Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczesny Tybet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współczesny Tybet. Pokaż wszystkie posty

28 października 2012

Pięć powodów aby z nadzieją patrzeć na Tybet

W niezwykle trudnym czasie, gdy docierają do nas co nowsze doniesienia o kolejnych samospaleniach w Tybecie, gdy do głowy przychodzi raczej „Raport z oblężonego miasta” Herberta, tekst Tendora, szefa Students for a Free Tibet daje nadzieję.

W zeszłym tygodniu uczestniczyłem konferencji Światowego Ruchu na rzecz Demokracji, która odbyła się w stolicy Peru, Limie, gdzie spotkali się aktywiści, dziennikarze, parlamentarzyści, byli więźniowie polityczni z niemal każdego państwa.

Praktycznie każdy, z kim rozmawiałem chciał wiedzieć, czy nadchodząca zmiana chińskiego przywództwa przyniesie zmianę w Tybecie? Czy Xi Jinping zmieni Tybet tak, jak nie dokonał tego Hu Jintao?

“Dyktatorzy nie przynoszą zmiany,” – przypominałem, “zmiana możliwa jest dzięki ludziom, którzy zmuszają dyktatorów do działania”. „Jednak jeszcze ważniejsze,” – podkreślałem, „w Tybecie już dokonała się zmiana”. Ta zmiana jest trudna do uchwycenia, kiedy co najmniej 60 Tybetańczyków podpaliło się w imię wolności. Chociaż informacje o samospaleniach rozdzierają nasze serca – dziś dotarły informacje o czterech kolejnych – musimy wejrzeć głębiej, aby usłyszeć niezwykłe, podnoszące na duchu historie o braku współpracy [strategia bojkotu/braku współpracy z okupantem – red.], renesansie kultury, kreatywnym oporze, który przekształcił tybetański aktywizm i nieodwracalnie zmienił Tybet.
(…)
Gdy oceniamy z szerzej perspektywy oporu, widzimy że Chiny już teraz straciły Tybet; kontrolują kraj wyłącznie siłami zbrojnymi. Panowanie nad niesfornym płaskowyżem nigdy nie było słabsze, a tybetański opór mocniejszy.

Pomimo tego trudnego rozdziału w historii Tybetu, jest wiele powodów aby mieć nadzieję o tybetańską przyszłość. Poniżej wymieniam tylko pięć. Proszę, przekażcie je innym i wspierajcie światowy ruch na rzecz wolności w Tybecie.

Pięć powodów aby z nadzieją patrzeć na Tybet

Powód 1. Wolność jest zaraźliwa. Od Birmy po Tunezję, od Jemenu po Egipt, siły demokratyczne zwyciężają. Oczywiście transformacja z dyktatury do demokracji, z okupacji do wolności niesie za sobą wyzwania, ale Tybetańczycy są gotowi stawić im czoła. Wraz z rozprzestrzenianiem się fali wolności na świecie, towarzysze dyktatorzy są coraz bardziej izolowani. Ten przyrost sfery wolności i demokracji na świecie będzie miał wpływ na Tybet, Chiny i pozostałe państwa policyjne w każdym wymiarze – psychologicznym, społecznym, kulturalnym i politycznym. Chiny stoją na czele świata pozbawionego wolności, ale ten świat się kurczy, prowadząc jednocześnie do słabnięcia wewnętrznej jak i międzynarodowej legitymacji chińskiej Partii Komunistycznej.

Pierwsza praca z "harmonijnego" cyklu "hexie farm" - czyli "wodny krab" lub inaczej czytając "harmonia" - której wprowadzanie przez chińską władzę oznacza prześladowanie dysydentów. Autorem jest niejaki Szalony Krab “疯蟹”, pozostający anoni
mowym chiński rysownik. Znawcy sztuki znajdą odniesienia do "3 maja 1808" Goi. Praca zatytułowana "Zabijanie ducha Tybetu".

Powód 2. Brak współpracy w Tybecie. Lhakar, nowy oddolny ruch społeczny zainicjowany w Tybecie po powstaniu 2008 roku, obejmuje taktykę braku współpracy oraz bezpośredniej interwencji. Tybetańscy aktywiści, którzy tradycyjnie opierali swoje działania na obarczonej wysokim ryzykiem taktyce protestów, teraz wzbogacili swój arsenał o bardziej stonowane, ale silne narzędzie braku współpracy: bojkotują chiński biznes, instytucje, kulturę a nawet język. W Kardze i Ngabie Tybetańczycy unikają chińskich restauracji wybierając w zamian te prowadzone przez Tybetańczyków – to przykład ekonomicznego braku współpracy zapożyczony od Gandhiego. W Khawa Karpo, Tybetańczycy umęczeni protestowaniem przeciwko chińskim firmom wydobywczym, wrzucili do rzeki sprzęt górniczy o wartości 300 000 dolarów – to przykład bezpośredniej interwencji bez stosowania przemocy. Pośród wszystkich bezprzemocowych taktyk, odmowa współpracy oraz bezpośrednia interwencja dają najlepsze efekty w podcinaniu filarów opresji.

Powód 3: Lhakar czyni z kultury broń. Lhakar zmienił tybetańską kulturę w bezprzemocową broń, która odbiera władzę chińskiemu okupantowi i znajduje się w rękach każdego Tybetańczyka. Lhakar odwrócił bieg, trwającej pięćdziesiąt lat, chińskiej kampanii sinizacji tybetańskiej kultury. Tybetańczycy dumnie noszą tradycyjne stroje, mówią i piszą po tybetańsku, używają sztuki, literatury, poezji i muzyki aby wyrazić swoje marzenie o wolności i wiarę w Dalajlamę. Pieśni, książki i teledyski z politycznym podtekstem stały się bestsellerami i hitami w Tybecie, wskazując na renesans współczesnej tybetańskości. W przeszłości, w wielu walkach z kolonializmami, skuteczną rewolucję poprzedzało odrodzenie kultury, które nabiera tempa w Tybecie. Lhakar spowodował, że aktywizm stał się dostępny dla każdego i tani – odbywa się na rachunek chińskiego rządu.


Powód 4: Internet = informacja = wolność. Chiński rząd kontroluje Tybet, jak i Chiny, uzależniony od utrzymywania totalitarnej kontroli nad informacją i utrzymaniem mas w nieświadomości. W dzisiejszych czasach, dzięki interetowi, ta kontrola jest coraz słabsza. Chiński rząd ma we własnym narodzie znacznie potężniejszego wroga, niż dziesięć lat temu – dzięki prędkości z jaką rozchodzą się informacje. Aparat cenzury w Pekinie stale przegrywa z pomysłowością chińskich i tybetańskich obywateli sieci, którzy szukają prawdziwych informacji i nie dają się ograniczać.

Powód 5. Dyktatury także się starzeją i umierają. Totalitaryzm to ślepy zaułek. Chińska Partia Komunistyczna była w stanie przetrwać do dzisiaj korygując system, ale poprawki nie są w stanie dłużej uchronić jej od rosnącego niezadowolenia ludzi, groźnej dewastacji środowiska, endemicznej korupcji i spowalniającej gospodarki. Według chińskiego naukowca Minxin Pei, naturą dyktatur jest to że opierają się o błędne założenia, przez co ich istnienie ograniczone jest w czasie do kilku dekad, nawet jeśli chodzi o najbardziej trwałe reżimy. Związek Radziecki rozpadł się po 74 latach, reżim w Meksyku trwał 71 lat, Kuomintang 73 lata. Chińska Partia Komunistyczna liczy sobie 63 lata, i według Pei – przy dobrych wiatrach - przetrwa nie więcej niż kolejne 10 lat.

***

Tendor, Dyrektor Generalny Students for a Free Tibet, największej międzynarodowej sieci aktywistów działających na rzecz Tybetu. Urodził się w 1979 r. w Indiach, studiował stosunki międzynarodowe w USA, pracował m.in. w National Endowment for Democracy, od 2004 r. pracuje dla SFT, początkowo jako rzecznik organizacji w 2009 zastąpił Lhadon Tethong na stanowisku szefa organizacji. Autor licznych artykułów i komentarzy na tematy sytuacji w Tybecie w międzynarodowych mediach.

6 października 2012

Dekodując 'Drapchi'


Tenzin Tsunude recenzuje DRAPCHI

Film fabularny/kolor/80 min
Reżyser: Arvind Iyer
Scenariusz: Pooja Ladha Surti
Zdjęcia: Trevor Tweeten
Producent: Iceberg Nine Films
Aktorzy: Namgyal Lhamo i inni
Premiera: 10 marca 2013



“Powstanie wiele filmów w oparciu o nieznane historie tybetańskiej walki o wolność, szczególnie o wojowniczych Khampa, jednak Drapchi przedstawia pierwszą tybetańską bohaterkę Yiga. Jej historia zostanie z tobą długo po tym, jak zapadnie kurtyna”


Wiele lat od początku chińskiej okupacji, uchodźstwie Dalajlamy, po Rewolucji Kulturalnej w czasie której Tybet legł w gruzach, po tym jak Deng Xiaoping sprzedał komunizm w zamian za konsumpcyjną gospodarkę rynkową, nawet po tym jak świat poddał Tybet i działania bez stosowania przemocy – Tybetańczycy nie zaprzestali dwóch rzeczy: modlitw i śpiewu.

Drapchi stanowi rzadkim przykład filmu o Tybecie, który opowiada historię sięgającą samego sedna cierpień narodu tybetańskiego.  Opowiedziana prostą narracją, Drapchi jest pełną mocy historią Tybetanki, która ucieka z więzienia-bunkra położonego głęboko w odległym górskim regionie Tybetu, udaje jej się ocalić życie w przeprawie przez Himalaje do Nepalu, gdzie przeżywa wspomnienia o swojej przeszłości przed ucieczką na nową emigrację – do Europy.

Fabularny debiut Arvinda Iyera stanowi niecodzienną produkcję stworzoną w Mumbaju, stolicy Bollywood. Ten tętniący życiem przemysł filmowy, nie stworzył dotychczas choćby jednego filmu o Tybecie, w czasie kiedy w Hollywood powstały produkcje takie jak ‘Kundun’ Martina Scorsese – historię życia Dalajlamy czy ‘Siedem lat w Tybecie’ Jean-Jacques Annaunda z Bradem Pittem w roli głównej.

Tytuł filmu został zapożyczony od lhaskiego więzienia Drapchi, które do niedawna było najsławniejszym wiezieniem w Tybecie, w filmie zaś stanowi metaforę strachu, kontroli i nielegalnych zatrzymań Tybetańczyków w całym okupowanym Tybecie.

Iyer nie jest aktywistą. Jest twórcą historii. Z powodzeniem przełamuje stereotypy, jego bohaterka Yiga Gyalnang, pewna siebie i najwyraźniej zamożna śpiewaczka operowa, sławna w swoim zawodzie, jest niezależną i pewną siebie kobietą, która sama prowadzi samochód i mówi po angielsku.

Yiga nie jest ani mniszką ani świętą. Yiga, zagrana została przez mieszkającą w Holandii tybetańską gwiazdę – śpiewaczkę Namgyal Lhamo, doskonale odnajduje się w roli, która wygląda na stworzoną wprost dla niej. W jej głosie słychać wodę z topniejącego śniegi, śpiewając od samego początku rozpala celuloid; w zestawieniu z śnieżnymi górami i rozległymi zielonymi pastwiskami – natychmiast przenosi każdego na Wyżynę Tybetańską.

Postać Yigi jest niewiarygodnie podobna do prawdziwego życia Namgyal Lhamo, która przedstawia ją z godnością i nonszalancką łatwością. Jej pieśni pełne mocnych uderzeń i hipnotycznych momentów stanowią filmowe tło, oddające wnętrze ducha, kiedy bohaterka jest aresztowana, więziona i torturowana, a nawet brutalnie gwałcona w więzieniu.

Kiedy przy braku reakcji świata, na dachu świata dochodzi do najbardziej wstrząsających doświadczeń tortur i zastraszania, Yiga mówi „Wolność nie jest ucieczką z więzienia, ale pokonaniem własnego strachu”.

Światowa premiera “Drapchi” odbyła się 29 czerwca w New Delhi, na dwunastym „Osian’s Cinefan Festival of Asian and Arab Cinema” , Tybetańska część widowni była poruszona do łez realistycznym oddaniem własnego losu. Po projekcji, w imieniu ponad 300 Tybetańczyków obecnych na festiwalu, Przedstawiciel Dalajlamy Tempa Tsering, podziękował reżyserowi słowami: „Prawda odzyskała głos”.

Drapchi pozostawia nam coś na dłużej. Pokazuje, co się dzieje, kiedy duchowo rozwinięci ludzie w Tybecie są poddani agresji pod lufami karabinów, kiedy nie ma ucieczki, i jak sobie radzą z prawdziwym wyzwaniem nauk Buddy. Jak można praktykować współczucie, kiedy wróg okupuje twój kraj, zabija wszelki opór a teraz próbuje uciszyć ciebie w więziennej celi?

Powstanie wiele filmów w oparciu o nieznane historie tybetańskiej walki o wolność, szczególnie o wojowniczych Khampa, jednak Drapchi przedstawia pierwszą tybetańską bohaterkę Yiga. Jej historia zostanie z tobą długo po tym, jak zapadnie kurtyna.  ‘Drapchi’ znalazł się w oficjalnej selekcji 28 Warszawskiego Festiwalu Filmowego, 12-21 października 2012 oraz zgłoszony do konkursu 35 Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Kairze.

Film będzie dystrybuowany na świecie od 10 marca 2013 r.


DRAPCHI [Preview] from Iceberg Nine Films on Vimeo.

www.facebook.com/DRAPCHI

* * *
Tenzin Tsundue jest tybetańskim poetą, publicystą i działaczem przebywającym w Dharmasali, w Indiach. Jest sekretarzem organizacji Friends of Tibet opowiadającej się za niepodległością Tybetu. Opublikował książki: „Crossing the order”, „Shemshook” oraz „Kora” (zbiorek wierszy przetłumaczony na j. polski i objęty patronatem przez Program Tybetański Fundacji Inna Przestrzeń). W grudniu 2008 roku na zaproszenie Programu Tybetańskiego przyjechał do Polski, aby wziąć udział w promocji polskiego wydania "Kory" w Klubie Gazety Wyborczej.

18 kwietnia 2012

Dziewięć żyć Kyegudo

W drugą rocznicę trzęsienia ziemi w Yushu



Czternastego kwietnia 2010 r. rano w Kyegudo (chiń. Yushu)/1/ zatrzęsła się ziemia grzebiąc pod gruzami całe niemal miasto. Epicentrum trzęsienia o sile 6,9 stopnia w 9-stopniowej skali Richtera znajdowało się w dolinie Rima, około 50 km na zachód od miasta. W wyniku kataklizmu całkowitemu zniszczeniu uległo ponad 80% budynków, a śmierć poniosło 2.200 osób. Nie znam rodziny w Kyegudo, w której ktoś nie zginąłby pod gruzami.
Jako pierwsi na pomoc uwięzionym ruszyli mnisi z górującego nad miastem klasztoru Dondrubling - przeszukując rumowiska, organizując doraźną pomoc dla ocalałych, prowadząc ceremonie pogrzebowe/2/. Kilka godzin później na gruzach miasta pojawiła się armia chińskich ratowników,  policjantów, żołnierzy i oficjeli. Władze nie miały wyjścia - po trzęsieniu ziemi w Syczuanie (2008), kiedy to przez kraj przetoczyła się fala protestów/3/, nie mogli pozwolić sobie na ponowną utratę twarzy. Po raz drugi w historii Chińskiej Republiki Ludowej ogłoszono oficjalną żałobę narodową. Akcja ratunkowa szybko zamieniła się w telewizyjny show, w którym w głównej roli wystąpił premier Wen Jiabao - własnymi rękoma przeszukując gruzy, pozując z uratowanymi, pocieszając zapłakane dzieci. Stale powtarzał, że tylko dzięki wspólnemu działaniu całego narodu można otrząsnąć się z tego nieszczęścia. Państwowa telewizja podkreślała jedność narodu, heroizm ratowników i wojska oraz lokalnych urzędników bagatelizując rolę jaką odegrali mnisi. Jednakże “ jedność narodu” nie przemiawiała do Tybetańczyków  - na ulicach pojawiły się transparenty “nasza ziemia należy do nas”.  Dało się słyszeć także głosy, że podczas akcji ratowniczej do Chin wywożono odnalezione w gruzach złote przedmioty kultu, oraz cenne tybetańskie mastify/4/.Niepokój mieszkańców wzbudziły także projekty odbudowy Kyegudo,jako modelowego miasteczka turystycznego pod nową chińską nazwą Sanjiangyuan. Projekt nie uwzględniał tybetańskiej specyfiki miasta i jej mieszkańców - rząd miał przejąć najlepsze tereny, pozostawiając Tybetańczykom ograniczone możliwości wyboru.


Dlaczego Yushu jest tak ważne? Pierwsze wzmianki o regionie pojawiają się w epopei o królu Gesarze z Lingu – nazwa miasta pochodzi od występującej w eposie "yul shul" lub "yul gi shul", dosłownie "szczątkowej ziemi". Krainą tą rządził Ga Tempa Gjalcen, a jego piękna córka Singcham Drugmo została żoną Gesara. Od 1951 roku, po podzieleniu Tybetu pomiędzy chińskie/5/ prowincje, Kyegudo zostało stolicą "Tybetańskiej Autonomicznej Prefektury Yushu”, która jak możemy przeczytać w oficjalnym przewodniku składa się z sześciu powiatów i liczy 237.000 mieszkańców. W samym mieście Kyegudo mieszka 37.000 osób. Kiegudo jest tradycyjnie najważniejszym miastem handlowym Tybetu, w którym krzyżuje się wiele szlaków. Przez miasto przechodzi m.in.starożytny szlak Jha Lam (droga herbaty), którym z Dartsedo (chiń. Kangding, prow. Syczuan) do Lhasy dociera większość przywożonej do Tybetu herbaty. Również jedwabie, brokaty, porcelana, khataki, metaloplastyka z Derge, rośliny lecznicze, cienkie tkaniny wełniane z Centralnego Tybetu, tkaniny bawełniane, papierosy i inne towary z Indii, przewożono na grzbietach jaków przez Yushu. W dekadzie poprzedzającej chińską inwazję, miasto stało się bardzo zamożne na co wpływ miało nie tylko dogodne położenie na szlakach handlowych, ale i ogromne łąki, które mogły wyżywić niezliczone ilości jaków potrzebnych do transportu towarów. Kyegudo to nie tylko ważny punkt na ekonomicznej mapie Tybetu, jest to także ważne miejsce z dla tybetańskiej kultury. To właśnie tutaj, w pobliżu miasta pierwszy historycznyy król Tybetu - Songcen Gampo zatrzymał się ze swoją chińską oblubienicą - księżniczką Wencheng, w podróży z Xi'an do Lhasy i to właśnie tutaj król nawrócił się pod jej wpływem na buddyzm. Wydarzenie to upamiętnia 1300-letni klasztor. Inny wiekowy monastyr należący do szkoły Kagju - Trangu Tashi Choeling uległ niemal całkowitemu zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi, a większość z zamieszkujących go mnichów zginęła pod gruzami/6/.


Mijają właśnie dwa lata od tego tragicznego poranka, kiedy trzęsienie ziemi zniszczyło Kyegudo i na długie miesiące zburzyło spokój jego mieszkańców. Do tej pory odbudowano ponad 85% wszystkich zniszczonych budynków - wiele osób powróciło już do nowych domów. Niedługo ma się także zakończyć rekonstrukcja klasztorów. Odbudowa zniszczeń ma kosztować prawie 32 miliardy RMB (ponad 5 miliardów USD); w samym tylko 2012 r. władze prowincji Qinghai przeznaczyły 2,5 miliarda USD na ten cel. W drugiej połowie 2011 r. chiński odpowiednik naszego NIKu przeprowadził audyt inwestycji prowadzonych w Yushu. Kontrola wykazała liczne nieprawidłowości - przy samej tylko odbudowie drogi zmarnotrawiono 34 miliony RMB. Ministerstwo Ochrony Środowiska nie wykorzystało 278 mln RMB przeznaczonych na projekty zwiazane z ochroną środowiska w regionie, a część inwestycji prowadzonych jest bez zgody ministerstwa.

Czas pokaże jaka przyszłość czeka miasto dziewięciu żyć, czy mimo całkowitej przebudowy zdoła zachować swój magiczny charakter? Jestem przekonana, że tak, bo jego największą siłą są mądrzy i dzielni ludzie.


-------------------------------
Przypisy:
/1/ Wg nazewnictwa tybetańskiego nazwa Yushu jest nazwą prefektury - Tybetańska Autonomiczna Prefektura Ysuhu, oraz powiatu. Stolicą prefektury i powiatu jest Kyegudo. Khampowie wymawają tą nazwę Jyekundo lub Gyegudo. Obecnie najpopularniejsza jest zsinizowana wersja - Jyegu, (Kyegu lub Gyegu). Nazwa pochodzi od tybetańskiego „kyelwa gu” i oznacza 9 żyć. Końcówka „do” oznacza, że miasto jest położone u zbiegu dwóch rzek, podobnie jak ma to miejsce w Chamdo i Dartsedo. W przypadku Kyegudo te rzeki to Dza-chu i Peltang-chu. W szerszej perspektywie cały region należy do Kham-toe, czyli Górnego Khamu. Po chińsku sprawa jest o wiele prostsza, zarówno miasto, powiat jak i prefektura to po prostu Yushu.
/2/ Na wzgórzu nieopodal klasztoru Dondrubling urządzono masową kremację. Spotkało się to z protestami społeczności tybetańskiej w Indiach, która potraktowała taką formę pogrzebu jako zamach na tybetańską tradycję. W tej części Tybetu zmarłych chowa się poprzez tzw. niebiańskie pochówki, czyli oddanie ciała na żer ptakom. Niestety ilość ofiar wykluczała tą formę pochówku. 
/3/ Władza zignorowała informacje o zbliżającym się trzęsieniu ziemi.  Mieszkańcy zniszczonych regionów domagali się wyjaśnień dlaczego szkoły i szpitale uległy zniszczeniu a budynki partyjne cudownym trafem ocalały.
/4/ W marcu 2011 r. Tybetański mastif imieniem Hong Dong został sprzedany za 1,5 mln USD, stając się tym samym najdroższym psem na świecie... Tybetańskie Mastify, podobnie jak luksusowe samochody i ubrania od projektantów, są wśród zamożnych Chińczyków symbolem statusu społecznego i bogactwa. http://latimesblogs.latimes.com/unleashed/2011/03/tibetan-mastiff-big-splash.html 
/5/ Wydzielono Tybetański Region Autonomiczny, a pozostałą część przyłączono do Qinghaiu, Gansu, Syczuanu i Yunnanu 
/6/Tego lata (2010) mnisi z tego klasztoru mieli wystąpić przed wrocławską publicznością podczas Brave Festival. Występ odwołano. Cały dochód z festiwalu przeznaczony został na pomoc ofiarom trzęsienia ziemi.


2 listopada 2011

Tybetańskie Głosy z Cyberprzestrzeni

Prezentując osoby istotne dla sprawy Tybetu, publikujemy wywiad z Dechen Penbą, redaktorką bloga High Peaks Pure Earth. W 2011 r. Dechen odwiedziła Polskę na zaproszenie Fundacji Instytut Lecha Wałęsy oraz Fundacji Inna Przestrzeń i wygłosiła w ramach Dni Tybetu w Warszawie dwa wykłady poświęcone prześladowaniom tybetańskich twórców oraz nowym tybetańskim ruchom w internecie .


Gdzie obecnie działa ruch na rzecz Tybetu – w “realnym życiu” czy raczej w Internecie? Czym różni się ruch na rzecz Tybetu działający w Tybecie od tego działającego na uchodźstwie?
Dechen Penba: W moim odczuciu w roku 2008 nastąpiła bardzo znacząca zmiana, która polegała na tym, że Tybetańczycy w Tybecie zaczęli mówić otwartym głosem i sami stali się przywódcami ruchu na rzecz Tybetu. Przejęli oni rolę, którą do tej pory pełnił ruch na rzecz Tybetu działający na uchodźstwie, wspierający Tybetańczyków mieszkających w Tybecie i przemawiający w ich imieniu i na ich rzecz. Ta forma kontynuowana jest już od 2008 roku zarówno w życiu realnym, jak i on-line; od tego też czasu to właśnie Tybetańczycy w Tybecie mają decydujący głos w swojej własnej sprawie. Oczywiście różnica między działaczami na uchodźstwie, a tymi w Tybecie jest taka, że ci przebywający na uchodźstwie mogą mówić o wiele więcej, praktycznie bez ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka.

Czy jest jakaś komunikacja lub podobieństwo między ruchem na rzecz Tybetu działającym w Tybecie, a tym na uchodźstwie i czy jest coś co je łączy?
Chociaż nie jest możliwe, a nawet bezpieczne wykazywanie istnienia zbyt wielu bezpośrednich kontaktów mających miejsce pomiędzy ruchem na rzecz Tybetu działającym w Tybecie i tym działającym na uchodźstwie, to jednak istnieją przykłady wskazujące na pewien rodzaj symbiozy między nimi. Jeden projekt, w którego realizację byłam bezpośrednio zaangażowana dotyczył filmu dokumentalnego zatytułowanego „Leaving Fear Behind” .  Został on nakręcony w latach 2007-2008 przez Tybetańczyków mieszkających w Tybecie. Główny twórca filmu Dhondup Wangchen odsiaduje obecnie wyrok 6 lat pozbawienia wolności za nakręcenie tego właśnie filmu. Film mógł zostać nakręcony i pokazany światu dzięki współpracy jego twórcy Dhondupa Wangchena oraz jego kuzyna mieszkającego w Szwajcarii Gyaljonga Tsetrina. Film powstał dzięki Tybetańczykom mieszkającym w Tybecie, ale jego montaż oraz emisja były możliwe dzięki ruchowi działającemu poza Tybetem, który prowadzi również szeroko zakrojoną kampanię na rzecz uwolnienia Dhondupa Wangchenga.

Internet ułatwia komunikację i przyczynia się do dużej liczby niebezpośrednich kontaktów, które mają miejsce między Tybetem, a działaczami na uchodźstwie. Moja praca, którą zajmuję się wraz z ekipą tworzącą stronę High Peaks Pure Earth polega na śledzeniu blogów z Tybetu i tłumaczeniu ich na język angielski, co w konsekwencji umożliwia zdalną komunikację. Dla przykładu, kiedy film video zatytułowany „I Am Tibetan” ukazał się na portalach społecznościowych, Tybetańczycy mieszkający w Indiach i innych krajach poczuli potrzebę stworzenia swoich własnych filmów na wzór filmu „I Am Tibetan”.


I Am Tibetan (w English subtitles) from HPeaks on Vimeo.


Czym dla Ciebie jest Lhakar i jakie ma znaczenie dla walki o wolny Tybet?  
Po burzliwym 2008 roku obywatele Tybetu zaczęli mocno podkreślać swoją tożsamość poprzez zamieszczanie w Internecie poezji, fragmentów prozy, zdjęć czy filmów video. Chociaż pozornie działania takie wydają się mniej polityczne, to jednak mają one kolosalne znaczenie dla wzmacniania poczucia narodowej tożsamości Tybetańczyków. Później też wśród Tybetańczyków mieszkających w Tybecie zaczęły krążyć pieśni, takie jak „The Sound of Unity” autorstwa Shertena niosące ze sobą bardzo silne przesłanie skierowane do Tybetańczyków, aby byli silni i zjednoczeni.

W tym samym czasie narodził się nowy ruch – ruch odmowy współpracy nazywający się „Lhakar”, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „Biała Środa”. Na jednym z blogów anonimowego blogera z Tybetu, ruch Lhakar wzywa Tybetańczyków do manifestowania swojej tożsamości w każdą środę, nawet w niewielkim zakresie poprzez na przykład noszenie stroju tybetańskiego, wspieranie tybetańskiego biznesu  czy mówienie wyłącznie w języku tybetańskim. Ruch ten zdobył sobie także popularność na uchodźstwie i zainspirował młodych Tybetańczyków prowadzących stronę internetową pod nazwą „Lhakar Diaries”. Na stronie tej dokumentowane są  przypadki manifestowania tożsamości tybetańskiej w każdą środę.

Jakie ryzyko ponoszą Tybetańczycy korzystający z Internetu?
Istnieje wiele przykładów na to, że Tybetańczycy są aresztowani i więzieni za korzystanie z telefonów czy Internetu. Jeden przypadek dotyczy Norzin Wangmo - kobiety, Tybetanki, młodej matki,  pracownicy administracji rządowej Tybetu, która w roku 2008 została skazana na 5 lat pozbawienia wolności za rzekome przekazywanie światu informacji na temat sytuacji w Tybecie przy użyciu maila i telefonu.

W porównaniu z pozostałą częścią Chińskiej Republiki Ludowej w Tybecie stosowana jest też bardzo szczegółowa kontrola blogów tybetańskich oraz innych działań on-line. Prawdziwym wyzwaniem dla Tybetańczyków jest poruszanie się w tej bardzo niejednoznacznej przestrzeni balansując między tym, co dozwolone, a tym co surowo zakazane. Zamykanie blogów, czy usuwanie wypowiedzi zamieszczanych na blogach jest powszechną praktyką i od czasu do czasu sprawy te nabierają wymiaru politycznego, tak jak to się stało przed 10 marca, Dniem Powstania Tybetańskiego, kiedy to blogi, portale społecznościowe oraz fora internetowe były całkowicie zablokowane w celach prewencyjnych.

(Więcej na temat nowych technologii także w tekście Adama Sanockiego "Sinizacja na miękko, czyli jak nowe technologie zmieniają młode pokolenia Tybetańczyków" na Tybet.blogu)


Skąd wziął się pomysł na  High Peaks Pure Earth?  
Są dwa powody, dla których pod koniec 2008 roku założyłam High Peaks Pure Earth.
Po pierwsze, podczas powstania w Tybecie, które rozpoczęło się w marcu 2008 roku stało się jasne, że Tybetańczycy w Tybecie mówią silnym głosem i walczą o to, żeby ten głos został usłyszany. W tym samym czasie dla nas wszystkich znajdujących się poza Tybetem wielkim wyzwaniem była możliwość uzyskania jakichkolwiek informacji z Tybetu. W moim odczuciu nowa technologia w postaci blogów czy portali społecznościowych była w dużym stopniu zaniedbywana. High Peaks Pure Earth jest projektem tłumaczeniowym mającym za zadanie tłumaczenie postów zamieszczanych na blogach pochodzących z Tybetu i umożliwienie Tybetańczykom przemawiania ich własnym głosem. W ten sposób władze Tybetańskie nie tracą swojej pozycji, a ich przekaz jest wzmocniony i lepiej słyszalny.

Drugi powód, dla którego założyłam High Peaks Pure Earth jest ściśle powiązany z tym pierwszym. W 2008 roku najlepszym źródłem informacji na temat tego, co działo się w Tybecie był blog Tybetańskiej pisarki, poetki i blogerki Woeser. Woeser pisała po kilka razy dziennie i sporządzała bieżące relacje z protestów, aresztowań, zatrzymań, wypadków śmiertelnych  i innych incydentów. Z uwagi na to, że jej blog pisany był w języku chińskim, na wolontariuszach oraz wszystkich zaangażowanych osobach spoczywał obowiązek zorganizowania tłumaczenia tych postów na język angielski i zamieszczania ich na stronie China Digital Times. Obecnie, dzięki High Peaks Pure Earth  istnieje forum, na którym posty Woeser są codziennie tłumaczone na język angielski, a jej wpisy są dostępne w języku angielskim.

Gdybyś chciała pisać blog dla polskich czytelników...
Myślę, że Polska ma podobnie jak Tybet wspaniałą historię literatury, a także miłość do słowa pisanego. Oba narody bardzo szanują i cenią pisarzy oraz intelektualistów! W związku z tym chciałbym zachęcić polskich czytelników do czytania tybetańskich tekstów, które zostały już przetłumaczone*. Na stronach High Peaks Pure Earth znaleźć można wspaniałe strofy poezji, teksty pieśni i fragmenty prozy. Bardzo chciałbym, aby polscy czytelnicy mogli zapoznać się bliżej z poezją Woeser, a w szczególności z tomikiem poezji zatytułowanym „Tibet’s True Hart” wydanym przez Ragged Banner. Tak wiele można się dowiedzieć z jej mądrych utworów.


*Tłumaczenia wielu tekstów, w tym Oser znajdują się na stronach Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, wybrane na naszym blogu.



Dechen Pemba jest redaktorką popularnego bloga High Peaks Pure Earth, w którym publikowane tłumaczenia na j. angielski wpisy Tybetańczyków piszących w Tybecie po tybetańsku lub chińsku. Tym samym jej blog stanowi jedno z głównych źródeł informacji na temat poglądów Tybetańczyków w Tybecie niezwykle cennych dla osób i organizacji podejmujących działania na rzecz Tybetu. W latach 2006-2008 studiowała w Pekinie, gdzie nawiązała kontakty z prominentnymi Tybetańczykami, w tym poetką i bogerką Oser. W lipcu 2008 r. została oskarżona o prowadzenie „nielegalnych działań” i deportowana z Chin.



Dziękujemy I.K. za pomoc w tłumaczeniu wywiadu z j. angielskiego.

6 lipca 2011

Przekazanie władzy przez Dalajlamę oraz znaczenie tej decyzji dla sprawy Tybetu

Kolejny tekst poświęcony procesom przekazania władzy i zmianom w strukturach tybetańskich władz emigracyjnych. Po tekstach prezentujących perspektywę zachodniego eksperta (Robert Barnett), indyjskiego aktywisty (Vijay Kranti), tybetańskiego organizacji pozarządowej (Tybetański Kongres Młodzieży), tym razem oddajemy głos ekspertowi tybetańskiego pochodzenia.


Jamyang Dorjee

Przekazanie politycznej władzy przez Jego Świątobliwość XIV Dalajlamę demokratycznie wybranym  przedstawicielom na uchodźstwie wywołało mieszane reakcje wśród społeczności Tybetańskiej. Warto byłoby, aby Tybetańczycy w Tybecie oraz ci związani z buddyzmem tybetańskim w himalajskiej części Indii, Nepalu, Mongolii i Bhutanu zrozumieli znaczenie tej historycznej decyzji.

Gaden Phodrang, Rząd Tybetański ustanowiony przez Wielkiego V Dalajlamę ponad trzysta lat temu był dla ludu Krainy Śniegu przewodnikiem zarówno w sprawach duchowych jak i doczesnych. Dalajlama jest nazywany „Krab-gon”, co oznacza obrońcę i przewodnika.
fot. Elżbieta Dziuk - Renik
Przez pięćdziesiąt lat uchodźstwa Jego Świątobliwość XIV Dalajlama konsekwentnie dążył i ostatecznie doprowadził do stworzenia demokratycznego rządu na uchodźstwie cieszącego się poparciem i uznaniem moralnym ze strony społeczności międzynarodowej. Władzę sprasowuje w nim 44 członków Parlamentu Tybetańskiego oraz  szef rządu. Są oni wybierani w sposób demokratyczny bez względu na wiarę czy status społeczno-ekonomiczny.

Przykładem tego jest wybór zwykłego obywatela Lobsanga Sangaya na Kalona Tripę, najwyższy urząd w administracji Tybetańskiej. Warto zauważyć, iż pomimo powtarzających się próśb za strony Parlamentu oraz Generalnego Zgromadzenia Tybetańczyków, Jego Świątobliwość odmówił pełnienia nawet reprezentacyjnej funkcji przywódcy rządu na uchodźstwie. Ostatecznie uchwałą specjalnej sesji Parlamentu z 29 maja zmieniono Kartę i zakończono trwające 370 lat dotychczasowe rządy Gaden Phodrang.

To historyczne wydarzenie stanowiące koniec instytucji Gaden Phondrang jest momentem przełomowym w historii Tybetu. Dla wszystkich tych, którzy emocjonalnie i historycznie czują się z nią związani oraz dla pokoleń patriotów, którzy pozostawali lojalni i służyli rządowi zarówno w Tybecie, jak i na uchodźstwie, ten dzień jest niezwykle trudnym doświadczeniem. Warto również zauważyć, że ci, którzy są dzisiaj w Tybecie i którzy służyli rządowi Gaden Phodrang skończyli już 70 lat. W czasie tego okresu Gaden Phodrang na uchodźstwie przekształcił się w instytucję demokratyczną. Instytucja Gaden Phodrang należy do Dalajlamy, a Dalajlama należy do wszystkich Tybetańczyków, jak również do himalajskich buddystów poza Tybetem. W związku powyższym konsekwencje przekazania władzy przez Jego Świątobliwość powinny być oceniane w szerszym kontekście.

Dla sześciu milionów Tybetańczyków oraz buddystów himalajskich Jego Świątobliwość jest inkarnacją Chenresiga, wcieleniem Buddy współczucia, jest też tytułowany jako Thamche Kyenpa, co oznacza „wszystko wiedzący” oraz nazywany powszechnie Kundunem czyli Obecnością. Jego obecność kieruje umysłami i sercami ludzi. Żadna zmiana, czy to jego roli politycznej czy też władzy wykonawczej nie zmieni ich wiary. On jest niejako wszczepiony w DNA ich umysłów. Chiny w pełni zdają sobie sprawę z tego zjawiska.

Przekazanie władzy przez Jego Świątobliwość oraz oderwanie się od politycznego establishmentu sprawiło, że nie-tybetańskim buddystom z rejonu Himalajów w tym z Nepalu, Mongolii, Bhutanu czy Indii z dużo większą łatwością przychodzi otwarcie się na jego nauki czy zaproszenie go do siebie. Chiny wciąż mówią o politycznej roli Dalajlamy, zawsze stanowiło to problem szczególnie dla krajów słabszych, którym trudno przeciwstawić się chińskiej taktyce zastraszania. Z kolei przywódcy mocarstw, takich jak Ameryka spotykali się z Jego Świątobliwością jak z przywódcą duchowym i ta tendencja powinna się przyjąć w obliczu jego nowej roli.

Przed przymusową emigracją Dalajlamy, w Tybecie istniały małe grupki, które - czy to z powodu jakichś sekciarskich przekonań, czy to z uwagi na oddziaływania z Chin - próbowały zdestabilizować Tybet i co jakiś czas wyrażały swój sprzeciw w stosunku do instytucji Gaden Phodrang. Również w okresie przejściowym, kiedy poszczególni dalajlamowie odgrywali jeszcze niewielką rolę i nie zasiadali na tronie, żywotne interesy służące ich władzy nie sprzyjały innym wyznaniom, jednakże w momencie objęcia władzy przez Jego Świątobliwość wszystko wróciło do normy.

Niemniej jednak, Gaden Phodrang przez wieki pozostawał elementem spajającym oraz prawowitym rządem dla 6 milionów Tybetańczyków na dachu świata. Pomimo najlepszych starań i intencji ze strony Jego Świątobliwości, od czasu do czasu pojedyncze grupy wyrażały swój sprzeciw w stosunku do Gaden Phodrang, nawet będąc już na uchodźstwie, z przyzwyczajenia, zapominając często, że to właśnie Jego Świątobliwość Dalajlama umożliwił powstanie platformy do wyrażania odmiennych poglądów!

Oficjalnie do tej pory administracja w Dharamsali była zawsze znana jako „CTA” albo Centralna Administracja Tybetańska (Central Tibetan Administration). CTA jest również nazywana “Tsanjol Boe Shung”, co dosłownie znaczy “Tybetański Rząd na Uchodźstwie”. Dalajlama zauważył jednak, że tybetańskie słowo ‘shung’ nie koniecznie musi znaczyć ‘rząd’. Słowo ‘shung’ również oznacza ‘centrum’ oraz ‘centralny’, w tłumaczeniu wybrano zaś nazwę: Centralna Administracja Tybetańska (Central Tibetan Administration). Jednak wnosząc  poprawki do Karty  przez Parlament, zmiana słowa ‘shung’ na ‘driktsuk’ oznaczającego organizację lub dyscyplinę zszokowała uczestników Generalnego Zgromadzenia Tybetańskiego, których decyzje zostały tym samym uchylone.

Międzynarodowe grupy działające na rzecz Tybetu zawsze wspierały sprawę Tybetu ze względu na  prawa człowieka, rządy prawa, wolność religijną oraz demokrację w Tybecie. Ich wsparcie nigdy nie było uzależnione od istnienia rządu na uchodźstwie i dlatego żadna zmiana w nazewnictwie nie ma większego znaczenia dla tych grup. Jeśli zaś chodzi o sprawę Tybetu, to przecież Chiny zawsze nalegały na to, aby Jego Świątobliwość skupił się na pełnieniu roli Dalajlamy. Pomimo całej ich retoryki wymierzonej przeciwko niemu, Chiny wciąż utrzymują, że są gotowe na prowadzenie dialogu jedynie z przedstawicielem Dalajlamy. Stosunki z Chinami w nowym tysiącleciu nie poprawiły się wyraźnie, jednakże faktem jest, że obecny dialog jest zinstytucjonalizowany i nabrał międzynarodowego charakteru; osiągnął on też nowy wymiar ponieważ przywódcy chińscy uznają prowadzenie tego oficjalnego dialogu. Delegaci Tybetańscy uczynili pierwszy krok, teraz kolej na Chiny, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości.

Tybetańczycy w pełni ufają Jego Świątobliwości i wierzą, że nigdy nie zaprzestanie działać w ich interesie. Nawet Mahatma Gandhi nie miał władzy politycznej, kiedy zmusił ówczesne największe imperium do opuszczenia Indii. Mawiał on „mein to Congress ka char Ana ka member bhi nagim Hun” (Nie jestem nawet za grosz członkiem Kongresu). A jednak to on był największym inspiratorem wolnościowego ruchu w Indiach.

Największy wpływ zmian odczuje administracja na uchodźstwie. Nowa sytuacja daje możliwości i jest wyzwaniem. Nie ma czasu na ociąganie się i pławienie w blasku sławy Dalajlamy, należy wziąć się do pracy, aby - zapewnić ciągłość administracji na uchodźstwie, aż do pomyślnego rozwiązania kwestii Tybetu, aby wyrażać aspiracje Tybetańczyków w Tybecie, informować świat o realnej sytuacji wewnątrz Tybetu oraz by opiekować się Tybetańczykami na uchodźstwie.  Podczas ostatnich wyborów na stanowisko Kalona Tripy najdobitniej, zwłaszcza wśród młodych Tybetańczyków na uchodźstwie brzmiało słowo - zmiana. Jego Świątobliwość stworzył ku temu możliwości, przetarł szlak oraz stworzył szansę na spotkanie z przeznaczeniem.

Autor jest konsultantem redakcyjnym w Radio Free Asia oraz koordynatorem regionalnym na Azję w The Conservancy of Tibetan Art and Culture (CTAC), międzynarodowej organizacji pozarządowej z siedzibą w Washington DC, USA.

Tłum. I.K.

19 maja 2011

Tybet. Chińskie oszustwo

W 60-tą rocznicę podpisania Siedemnastopunktowej Ugody*...


W związku ze zbliżającą się 60 rocznicą podpisania Siedemnastopunktowej Ugody, zapraszamy do obejrzenia filmu dokumentalnego o najnowszej historii Tybetu. Film "Tybet. Chińskie oszustwo" zrealizowany został przez Bernarda Deborda, dokumentalistę specjalizującego się w tematyce azjatyckiej, ukazuje rzeczywistość panującą na zniewolonym "dachu świata", wolną od przekłamań i chińskiej propagandy. 


W marcu 1959 roku Dalajlama opuścił swój pałac w Lhasie i udał się w niebezpieczną podróż do Indii, pozostawiając za sobą ziemię przodków, od prawie ośmiu lat wydaną na pastwę władz w Pekinie. W stolicy Tybetu wybuchło antychińskie powstanie. Od tamtego czasu nie ustaje walka Tybetańczyków, której stawką jest nie tylko zachowanie odrębności, ale i przeżycie. Państwo Środka wydało nieformalną wojnę kulturze Tybetu, religii, tradycji a nawet środowisku naturalnemu. 



Tybet. Chińskie Oszustwo dla Planete from Videozer



*23 maja 1951 r. podpisana została „Siedemnastopunktowa Ugoda Pokojowego Wyzwolenia Tybetu”, na mocy której Chińska Republika Ludowa uzyskała formalne zwierzchnictwo nad Tybetem. W chwili gdy Ngapoi Ngałang Dzigme został wezwany do Pekinu by sygnować umowę, w Tybecie stacjonowało 20.000 chińskich żołnierzy. Projekt dokumentu przygotowany został w Pekinie, strona Tybetańska nie mogła wprowadzić do niego żadnych zmian. Delegacja tybetańska nie była upoważniona do podpisania dokumentu, uczyniła to pod naciskiem, za pomocą sfałszowanych przez Chińczyków pieczęci tybetańskiego rządu (oryginalną pieczęć zabrał ze sobą Dalajlama udając się na wygnanie do Indii). Siedemnastopunktowa Ugoda nie jest uznawana przez Rząd Tybetu na Wychodźstwie. 

5 stycznia 2011

Wirtualny Pawilon Słodkiej Herbaty: Przegląd tybetańskiej cyberprzestrzeni

Dechen Pemba

Tybetańska blogosfera jako miejsce spotkań i wymiany myśli stworzyła dla tybetańskich obywateli internetowego świata możliwości, o których poza siecią mogliby tylko pomarzyć. Zważywszy na stan ocenzurowania treści internetowych w Chińskiej Republice Ludowej, przestrzeń tę można uznać za nowe miejsce ekspresji, które jednak wiąże się również z dodatkowym zagrożeniem dla członków społeczności tybetańskiej - pisze Dechen Pemba, redaktorka bloga High Peaks Pure Earth.



Tsering Woeser (znana także jako Oser), jedna z najbardziej znanych tybetańskich blogerek.


Istnieje kilka tybetańskich i chińskich serwisów blogowych, które Tybetańczycy żyjący w ChRL wybierają najchętniej. Jedną z najpopularniejszych chińskojęzycznych stron jest Tibetan Culture Net, czyli TibetCul. Witryna ta została założona przez dwóch braci, Wangchuka Tsetena i Tsewanga Norbu, a ich główna siedziba znajduje się w Lanzhou, stolicy prowincji Gansu. Według Alexy, amerykańskiej spółki dostarczającej informacji o ruchu w Internecie, strona TibetCul ma ponad 400 000 odsłon miesięcznie. Jest przede wszystkim serwisem informacyjnym i blogowym, ale zawiera także wiele różnych sekcji związanych z tybetańską muzyką, literaturą, filmami i podróżami. Funkcjonuje tam także forum usługi komunikacyjnej BBS, a nawet część poświęcona Tybetańczykom żyjącym za granicą.

TibetCul stanowi bezcenne źródło informacji związanych z Tybetem, począwszy od wiadomości, przez blogi, po wydarzenia kulturalne. Wiele notek przełożonych na angielski przez załogę serwisu High Peaks Pure Earth pochodzą właśnie z TibetCul, jak choćby tłumaczenie popularnej tybetańskiej piosenki hip-hopowej „New Generation” („Nowe pokolenie”) grupy Green Dragon, która po raz pierwszy pojawiła się na blogu zespołu założonym w serwisie TibetCul w lutym 2010 roku. Raperzy z Amdo śmiało w niej obwieszczają, że:

„Nowe pokolenie ma bogactwo zwane młodością
Nowe pokolenie ma dumę zwaną pewnością
Nowe pokolenie ma wizerunek zwany przewrotnością
Nowe pokolenie ma pokusę zwaną wolnością”.

W podobnym przypływie dumy z tybetańskiej tożsamości, która biła z tybetańskich blogów po 2008 roku (kiedy to w Tybecie nastąpiła fala protestów przeciwko chińskim władzom – przyp. tłum.) TibetCul zamieszczał wiele wierszy i tekstów opatrzonych wspólnym tytułem „I Am Tibetan” („Jestem z Tybetu”), a posty z tej serii są dodawane aż do dziś.

Każdego dnia na TibetCul toczą się gorące dyskusje na różnorodne tematy ważne dla Tybetańczyków. Tak było w przypadku internetowego ataku na znanego tybetańskiego piosenkarza Lobsanga Dondrupa i jego żonę po tym, jak na zamieszczonych na blogach zdjęciach z ich ślubu na początku 2009 roku pokazali się w ubraniach z futer. Internauci błyskawicznie przekopiowali zdjęcia na wiele kolejnych blogów, ściągając na artystę gniew tybetańskich użytkowników, a tybetańsko- i chińskojęzyczne fora zalała fala komentarzy, w których ostro skrytykowano parę. Dla całej sytuacji kluczowy jest kontekst; w 2006 roku, po zakazie noszenia futer zwierzęcych wydanym przez Dalajlamę, w Amdo i Kham nastąpiła seria demonstracyjnych akcji palenia futer – stąd gniewna reakcja internautów i oburzenie zachowaniem pary. Krótko po aferze Lobsang Dondrup zamieścił oficjalne przeprosiny na blogu swojego przyjaciela na platformie TibetCul.

Przykład strony TibetCul pokazuje, że natura cyberprzestrzeni zasadza się w gromadzeniu ludzi, by dać im możliwość dyskutowania i debatowania oraz pozwolić internetowym treściom na przeniknięcie granic państwowych. Piosenka „New Generation” zyskała bowiem popularność wśród Tybetańczyków na całym świecie, a poezja i duch projektu „I Am Tibetan” dały początek wydarzeniom kulturalnym organizowanym przez tybetańskie grupy na uchodźstwie, których celem jest nadanie siły głosom pochodzącym z Tybetu.

W swoim artykule z 2004 roku tybetańska badaczka Tashi Rabgey nawiązała do pochodzącej z Lhasy tradycji Pawilonu Słodkiej Herbaty: „W latach 80. pawilony słodkiej herbaty stanowiły ważne miejsce spotkań dla Tybetańczyków pragnących wymienić się wiadomościami i opiniami czy podyskutować.” Jednak „wraz z nasilającą się kontrolą polityczną we wczesnych latach 90. (…), nieustannie stosując inwigilację, położono kres tej wyjątkowej przestrzeni, w której toczyły się żywe, otwarte debaty”. Nowy wirtualny Pawilon Słodkiej Herbaty skupia wokół siebie Tybetańczyków posługujących się wieloma językami, przede wszystkim tybetańskim, chińskim i angielskim oraz Tybetańczyków z centralnej części Tybetu, regionów Kham i Amdo, a także z Indii, USA i nie tylko, łącząc ich wszystkich w dialogu.

Podczas gdy potencjalne możliwości nawiązania kontaktu w tybetańskiej cyberprzestrzeni są ogromne, kontrola Internetu i upolitycznienie treści blogów niosą ze sobą poważne trudności i ryzyko. Monitorowanie działalności blogów tybetańskich pokazuje, że w ciągu roku w okresach nazywanych przez rząd chiński „wrażliwymi” tybetańskie serwisy blogowe są usuwane na stałe lub „na czas konserwacji”. Nasilenie zjawiska można zaobserwować w okolicy 10 marca – rocznicy powstania Tybetańczyków przeciwko władzy chińskiej z 1959 roku. Pod tym linkiem można zobaczyć przykład witryny TibetCul, która nagle zniknęła z sieci, natomiast tutaj tybetańskojęzyczne blogi usuwane z Internetu.

Podobnie indywidualnym blogerom grozi niebezpieczeństwo trafienia na państwowy celownik za treść bloga, którą uzna się za podejrzaną. Sztandarowym przykładem jest historia tybetańskiej poetki, pisarki i blogerki, Woeser, która prowadziła dwa blogi, na TibetCul oraz w chińskim serwisie blogowym, z których obydwa zostały nagle zamknięte 28 lipca 2006 roku. Woeser nie pozostało wtedy nic innego, jak otworzyć nowego bloga na serwerze znajdującym się poza ChRL, jednak od tego czasu musi borykać się z innymi problemami, jak internetowe ataki chińskich nacjonalistów wymierzone zarówno w jej blogi, jak i konta na komunikatorze Skype.

Tybetańskojęzyczne serwisy blogowe okazały się jeszcze bardziej bezradne, niż TibetCul; dwie niegdyś cieszące się wielką popularnością strony, www.tibettl.com oraz www.tibetabc.cn, są niedostępne od 2009 roku. Zwłaszcza zniknięcie drugiej z nich było ogromną stratą, ponieważ to na tej platformie znajdował się blog wybitnej piosenkarki i blogerki Jamyang Kyi, która zrezygnowała z prowadzenia bloga po zamknięciu witryny.

Dolkar Tso i Shogdung to przykłady osób posługujących się w ostatnim czasie blogami i Internetem w walce o sprawiedliwość społeczną. Dolkar Tso, żona ekologa Karmy Samdrupa, niemal codziennie dodawała notki na swoim blogu w czerwcu i lipcu 2010 roku, dokumentując przebieg procesu sądowego jej męża i wyrażając własne zdanie na temat niesprawiedliwego wyroku piętnastu lat więzienia, jaki zapadł w jego sprawie. Co godne podziwu, Dolkar Tso uparcie kontynuowała działalność swojego bloga w chińskim serwisie Sohu, by ostatecznie przenieść jego działalność na piątą już z kolei stronę, podczas gdy pozostałe były szybko zamykane.

Tagyal, pisarz i intelektualista posługujący się pseudonimem Shogdung („Poranna Koncha”), zabrał publicznie głos w kwietniu 2010 roku, po tragicznym w skutkach trzęsieniu ziemi w prefekturze Yushu. Wraz z kilkoma innymi intelektualistami opublikował list otwarty w tybetańskim serwisie blogowym www.sangdhor.com, w którym przekazał swoje kondolencje ofiarom klęski, a także krytycznie odniósł się do sposobu przeprowadzenia przez władze chińskie akcji wsparcia po wystąpieniu trzęsień. Po rozpowszechnieniu listu Shogdung został aresztowany i wciąż stoi w obliczu procesu sądowego. Po zatrzymaniu Shogdunga, strona Sangdhor została zawieszona na kilka miesięcy, a do Internetu przywrócono ją dopiero niedawno.

Historie Dolkar Tso i Shogdunga dowodzą, jak ważną rolę pełnią blogi tybetańskie jako źródło informacji i forma ukazania niesprawiedliwości – wszystko to jednak za ogromną cenę, którą muszą zapłacić osoby zaangażowane w ich tworzenie. Internetowy Pawilon Słodkiej Herbaty jest ostatecznie tak samo bezradny, jak pawilony w Lhasie w latach 90. i pozostanie nim tak długo, jak tybetańskie blogi będą tkwić za Złotą Tarczą chińskiej cenzury.



O autorce: Dechen Pemba jest urodzoną w Wielkiej Brytanii Tybetanką mieszkającą w Londynie. Jest redaktorką strony High Peaks Pure Earth (www.highpeakspureearth.com), gdzie prezentowany jest wnikliwy komentarz wiadomości związanych z Tybetem, jak również tłumaczenia tybetańsko- i chińskojęzycznych blogów.

Tłumaczenie tekstu ukazało się pierwotnie na stronie ratujTybet.org w dniu 31 sierpnia 2010 r. - Międzynarodowy Dzień Blogera.

Tłumaczenie: M.P.

31 sierpnia 2010

Lhasa, z cyklu historie prawdziwe, czyli zastanów się komu podajesz rękę

Peme poznałem na Barkhorze w centrum tybetańskiego getta w Lhasie, nieopodal świątyni Jokhang. Zapoznała nas zaprzyjaźniona z nami koleżanka, co pozwoliło szybko nawiązać relację opartą na wzajemnym zaufaniu. Zaprzyjaźniliśmy się na wspólnej herbacie, gdy okazało się, że łączy nas także zainteresowanie tradycją bon buddyzmu tybetańskiego. Moja rozmówczyni nie pochodzi z centralnego Tybetu. Do Lhasy przybyła kilka lat temu z małej wioski położonej w Amdo. Szybko się zaaklimatyzowała, nauczyła stołecznego języka. Postanowiła otworzyć własną herbaciarnię nieopodal klasztoru Drepung, kilka kilometrów od centrum Lhasy, gdzie mieszkała. Początki były trudne ale miejsce głównie za sprawą odwiedzających go w dużej ilości pielgrzymów zarabiało na siebie. Pema zaklimatyzowała się w Lhasie, sprowadziła swoich rodziców, poznała mnóstwo znajomych i odnalazła przyjaciół z jej rodzinnych stron. Układało się nienajgorzej. Podczas jednego z wieczorów spędzanych w swojej herbaciarni bardzo dobry kolega poprosił ją o telefon komórkowy z którego chciał skorzystać. Po chwili go oddał i Pema zapomniała o całej jakże zwyczajnej sytuacji. Po mniej więcej dwóch miesiącach odwiedziło ją dwóch mężczyzn i kobieta. Wzięli ją na komisariat w celu zadania kilku pytań na temat prowadzonej przez nią działalności gospodarczej. Na miejscu spotkała swojego kolegę, a wspomniani cywilni funkcjonariusze poprosili ją o pokazanie telefonu komórkowego. Miała pecha bo w momencie gdy zaprzeczyła, że go ma zadzwoniła do niej koleżanka. Policjanci bardzo szybko odnaleźli w jej telefonie zdjęcie JŚ Dalajlamy, Karmapy i kilka patriotycznych tybetańskich pieśni. Pema wraz z koleżanką która do niej dzwoniła znalazła się na 15 dni w areszcie. Trzy razy dziennie na śniadanie, obiad i kolację dostawały jedynie letnia wodę i kawałek tybetańskiego chleba. Na koniec musiała za „wyżywienie” zapłacić w sumie 150 Yuanów, czyli po 10 Yuanów dziennie, co w sumie jak na warunki chińskie nie jest małą sumą, szczególnie w kontekście jakości wyżywienia, które otrzymywała. Po tym incydencie kazano jej zamknąć pijalnię herbaty i zakazano przebywać poza centrum Lhasy – czyli miejscem gdzie była zameldowana. Nie odzyskała także swojego telefonu ale co najgorsze straciła zaufanie do przyjaciół. Dzisiaj w nowym telefonie pomimo tego doświadczenia nadal trzyma zakazane pieśni i zdjęcia Dalajlamy. Jest tylko ostrożniejsza z dzieleniem się dobrami techniki. Herbaciarnia istnieje nadal. Tyle że z inna nazwą i z chińskim właścicielem.

9 sierpnia 2010

Dusza nomady

Na przełomie lipca i sierpnia, gdy łąki aż po horyzont pokryte są tęczowym dywanem czerwonych, niebieskich i żółtych kwiatów, jak Tybet długi i szeroki odbywają się festiwale jeździeckie. Niektóre z nich są bardziej znane, jak np. w Jyekundo, Litangu, Nagchu czy Gyantse i przyciągają dziesiątki tysięcy widzów, inne mają charakter lokalny. Ludzie zbierają się by przed nadchodzącą długą zimą celebrować tradycyjne obrzędy. Festiwale są połączeniem licznych pikników, trwającego tydzień przyjęcia, grupowych tańców, obrzędów religijnych i nieformalnej parady piękności z ekscytującym konkursem jeździeckim podczas którego ubrani w odświętne stroje mężczyźni prezentują swoje fantastyczne umiejętności - m.in. strzelanie z łuku z grzbietu pędzącego konia czy też zbieranie rozłożonych na ziemi khataków*.Podczas tej ostatniej ewolucji, głowa jeźdźca znajduje się na wysokości kopyt konia. Ze swych umiejętności jeździeckich znani są zwłaszcza mieszkańcy regionu Amdo (prowincja Qinghai). Do innych atrakcji festiwalu należą wyścigi na grzbietach jaków - na krótkich dystansach zwierzęta te potrafią być bardzo szybkie, konkursy w przeciąganiu liny, pokazy tańców oraz niekończące się uczty i pikniki. W 2007 r. w Jyekundo (chiń. Yushu) odbył się Festiwal Sztuki Khampów (chin. 康巴玉树节 Kangba Yushu Jie), podczas którego zmagania uczestników obserwowało ponad 50 tys. widzów. Tego typu wielkie festiwale odbywają się w poszczególnych miejscowościach raz na 4 lata. 
W 2008 r. zakazano urządzania festiwali. Chińskie władze obawiały się wybuchu niepokojów przed Olimpiadą wśród wojowniczo nastawionych nomadów. Z resztą do protestów dochodzi nader często. Jeden z najbardziej znanych więźniów politycznych Tybetu - nomada z Kham - Rungye Adak, został aresztowany, wraz z kilkoma członkami swojej rodziny) w 2007 r. za "podburzanie do działań wywrotowych przeciwko władzy państwowej" podczas festiwalu w Litangu. Adak wszedł na scenę ustawioną na użytek chińskich władz, w celu upamiętnienia 80-tej rocznicy założenia Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i ofiarował khatak – biały szal ceremonialny – naczelnemu lamie klasztoru Lithang. Następnie chwycił za mikrofon i zwrócił się do kilku tysięcy, obserwujących zmagania jeźdźców, Tybetańczyków: „Nie będziemy mieli wolności wyznania i szczęścia w Tybecie, jeśli nie możemy zaprosić Dalajlamy do domu” . Zanim został zatrzymany, zaapelował również o uwolnienie Panchenlamy i Tenzina Deleka Rinpocze**. Rok wcześniej w Jyekundo, Tybetańczycy protestowali przeciwko wprowadzonym przez władze nowym regulacjom dotyczącym reinkarnacji lamów oraz aresztowaniu kilku osób za posiadanie zdjęć Dalajlamy. 40-tysięczny tłum otoczony kordonami policji w milczeniu obserwował przemówienia oficjeli. Nikt nie klaskał. Całe wydarzenie, mimo wysiłków osób prowadzących występy sceniczne, przypominało bardziej pogrzeb a nie radosne święto. Tłum ignorował oficjeli.



W 2009 roku zezwolono na organizację festiwalu w Litangu, redukując jednak jego długość ze zwyczajowego tygodnia do 1 dnia.


Na koniec, kilka słów o koniach. Konie są silnie wpisane w historię i kulturę Tybetańczyków. Były hodowane zarówno przez ubogich nomadów, bogatych arystokratów, jak również przez dalajlamów. Wg legendy opowiadanej w Nagqu konie stanowią połączenie nieba i ziemi - są dziećmi zrodzonymi ze związku cudownego ptaka i małpy.

Najstarsze wzmianki o tybetańskich koniach pochodzą z III wieku p.n.e., kiedy to Chińczycy, za panowania pierwszego cesarza Qin Shi Huangdi (to ten, który rozpoczął budowę Wielkiego Muru i kazał wyposażyć swój grób w Xi'an w terakotowe figury wojowników) zaczęli handlować z Tybetańczykami, sprowadzając z Tybetu konie do obrony swoich granic przed Xiongnu - konfederacją koczowniczych plemion z Azji Środkowej. Konie te umożliwiały wojskom Qin Shi szybko przemieszczać się w rejony zagrożone atakiem. Cesarz wysłał złoto, srebro, jedwab, jadeit, porcelanę i zboże w zamian za wierzchowce, które w Chinach ochrzczone zostały nazwą koni Qin. Z powodu wciąż zwiększającej się wymiany handlowej koni, herbaty, jedwabiu i jadeitu w VII wieku starożytne transhimalajskie szlaki prowadzące z Yunnanu do Tybetu nazywane zostały 茶马 古道 Chama Gŭdaò (starożytnym szlakiem koni i herbaty - piktogram 茶 oznacza herbatę, 马 - konia, a 古道 - starożytny szlak).

Tybetańskie kuce wywodzą się od pierwotnej rasy koni mongolskich jednak niektóre odmiany, jak koń Nangchen, czy też koń Riwoche*** występowały na terenie Tybetu od czasów prehistorycznych. W 1995 r. francuska ekspedycja naukowa pod kierownictwem Michela Preissela prowadziła badania w regionie Pemba. Fatalne warunki pogodowe zmusiły naukowców do zmiany trasy - w dolinie Riwoche natrafili na nieznane jeszcze nauce, koniki. Niewielkich rozmiarów zwierzęta (ok. 120 cm wysokości) pasły się na łące w grupach po 4 - 5. Ze swoimi krótkimi grzywami, ciemnymi pasami na grzbiecie i nogach oraz płaską głową jako żywo przypominały prehistoryczne konie znane z wizerunków w jaskiniach. Konie Riwoche znane są ze swego narowistego charakteru. Khampowie od stuleci wykorzystują je pod siodło jak i jako zwierzęta juczne.

Kuce, mimo swoich niewielkich rozmiarów znane są z wytrzymałości i odporności. Konie odmiany Nanchen są świetnymi końmi wyścigowymi, używa się ich także do pracy podczas wypasu innych zwierząt. Izolacja na wysokogórskim płaskowyżu spowodowała, że Tybetańczycy wyhodowali konie, które były przydatne do ich koczowniczego trybu życia - drobnej budowy, z wielkimi klatkami piersiowymi i szyjami, silnymi nogami, szybkim i pewnym chodem konie mogły łatwo przenosić człowieka, jego broń i narzędzia na długich dystansach, na dużych wysokościach oraz w najbardziej ekstremalnych warunkach pogodowych. Na wysokości powyżej 4 tysięcy metrów, w surowym klimacie, gdzie śnieżyce występują nawet w lecie, konie były niezbędne do przeżycia podczas pokonywania wartkich rzek, głębokich wąwozów i skalnych ścieżek. 


Mimo że obecnie coraz więcej nomadów zamienia konie na motocykle, zwane po tybetańsku "czakta" (czyli... żelazny koń), konie są nadal duszą nomady. Dobry koń to wydatek rzędu 15.000 RMB, czyli nieco ponad 2.000$. Dla porównania, miniwan kosztuje około 20.000 RMB.


----------------



* khatak biały jedwabny szal
** Więcej o Tenzinie Deleku Rinpocze - tutaj
***nazwy wywodzą się od miejscowości, w okolicach których konie zostały odkryte

28 czerwca 2010

CZAS, KTÓRY POZOSTAŁ

Buddyzm a wegetarianizm w Tybecie

Jesz mięso? To jaki z Ciebie buddysta? Nie jesz mięsa? Ach, to pewnie jesteś buddystą. Z takim zdaniem spotkał się niejeden buddysta mięsożerca lub wegetarianin nie-buddysta. Bo choć w świadomości wielu osób te dwa pojęcia: „buddyzm” i „wegetarianizm” na stałe połączone są nitką zależności, rzeczywistość jest dużo bardziej złożona. Czy wegetarianizm to filozofia życia, czy na stałe związany jest z jakąś religią i czy religię można połączyć z polityką? Te wszystkie pytania choć z pozoru niezależne łączą się ściśle z Tybetem.
„Tybet - jedno z 24 świętych miejsc, kolebka życia, to niczym wyłaniająca się znikąd świątynia ze skał” – tak głosi stary tybetański tekst. Tybet przez wieki pozostawał odizolowany od reszty świat potężnymi górami. Położony na wysokości od 4000 do 5000 metrów n.p.m. Tybet, znajduje się w samym sercu Azji. Potężne i niedostępne twierdze, o których wzmianki napływały w ciągu wieków, dały początek tajemniczym i pełnym mistyki opowieściom, Tybet stał się Shangri-lą, krainą wiecznej młodości, gdzie przezwyciężono prawa natury i gdzie można było nawiązać bezpośredni kontakt ze światem duchów - choć był to także realny świat w ściśle geograficznym, historycznym i ludzkim wymiarze.

Tybetańczycy określają swój kraj „Bod yul”, co tłumaczy się często jako „kraina śniegów”, „kraina otoczona murem śnieżnych gór”. Stąd często określa się go jako Dach Świata. Tybet nie jest już jednak mityczną Shangri-la. Polityka i obce wpływy wkradły się do Tybetu a on powoli zaczął wyłaniać się ze swej odwiecznej otoczki mistyki i czaru. Dziś Tybet częściej niż ze świątyniami, pobłyskującymi złotem w promieniach słońca, kojarzy się z obozami pracy i torturami. Ponad 50 lat chińskiej polityki sprawiło, że Tybetańczycy stali się mniejszością we własnym kraju, mniejszością dyskryminowaną, poddawaną brutalnej sinizacji na każdym kroku. Ostatnie dni i tygodnie w bardzo dramatycznych okolicznościach sprawiły, że świat przypomniał sobie o Tybecie, sprawiły, że pojawił się na ustach wszystkich, na pierwszych stronach codziennych gazet. Ale oglądany przez nas Tybet nie ma już tej magii, nie ma w nim tajemnicy, jest przerażająca rzeczywistość, krew mnichów, bunty ludności i dramatyczne apele o zaprzestanie przemocy płynące z niewielkiego miasteczka w północnych Indiach, z Dharamśali, gdzie mieści się siedziba XIV Dalajlamy, duchowego i politycznego przywódcy Tybetańczyków. Krótko po wybuchu powstania w stolicy Tybetu, Lhasie, bunty rozlały się po okolicznych prowincjach, po terenach prowincji Gansu, Qinghai, Yunnan i Syczuan. Również tam mnisi wyszli na ulicę, również tam dołączyli się do nich zwykli mieszkańcy. Niewiele osób rozumiało dlaczego tak się stało, niewielu pamiętało bowiem jak wyglądał Tybet przed agresją chińską w 1950 r. Gdy w 1965 r. chińskie władze dumnie ogłosiły światu powstanie Tybetańskiego Regionu Autonomicznego jedno spojrzenie za mapę gasiło wszelkie nadzieje o prawdziwej autonomii i poszanowaniu praw Tybetańczyków. TAR objął jedynie tereny Tybetu Centralnego, ziemie dwóch pozostałych tradycyjnie tybetańskich regionów Khamu i Amdo zostały włączone do Chińskiej Republiki Ludowej by wejść w skład czterech prowincji chińskich: Gansu, Qinghai, Yunnan i Syczuan. Tereny te jednak od wieków zamieszkiwane były przez ludność tybetańską, ludność mówiącą jednym z dialektów języka tybetańskiego, ludność określaną przez Tseringa Sakyę mianem „zjadaczy campy” bo to właśnie campa, czyli prażona mąka jęczmienna wymieszana z wodą lub mlekiem, stanowiła główny składnik pożywienia wszystkich Tybetańczyków. Ale jest jeszcze coś, co spaja wszystkich Tybetańczyków nierozerwalną nicią, coś, co powoduje, że każdy Tybetańczyk jest dumny z tego kim jest i w co wierzy - buddyzm.

„Nie da się zrozumieć Tybetu bez buddyzmu.” Te słowa XIV Dalajlamy w pełni oddają rolę religii w życiu zwykłego Tybetańczyka. Religia była i w dużej mierze wciąż jest w Tybecie wszystkim. Jest źródłem inspiracji i tożsamości narodowej, w życiu codziennym narzuca rytuały, które mają zapewnić odrodzenie, przenika wszystkie dziedziny życia i daje odpowiedzi na wszystkie pytania. Buddyzm stał się również przez wieki jedynym odniesieniem w historii Tybetu. Historię tę przedstawiano często wyłącznie przez pryzmat rozwoju religii, pozostawiając wrażenie, że na ziemiach tybetańskich nigdy nic innego się nie działo. Na dalszy plan zeszły prowadzone przez Tybetańczyków wojny, dworskie przepychanki, krwawe potyczki i walki o władzę.
Wszystko to sprawiło, że Tybet umiejscawiany jest na pierwszym miejscu buddyjskiej mapy świata. Często pomija się przy tym korzenie, z których wyrósł buddyzm tybetański, drogi jego transmisji czy wpływy, a tych znajdziemy zarówno w Indiach, jak i w Nepalu bardzo wiele.

Pierwsze kontakty Tybetu z buddyzmem datowane są na VII w. Podczas gdy w innych regionach Azji, w Chinach, w Japonii czy Korei nauki buddyjskie zdążyły już zdobyć spore uznanie, w Tybecie dopiero wówczas rozpoczął się pierwszy okres upowszechniania buddyzmu (tyb. Snga – dar). Tybetańczycy przejęli więc buddyzm w jego późnoindyjskiej wersji. Stąd właśnie różnice pomiędzy buddyzmem tybetańskim a buddyzmem obecnym w innych regionach Azji. Zanim doszło więc do wyodrębnienia różnych szkół buddyzmu tybetańskiego, Indie były głównym źródłem inspiracji, to stamtąd szły nauki, to stamtąd pochodzili najwięksi w historii Tybetu nauczyciele, m.in. Atiśa. Buddyzm, jaki rozwinął się w Tybecie pozostawał późnym odłamem buddyzmu mahajany, wyrastał więc z tradycji braminizmu, śaktyzmu, hinduizmu. Z tradycji hinduizmu buddyzm przejął jedną z naczelnych zasad, którymi buddyści na całym świecie kierują się do dzisiejszego dnia, zasadę ahinsy czyli nieszkodzenia żadnej żywej istocie a co za tym idzie niezabijania oraz niesprawiania cierpienia zarówno fizycznego jak i psychicznego. Taka postawa miała uwrażliwić i wyrobić poszanowanie dla każdej żywej istoty. Realizacja tej zasady w życiu codziennym zakładała podążanie Szlachetną Ośmiostopniową Ścieżką, która była z kolei realizacją drogi wskazanej w czwartej i ostatniej Szlachetnej Prawdzie, czyli fundamencie nauk buddyzmu. Czwarta Szlachetna Prawda mówiła o istnieniu drogi prowadzącej do zniszczenia cierpienia, drogą tą była składająca się z ośmiu czynników ścieżka, na którą składały się: właściwy pogląd, właściwe postanowienie, właściwe słowa i czyny, właściwy żywot, w końcu również właściwe dążenie, skupienie oraz medytacja. Realizacja tych wszystkich założeń i kierowanie się przy tym zasadą ahinsy zakładało konieczność działań altruistycznych, gromadzenia zasług. Podążanie drogą nieszkodzenia żadnej żywej istocie dla wielu buddystów w bezpośredni sposób przełożyło się na praktyki jedzeniowe, odrzucili mięso właśnie jako realizację naczelnej zasady ahinsy. I mimo iż sam Budda Śakjamuni nigdy nie mówił o wegetarianizmie, nigdy nie nakazywał go i nie promował, wielu buddyjskich mistrzów, nauczających już po śmierci Przebudzonego zalecało odrzucenie mięsa jako pełnię realizacji zasady ahinsy. Rzecz się jednak miała nieco inaczej w samym Tybecie.

 Tybetańczycy, choć niemal wszyscy określają się jako buddyści rzadko są wegetarianami. Powody nie przyjęcia się na terenie Dachu Świata wegetarianizmu były bardzo prozaiczne. Na wysokościach, na jakich położony jest Tybet uprawa warzyw i owoców była niezwykle trudna, możliwa w zasadzie jedynie na terenach Tybetu Centralnego, czyli tzw. Ü-Cang. Na terenach wyżej położonych, we wschodnich prowincjach Kham i Amdo oraz na terenach Płaskowyżu Tybetańskiego głównym źródłem pożywienia było jacze mięso. Jaki zawsze były najpowszechniej hodowanymi przez Tybetańczyków zwierzętami. Koczownicy nazywają je „nor”, co znaczy „bogactwo” lub „dostatek”, samicę nazywa się „’bri” (lub „’dri”). Jak jest także najbardziej pożytecznym z tybetańskich zwierząt hodowlanych. Samiec dostarcza mięsa, samica natomiast mleka, z którego wyrabia się masło, sery i jogurty. Dawnymi czasy używano skóry jaka na buty, siodła, w niektórych regionach także na łódki. Dziś jego sierść wykorzystywana jest do wyrobu namiotów, koców, sznurów u ubrań, jego kości do budowy domów, jego łajno na opał i izolację. Ale nawet w tak trudnych warunkach, w jakich przyszło żyć Tybetańczykom nie zapominali oni o zasadzie ahinsy, ale zasadę niezabijania traktowali jedynie dosłownie, mięso zwierzęcia, które nie zostało specjalnie dla nich zabite można było spożywać bez obaw o złego karmana, czyli pełnię naszych uczynków, decydującą o kolejnym wcieleniu. Ubojem zwierząt zajmowali się specjalnie do tego wyznaczeni ludzie, często byli to również chińscy muzułmanie. Zakazany był jednak ubój zwierząt w ósmy, piętnasty i ostatni dzień miesiąca, były to bowiem dni świąteczne. W odpowiedzi na pytanie czy człowiek zajmujący się ubojem zwierząt miał jakiekolwiek szanse na lepsze wcielenie po śmierci, Tybetańczycy dawali prostą i jakże pragmatyczną odpowiedź: pojedynczy grzech człowieka zajmującego się ubojem jest ogromny i ciężar karmiczny z pozoru nie do udźwignięcia ale przecież rozkłada się on na całą społeczność więc na końcu nie jest on taki ciężki…

Myśląc o Tybecie często przychodzą nam do głowy obrazy mnichów w szafranowych szatach, rozmodlonych, skupionych na medytacji. Mimo iż na przestrzeni wieków w Tybecie rozwinęło się wiele szkół buddyjskich, wspólne dla nich wszystkich było m.in. uznawanie zasad winaji, czyli reguły klasztornej, indyjskiej szkoły mulasarwastiwada. Nie wszystkie jednak szkoły za ideał stawiały przestrzegającego celibatu czy zasad wegetarianizmu mnicha. Wielu mnichów jadło mięso, pod warunkiem jednak, że zwierzę nie zostało zabite specjalnie dla nich. Sam XIV Dalajlama, jak wielu dalajlamów przed nim, kiedy mieszkał jeszcze w Tybecie jadł mięso, przestał dopiero będąc już na emigracji w Indiach. Oprócz zasad winaji wspólna dla szkół buddyzmu tybetańskiego była obecność w nich elementów nauk tantrycznych. Praktyki tantryczne skierowane jednak były tylko do szczegółowo wyselekcjonowanego grona praktykujących buddystów, występowały w nich bowiem elementy niebezpieczne, zagrażające nawet życiu. Często to, co w codziennej praktyce buddyjskiej, jak np. jedzenie mięsa czy spożywanie alkoholu, postrzegane było jako naganne, traktowane było jako nieodłączny element praktyk tantrycznych. To co zwykłego człowieka prowadziło do zguby, wtajemniczonego i zaawansowanego w naukach jogina czy tantryka  doprowadzić miało do oświecenia. Stosowano więc niekonwencjonalne metody i środki.

Zasada ahinsy, jako nadrzędna zasada, którą kierują się w swym codziennym postępowaniu buddyści, została jednak w przypadku Tybetańczyków wystawiona na ciężką próbę. Po tym jak chińskie wojska najechały Tybet w połowie XX wieku, po tym jak nie spełniły się obietnice szerokiej autonomii, wolności i szacunku dla kultury tybetańskiej XIV Dalajlama musiał uciekać przez Himalaje do Indii. W ślad za nim poszło tysiące jego rodaków. Na uchodźctwie stworzyli rząd, władze, instytucje, w końcu korzystając z gościnności indyjskiego rządu sporą społeczność tybetańską. Od wielu lat walczą o przestrzeganie praw człowieka w Tybecie, od wielu również lat XIV Dalajlama prowadzi rozmowy z rządem ChRL o uznanie autonomii, o prawa i wolności Tybetańczyków. Chińskie władze zdają się jednak nie słyszeć jego głosu. Podobnie nie słyszały go w historii. Już w czasie wizyty XIV Dalajlamy w Pekinie Mao Zedong stwierdził, że religia to tylko opium dla ludu. Później władze chińskie, tak konsekwentnie promujące ateizm, doszły do wniosku, że największą przeszkodą na drodze do panowania nad Tybetańczykami jest ich religia. Dały temu wyraz w czasie krwawej rewolucji kulturalnej (1966-1976), która kosztowała życie ponad 100 tysięcy mnichów, mniszek, rinpocze i ngagpów. Wielu z nich torturowano, wielu zmuszono do wyrzeczenia się święceń. Nie oszczędzono również starych ksiąg i klasztorów, z których, spośród  6259 ocalało do 1976 r. zaledwie 8.

Tybetański przywódca od lat głosi politykę powstrzymania się od przemocy, opartą na zasadzie ahinsy, w tym widzi jedyny sens swojej walki i jedyną szansę narodu tybetańskiego. Ostatnie wydarzenia w Tybecie pokazały jednak, że młode pokolenie Tybetańczyków, żyjące zarówno w samym Tybecie jak i na emigracji, szanując i uznając swego przywódcę odrzuca jego filozofię. Młodzi Tybetańczycy, a przynajmniej znaczna ich część nie widzą innej drogi jak walka, walka na śmierć i życie bo wiedzą, że Tybet nie ma już czasu. Dalajlama widząc niepowodzenie swojej misji zagroził odejściem, od dawna marzył bowiem o starości w zaciszu klasztoru buddyjskiego, o medytacji i pogrążeniu się w modlitwie. Stanął obecnie przed wyborem dramatycznym, religia lub polityka, ale historia pokazała, że w wypadku Tybetu są one ze sobą nierozerwalnie związane.

Tekst publikowany był w Magazynie Vege

fot. Iwona

24 maja 2010

Sinizacja na miękko, czyli jak nowe technologie zmieniają młode pokolenia Tybetańczyków


Nowe technologie zmieniają świat. Na naszych oczach zachodzi rewolucja, która nie tylko zmienia metody komunikacji ale przede wszystkim sposób myślenia pokoleń. Amerykański projektant gier komputerowych Mark Prensky zauważył to już w 2001 roku opisując podział jaki jego zdaniem wytworzył się pomiędzy pokoleniami na wskutek coraz powszechniejszych na świecie sposobów komunikacji z wykorzystaniem nowych technologii. Z jednej strony zauważył, że istnieje pokolenie cyfrowych tubylców (Digital natives) - osób które od najmłodszych lat poruszają się w świecie technologii cyfrowych i elektronicznych gadżetów - oraz cyfrowych imigrantów (Digital imigrants) - ludzi z poprzedniej epoki dla których zagłębienie się w świat cyfrowy stanowi często barierę nie do przebycia. Fakt, że być może czytacie te zadania na naszym blogu oznacza, jak się zapewne domyślacie, że zaliczamy się do pokolenia cyfrowych tubylców. I jeżeli możemy założyć generalnie, że rewolucja która zaszła w tym względzie na świecie przynosi pozytywne skutki, tak wiele osób pewnie byłaby w stanie wymienić wiele jej negatywnych aspektów. Jeden z nich miałem okazję zaobserwować podczas mojego marcowego pobytu w Tybecie.

Młode pokolenia Tybetańczyków podobnie jak reszta ich rówieśników na świecie jest bardzo ciekawa i otwarta na nowe technologie. Oczywiście z wielu względów mają bardzo ograniczony dostęp do np. Internetu czy elektronicznych gadżetów. Z jednej strony Internet jest w Lhasie bardzo drogi (oczywiście jak na tamtejsze warunki), a z drugiej mocno monitorowany, cenzurowany przez ChRL i przez to dla użytkowników niebezpieczny. Tak się złożyło, że przybyliśmy do Lhasy w kilka dni po wizycie Dalajlamy w Waszyngtonie. Wielu młodych Tybetańczyków pytało czy to prawda, że doszło do jego spotkania z Barackiem Obamą i jaki miało przebieg. Oczywiście dla nas, osób funkcjonujących w świecie łatwego dostępu do informacji to pytanie mogło być zaskakujące.

Pomimo, że rynek elektronicznych gadżetów zalany jest przez chińskie podróbki to ich ceny wciąż dla Tybetańczyków są barierą nie do przebycia. Stąd wszelkiego rodzaju odtwarzacze mp3 i inne tego typu gadżety nie są tam zbytnio popularne. Jest natomiast jedna rzecz, która zdominowała młodych Tybetańczyków – telefon komórkowy. Ze względu na niskie ceny użytkowania ma go praktycznie każdy. Oczywiście najbardziej popularne są SMS-y. Nie ma w tym nic dziwnego, przy czym tam cyfrowa rewolucja ma także drugie dno. Wszystkie gadżety elektroniczne w tym przede wszystkim telefony komórkowe obsługiwane mogą być bowiem tylko w języku chińskim.

W świecie realnym Tybetańczycy mają czasem problem w porozumiewaniu się. Przykładowo osoby pochodząca z Kham, Amdo czy Lhasy podczas wspólnej biesiady posługując się rodzimymi dialektami nie są w stanie siebie zrozumieć. Dlatego najczęściej w stolicy wszyscy uczą się tamtejszego dialektu. Oczywiście w gronie znajomych czy przyjaciół z tego samego regionu najczęściej wraca się do rodzimego języka stron z których się pochodzi. Telefony komórkowe i inne gadżety nie dają już takie wyboru. Chcąc bowiem wysłać SMS-a należy używać tylko i wyłącznie języka chińskiego. I także poprzez nowe technologie staje się on integralną częścią podczas rozmów, często jw. Postaci pojedynczych słów czy tez całych zdań. Są pewne tematy, np. właśnie z dziedziny nowych technologii, na które Tybetańczycy znają tylko chińskie określenia. I tak po cichu tylnymi drzwiami poprzez zabawę i fascynację elektronicznymi gadżetami Tybetańczycy łatwo i bezboleśnie sinizują swój język. Co gorsza z tym nie można i nie da się walczyć. Obecnie młode pokolenia Tybetańczyków posługują się mieszanką języka będącą wypadkową dialektu lhaskiego z domieszką chińskiego i słów z ich rodzimych stron, jeżeli nie urodzili się w stolicy. Nowe technologie zakorzenione u nas na dobre, a tam coraz mocniej obecne zmieniają coraz to nowsze pokolenia. Przy czym w Tybecie cyfrowi tubylcy coraz bardziej stają się Chińczykami.