duchu, co wielokrotnie podkreślano podczas przedstawienia, afirmacji życia.



Problem polega tylko na tym, że Tybetańczycy w Tybecie nie mają co afirmować, bo nie są szczęśliwi. Nie są szczęśliwsi niż mieszkańcy prowincji Gansu, Syczuan czy Guizhou. Ale twórcy przedstawienia ze wszystkich sił starali się pokazać, że Tybetańczycy niemal na co dzień tańczą z radości, że sielsko żyją na swoich pastwiskach w otoczeniu zielonych gór i dorodnych stad jaków. Szkoda tylko, że to nieprawda i zdziwienie moje budzi fakt, że nikt z organizatorów wspaniałego tygodnia na to nie wpadł. Wyjątkową bezmyślnością lub cynizmem wykazali się organizatorzy, zarówno chińscy jak i polscy, mówiąc o trwałości kultury tybetańskiej, która rozkwita w granicach ChRL. Jak można być tak ślepym? Jak można być tak okrutnym?

Na wczorajsze przedstawienie nie było łatwo się dostać. Być może organizatorzy bali się, że gdyby bilety były w oficjalnej sprzedaży część z nich trafiłaby w ręce aktywistów, Tybetańczyków, którzy chcieliby zaprotestować i zepsuć tak misternie przygotowywany wieczór. Obyło się bez protestów, przynajmniej w środku. Co działo się na zewnątrz, nikogo w środku nie obchodziło. Przedstawienie poprzedził uroczysty bankiet. Na szyjach gości zawisły białe khataki, symbole błogosławieństwa. Niektórzy goście przerzucali je sobie przez ramię niczym szarfy, niektóre panie wiązały w kokardkę, bo tak ładniej wyglądały. Przedstawienie zainaugurował Duo Tuo, druga pod względem ważności osoba w Tybetańskim Regionie Autonomicznym. Ubrany w tybetański strój przemawiał po chińsku. Zapowiedział wydarzenie bez precedensu – Chiński Tydzień Kultury Tybetańskiej w Warszawie. Znów padło kilka pustych słów o afirmacji życia w pieśniach, o współpracy między narodami. Ileż razy to już słyszałam? Z ust chińskich przedstawicieli w Polsce pada to od zawsze i przy każdej możliwej okazji. Taki język. Ale powtórzony ustami Józefa Oleksego, który również gościł na spotkaniu miał wydźwięk znacznie ważniejszy. Gdzie poczucie przyzwoitości? Gdzie instynkt polityczny? Tylko po to, żeby móc po raz szósty pojechać do Chin i znów dobrze się bawić? Czy to było tego warte? Panie pośle, nie było!

Występy można było uznać za piękne, ale tylko jeśli nie zna się historii Tybetu, jego prawdziwej tradycji, kultury, jego języka i co najważniejsze aktualnej sytuacji. Jeśli ma się zamknięte oczy i ograniczony rozum to zachwycić mogły stroje, mocne dźwięki bębnów, intonowana mantra, nawet podrzucający włosami Tybetańczycy.


Tylko gdzie, na Boga i Buddę, Tybetańczycy noszą takie stroje? Gdzie Tybetanki chodzą z odkrytymi brzuchami potrząsając koralikami? Gdzie Tybetańczycy podrygują w takt chińskiego disco? Będąc w Tybecie wielokrotnie byłam świadkiem tzw. przedstawień folklorystycznych, które oglądają turyści, w przerwach jedząc bufetowe kolacje. Przedstawienia są z reguły proste, skoczne, trochę tandetne, ubrania artystów pamiętają czasy Rewolucji Kulturalnej, w przerwach artyści zmieniają się w kelnerów. Młodzi Tybetańczycy przebrani za najważniejsze postaci tybetańskiej kultury – np. starca Tantonga Gjalpo czy Thonmi Sambhotę tańczą w rytm wybijany bębnami. Te przedstawienia przywodzą mi zawsze na myśl szkolne akademie, odgrywane ze sztucznością, budzą jednak w turystach wesołość i miło je się przy nich chiński makaron. Wczorajsze przedstawienie poziomem artystycznym dorównywało występom Mazowsza czy adeptów kung fu z Chin, którzy z przedstawieniem „Klasztor Szaolin” objeżdżają świat. Było obiektywnie dobre, ale nie dało się tego oglądać jeśli ktoś myśli, czuje i czytuje gazety. Piękne stroje i wysokie głosy nie ukryły 63 ofiar samospaleń, ponad 60 lat okupacji i tysięcy tybetańskich istnień. Aby zobaczyć prawdziwe tybetańskie stroje trzeba było wyjść na zewnątrz, bo takie nosili protestujący przed Salą Kongresową mieszkający w Warszawie Tybetańczycy. Aby usłyszeć tybetańską muzykę należało by wybrać się na koncert Śnieżnych Lwów, których występy w Polsce co roku znaczyły obchody Tybetańskiego Nowego Roku. Od kilku lat Tybetańczycy nie świętują. Nie mają czego. Czy organizatorzy z chińskiej ambasady przekonali kogoś do swojej prawdy? Nie. Ale nie to było ich zamiarem. Nie zaprosili nieprzekonanych. Nie zaprosili nikogo, kto głośno chciałby o tym porozmawiać. Na korytarzach nie toczyły się zażarte dyskusje na temat zasadności obecności chińskiej w Tybecie, na temat podpalających się mnichów, na temat flagi tybetańskiej, która legalnie powiewała tylko przed Salą Kongresową. Większość zaproszonych gości weszła wejściem, gdzie nie było słychać protestów, nieliczni zwrócili na nie uwagę, jeszcze mniej osób wróciło do domu. Wstyd! Ale większość gości lekcję stosunków chińsko-tybetańskich odrobiła już dawno. „Tybet jest częścią Chin. Przed 1950 rokiem Tybet był teokratycznie zarządzanym państwem z rzeszą niewolników”. Na tym zamknijmy ten temat. Informacyjna papka, piękne obrazki. Obłuda. Cynizm. Akceptacja zastanej rzeczywistości bez chęci kwestionowania i zadawania pytań. Po co więc odbyło się to przedstawienie? Zaproszeni do Pałacu Kultury i Nauki Chińczycy bawili się świetnie. Dzieci biegały wesoło po schodach, kobiety w futrzanych szalach przechadzały się między siedzeniami. Ot, kolejny kulturalny wieczór, spędzony w gronie znajomych. Nie trzeba było walczyć o dusze nieprzekonanych, wszyscy bili brawo. Szczególnie po wykonaniu „Kukułeczki”. Wzbudziła podziw, serdeczne uśmiechy i powiew nostalgii. Jakże piękny element! Podobnie jak wykonana po chińsku pieśń „Wyżyna Tybetańska”. Zna ją każdy Chińczyk, często sama nuciłam ją pod nosem jak nasze „Hej sokoły”. Prawie mi się łezka w oku zakręciła.


Występ zakończyła pieśń „Magiczny Tybet”. Słowa piosenki są bardzo wzniosłe.
Wspaniała, majestatyczna wyżyna,
Nieskończenie piękny Tybet,
My, szczęśliwi i pogodni, śpiewamy pieśń o tej wyżynie.
Ta poruszająca pieśń to hada naszych serc
Oby szczęśliwe życie stało się jeszcze szczęśliwsze,
Oby jasne promienie słoneczne rozbłysły jeszcze silniejszym blaskiem,
Oby nasz piękny dom stał się jeszcze piękniejszy.


Tłumacz nie wiedział jak przetłumaczyć słowo „hada”. To chińskie słowo oznaczające „khatak” wręczany na znak błogosławieństwa i dobrych życzeń. Taki jaki dostali goście, uczestnicy bankietu.
Podobnie jak Tybetańczycy stojący na zewnątrz miałam tego wieczoru tylko jedno życzenie: oby ta poruszająca pieśń zabrzmiała kiedyś w Wolnym Tybecie. 


Orientalistka