Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchodźcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchodźcy. Pokaż wszystkie posty

28 października 2012

Pięć powodów aby z nadzieją patrzeć na Tybet

W niezwykle trudnym czasie, gdy docierają do nas co nowsze doniesienia o kolejnych samospaleniach w Tybecie, gdy do głowy przychodzi raczej „Raport z oblężonego miasta” Herberta, tekst Tendora, szefa Students for a Free Tibet daje nadzieję.

W zeszłym tygodniu uczestniczyłem konferencji Światowego Ruchu na rzecz Demokracji, która odbyła się w stolicy Peru, Limie, gdzie spotkali się aktywiści, dziennikarze, parlamentarzyści, byli więźniowie polityczni z niemal każdego państwa.

Praktycznie każdy, z kim rozmawiałem chciał wiedzieć, czy nadchodząca zmiana chińskiego przywództwa przyniesie zmianę w Tybecie? Czy Xi Jinping zmieni Tybet tak, jak nie dokonał tego Hu Jintao?

“Dyktatorzy nie przynoszą zmiany,” – przypominałem, “zmiana możliwa jest dzięki ludziom, którzy zmuszają dyktatorów do działania”. „Jednak jeszcze ważniejsze,” – podkreślałem, „w Tybecie już dokonała się zmiana”. Ta zmiana jest trudna do uchwycenia, kiedy co najmniej 60 Tybetańczyków podpaliło się w imię wolności. Chociaż informacje o samospaleniach rozdzierają nasze serca – dziś dotarły informacje o czterech kolejnych – musimy wejrzeć głębiej, aby usłyszeć niezwykłe, podnoszące na duchu historie o braku współpracy [strategia bojkotu/braku współpracy z okupantem – red.], renesansie kultury, kreatywnym oporze, który przekształcił tybetański aktywizm i nieodwracalnie zmienił Tybet.
(…)
Gdy oceniamy z szerzej perspektywy oporu, widzimy że Chiny już teraz straciły Tybet; kontrolują kraj wyłącznie siłami zbrojnymi. Panowanie nad niesfornym płaskowyżem nigdy nie było słabsze, a tybetański opór mocniejszy.

Pomimo tego trudnego rozdziału w historii Tybetu, jest wiele powodów aby mieć nadzieję o tybetańską przyszłość. Poniżej wymieniam tylko pięć. Proszę, przekażcie je innym i wspierajcie światowy ruch na rzecz wolności w Tybecie.

Pięć powodów aby z nadzieją patrzeć na Tybet

Powód 1. Wolność jest zaraźliwa. Od Birmy po Tunezję, od Jemenu po Egipt, siły demokratyczne zwyciężają. Oczywiście transformacja z dyktatury do demokracji, z okupacji do wolności niesie za sobą wyzwania, ale Tybetańczycy są gotowi stawić im czoła. Wraz z rozprzestrzenianiem się fali wolności na świecie, towarzysze dyktatorzy są coraz bardziej izolowani. Ten przyrost sfery wolności i demokracji na świecie będzie miał wpływ na Tybet, Chiny i pozostałe państwa policyjne w każdym wymiarze – psychologicznym, społecznym, kulturalnym i politycznym. Chiny stoją na czele świata pozbawionego wolności, ale ten świat się kurczy, prowadząc jednocześnie do słabnięcia wewnętrznej jak i międzynarodowej legitymacji chińskiej Partii Komunistycznej.

Pierwsza praca z "harmonijnego" cyklu "hexie farm" - czyli "wodny krab" lub inaczej czytając "harmonia" - której wprowadzanie przez chińską władzę oznacza prześladowanie dysydentów. Autorem jest niejaki Szalony Krab “疯蟹”, pozostający anoni
mowym chiński rysownik. Znawcy sztuki znajdą odniesienia do "3 maja 1808" Goi. Praca zatytułowana "Zabijanie ducha Tybetu".

Powód 2. Brak współpracy w Tybecie. Lhakar, nowy oddolny ruch społeczny zainicjowany w Tybecie po powstaniu 2008 roku, obejmuje taktykę braku współpracy oraz bezpośredniej interwencji. Tybetańscy aktywiści, którzy tradycyjnie opierali swoje działania na obarczonej wysokim ryzykiem taktyce protestów, teraz wzbogacili swój arsenał o bardziej stonowane, ale silne narzędzie braku współpracy: bojkotują chiński biznes, instytucje, kulturę a nawet język. W Kardze i Ngabie Tybetańczycy unikają chińskich restauracji wybierając w zamian te prowadzone przez Tybetańczyków – to przykład ekonomicznego braku współpracy zapożyczony od Gandhiego. W Khawa Karpo, Tybetańczycy umęczeni protestowaniem przeciwko chińskim firmom wydobywczym, wrzucili do rzeki sprzęt górniczy o wartości 300 000 dolarów – to przykład bezpośredniej interwencji bez stosowania przemocy. Pośród wszystkich bezprzemocowych taktyk, odmowa współpracy oraz bezpośrednia interwencja dają najlepsze efekty w podcinaniu filarów opresji.

Powód 3: Lhakar czyni z kultury broń. Lhakar zmienił tybetańską kulturę w bezprzemocową broń, która odbiera władzę chińskiemu okupantowi i znajduje się w rękach każdego Tybetańczyka. Lhakar odwrócił bieg, trwającej pięćdziesiąt lat, chińskiej kampanii sinizacji tybetańskiej kultury. Tybetańczycy dumnie noszą tradycyjne stroje, mówią i piszą po tybetańsku, używają sztuki, literatury, poezji i muzyki aby wyrazić swoje marzenie o wolności i wiarę w Dalajlamę. Pieśni, książki i teledyski z politycznym podtekstem stały się bestsellerami i hitami w Tybecie, wskazując na renesans współczesnej tybetańskości. W przeszłości, w wielu walkach z kolonializmami, skuteczną rewolucję poprzedzało odrodzenie kultury, które nabiera tempa w Tybecie. Lhakar spowodował, że aktywizm stał się dostępny dla każdego i tani – odbywa się na rachunek chińskiego rządu.


Powód 4: Internet = informacja = wolność. Chiński rząd kontroluje Tybet, jak i Chiny, uzależniony od utrzymywania totalitarnej kontroli nad informacją i utrzymaniem mas w nieświadomości. W dzisiejszych czasach, dzięki interetowi, ta kontrola jest coraz słabsza. Chiński rząd ma we własnym narodzie znacznie potężniejszego wroga, niż dziesięć lat temu – dzięki prędkości z jaką rozchodzą się informacje. Aparat cenzury w Pekinie stale przegrywa z pomysłowością chińskich i tybetańskich obywateli sieci, którzy szukają prawdziwych informacji i nie dają się ograniczać.

Powód 5. Dyktatury także się starzeją i umierają. Totalitaryzm to ślepy zaułek. Chińska Partia Komunistyczna była w stanie przetrwać do dzisiaj korygując system, ale poprawki nie są w stanie dłużej uchronić jej od rosnącego niezadowolenia ludzi, groźnej dewastacji środowiska, endemicznej korupcji i spowalniającej gospodarki. Według chińskiego naukowca Minxin Pei, naturą dyktatur jest to że opierają się o błędne założenia, przez co ich istnienie ograniczone jest w czasie do kilku dekad, nawet jeśli chodzi o najbardziej trwałe reżimy. Związek Radziecki rozpadł się po 74 latach, reżim w Meksyku trwał 71 lat, Kuomintang 73 lata. Chińska Partia Komunistyczna liczy sobie 63 lata, i według Pei – przy dobrych wiatrach - przetrwa nie więcej niż kolejne 10 lat.

***

Tendor, Dyrektor Generalny Students for a Free Tibet, największej międzynarodowej sieci aktywistów działających na rzecz Tybetu. Urodził się w 1979 r. w Indiach, studiował stosunki międzynarodowe w USA, pracował m.in. w National Endowment for Democracy, od 2004 r. pracuje dla SFT, początkowo jako rzecznik organizacji w 2009 zastąpił Lhadon Tethong na stanowisku szefa organizacji. Autor licznych artykułów i komentarzy na tematy sytuacji w Tybecie w międzynarodowych mediach.

5 października 2011

Reżim tożsamości


Z Natalią Bloch, autorką książki „Urodzeni uchodźcy. Tożsamość pokolenia młodych Tybetańczyków w Indiach”, rozmawia Adam Sanocki. Tydzień temu opublikowaliśmy na Tybet.blogu fragment książki.

Jak długo trwały prace nad monografia? Co Przysporzyło ci najwięcej trudności i czy były jakieś sytuacje które zapamiętałaś w sposób szczególny?
Gdyby tak dobrze policzyć, to jakieś 6 lat. Książka jest owocem badań terenowych, jakie prowadziłam do doktoratu przygotowanego w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM. Ale już pracę magisterką pisałam o diasporze tybetańskiej – wówczas jeszcze na politologii. Badania te miały charakter wahadłowy, to znaczy, że do wybranych obozów uchodźców tybetańskich jeździłam co roku, łącznie spędzając w terenie około 15 miesięcy.

Mimo że w studiach uchodźczych dużo się pisze o trudnościach w dostępie to tzw. pola badawczego, to z uchodźcami tybetańskimi pracuje się stosunkowo łatwo. Badacz niezwykle rzadko spotyka się z odmową współpracy, co wynika z wysokiej samoświadomości Tybetańczyków żyjących w diasporze w odniesieniu do ich sytuacji politycznej. Badaczom przypisuje się w niej ważną rolę potwierdzania wyjątkowości kultury tybetańskiej – z reguły redukowanej do buddyzmu – i konieczności jej ocalenia przed tym, co jest nazywane przez władze uchodźcze kulturobójstwem. Tym samym badacze zostają zaprzęgnięci do walki o sprawę tybetańską. Jednak ta pozorna łatwość jest jednocześnie przeszkodą. W ramach konsekwentnie prowadzonej przez uchodźcze elity polityki tożsamości, uchodźcy w kontaktach z ludźmi z Zachodu starają się tworzyć wizerunki samych siebie jako pokojowych buddystów, ceniących demokrację i dbających o środowisko naturalne. Bardzo trudno jest się przebić przez ten mur pozytywnych autoreprezentacji, zresztą silnie zinternalizowanych.
W związku z powyższym mój projekt spotykał się zwykle z pobłażaniem ze strony starszych uchodźców, zwłaszcza związanych z rządem uchodźczym. Gdy mówiłam, że interesują mnie młodzi Tybetańczycy urodzeni w Indiach, najpierw słyszałam, że „ci młodzi nic nie wiedzą o naszej kulturze, nie dbają o naszą religię, są leniwi, tylko motory, te hip-hopowe ciuchy i wieczorne imprezy im w głowie, pani sama widzi”, a potem byłam odsyłana do ich rodziców i dziadków, którzy mogli mi opowiedzieć o „prawdziwej kulturze tybetańskiej”.

Myślę jednak, że największa trudność, z jaką się borykałam, miała charakter konceptualno-etyczny i dotyczyła odpowiedzi na pytanie: jak rozwinąć krytyczną analizę badanej grupy tak, by jej nie zaszkodzić. Ma to szczególne znaczenie w badaniach grup politycznie zmarginalizowanych, ponieważ badacz sam staje się wysoce politycznie uwikłany.

Jaka dzisiaj jest diaspora tybetańska? W jak dużym stopniu jej tożsamość kreowana jest twoim zdaniem przez zachodnie wyobrażenia na jej temat i czy ten wpływ jest różny na elity i resztę społeczeństwa?
Tożsamość to rzecz wielce złożona – mi próba odpowiedzenia na to pytanie zajęła blisko 600 stron, a i tak dotyczyło ono nie diaspory tybetańskiej jako całości, ale Tybetańczyków urodzonych już w Indiach, których nazwałam „urodzonymi uchodźcami”. To, jak postrzegamy siebie, zawsze do pewnego stopnia jest uwarunkowane tym, jak widzą nas inni. Zwłaszcza, gdy te wyobrażenia są bardzo pozytywne. Ponadto elity uchodźcze zdają sobie sprawę, że dzięki dobremu PR-owi, jaki Tybetańczycy mają w świecie zachodnim, są w stanie zbić symboliczny kapitał, zabiegając o poparcie dla tzw. kwestii tybetańskiej – polityczne, ekonomiczne, moralne. Dlatego umiejętne go wykorzystywanie postrzegam jako sprawczość elit tybetańskich.

Z drugiej strony mamy poziom indywidualny. Zwłaszcza młodzi, wykształceni i wychowani już poza Tybetem Tybetańczycy, z którymi pracowałam, wydają się być coraz bardziej zmęczeni wyidealizowanym wizerunkiem, w który zostali wepchnięci – zarówno przez zachodnich sympatyków Tybetu, jaki i przez własne elity. Zjawisko to nazwałam „uchodźczym reżimem tożsamości”, czyli narzucaniem tylko jednej akceptowalnej tożsamości tybetańskiej: buddyjskiej, empatycznej, odrzucającej materializm.
Tymczasem ci młodzi Tybetańczycy chcą mieć prawo do tworzenia własnych, alternatywnych reprezentacji i szukają przestrzeni, w których mogliby to robić. Jedną z nich jest młode uchodźcze kino tybetańskie, które od kilku lat rozwija się prężnie w diasporze, i filmy o tak znamiennych tytułach, jak „Nie jesteśmy mnichami”, „Richard Gere jest moim bohaterem” czy „Od tsampy do pizzy”.

Jak obecnie wygląda sytuacja opozycji względem Dalajlamy i Rządu?
Jeszcze w roku 2004, gdy pisałam tekst do magazynu „Puls Świata” zatytułowany „Nie jesteśmy Buddami” – poświęcony właśnie opozycji w diasporze wobec Rządu Tybetańskiego na Uchodźstwie - wydawało mi się, że ten podział tybetańskiej sceny politycznej jest dużo bardziej widoczny. Dziś powiedziałabym raczej, że młodzi Tybetańczycy nie tyle tworzą wyraźną opozycję wobec swoich władz, co raczej starają się w sposób bardziej subtelny promować własne stanowisko. Demokracja tybetańska, o czym piszę w książce, jest taką „demokracją autorytarną”, odgórnie narzuconą i kierowaną, w rezultacie czego nie ma w niej specjalnie miejsca na opozycję – ani oficjalną, do której wyłonienia nie dochodzi na forum uchodźczego parlamentu w rezultacie bezpartyjnej ordynacji wyborczej, ani nieoficjalną. W obliczu „wyższego celu”, jakim jest walka o kraj, wszelka opozycja wobec rządu – który z kolei swoje posunięcia legitymizuje autorytetem Dalajlamy – jest postrzegana jako świętokradztwo i brak patriotyzmu jednocześnie. Problem ten dostrzegał już w połowie lat 60. znany tybetolog Melvyn Goldstein, który bodaj jako pierwszy prowadził badania w obozach uchodźców tybetańskich. Goldstein pisał, że poparcie i uległość wobec rządu uchodźczego i Dalajlamy stały się wyznacznikami postawy patriotycznej, podczas gdy opozycja i niezgoda były postrzegane jako zdradzieckie, wiarołomne, szkodzące kwestii tybetańskiej. Trzeba mieć to na względzie, żeby nie popadać w pułapkę interpretacyjną, odczytując poparcie dla polityki firmowanej przez Dalajlamę jako wyraz wiary w jego nieomylność – myślę, że równie często jest ono wynikiem lęku przed stygmatem bycia nie-patriotą.

W rezultacie osoby – w większości należące do młodego pokolenia – które nie zgadzają się (całkowicie lub częściowo) ze stanowiskiem TGIE, rzadko otwarcie określają się w opozycji do niego, stosując raczej szereg strategii, mających na celu wpisanie ich oporu w ramy tybetańskiego nacjonalizmu. Innymi słowy, redefiniują oni swoją opozycję tak, by nie ryzykować oskarżeń o nie-tybetańskość. Ilustruje to wypowiedź jednej z młodych aktywistek: „Nawet Budda mówił nam, że powinniśmy podążać za jego naukami, tylko po uprzednim przemyśleniu ich. Możemy oddawać cześć Dalajlamie, ale mamy również prawo do pełnego szacunku niezgadzania się z nim w sprawach politycznych. [Ale] nie mogę o tym rozmawiać z moimi rodzicami ani kimkolwiek z ich pokolenia. Nawet dla niektórych młodych ludzi jest to trudna idea”.

Czy kolejne pokolenia Tybetańczyków się radykalizują? Czy sytuacja może się jeszcze zmienić po śmierci Dalajlamy?
Elity tybetańskie lubią używać tego argumentu, trochę chyba na zasadzie straszaka, ale w mojej ocenie wypowiedzi i działania przedstawicieli opozycji tybetańskiej z końca lat 70. i lat 80. – związanych wówczas z Kongresem Młodzieży Tybetańskiej – były dużo bardziej radykalne i też spotykały się z komentarzami o radykalizacji młodego pokolenia. Na przykład Tashi Namgyal, sekretarz generalny tej pierwszej tybetańskiej organizacji pozarządowej stworzonej na uchodźstwie, w drugiej połowie lat 80. w rozmowie z zachodnim dziennikarzem mówił: „Nie wierzymy w terroryzm. Nie wierzymy w konieczność zabijania niewinnych ludzi. Naszą jedyną motywacją jest osiągnięcie celu: całkowitej niepodległości Tybetu. Jeśli zabijamy Chińczyków, nikt nie może zarzucić nam działań terrorystycznych. Nie ma niewinnych Chińczyków przyjeżdżających do Tybetu”. Jamyang Norbu i Lhasang Tsering walczyli w partyzantce tybetańskiej w Mustangu.

Dziś młodzi aktywiści nie używają tego rodzaju retoryki – z jednej strony ze względu na wspomniany przeze mnie „reżim tożsamości”, z drugiej natomiast jest to, moim zdaniem, związane z pojawieniem się po roku 2001 nowej kategorii w stosunkach międzynarodowych – powszechnej wojny z terroryzmem. Młodzi liderzy tybetańscy wolą unikać wszelkich śmielszych odniesień do przemocy w obawie przed terrorystyczną etykietką, którą władze chińskie starają się przypisać tybetańskim zabiegom o odzyskanie ojczyzny. Ich działania polegają raczej na profesjonalizacji ruchu wolnościowego, odchodzeniu od dawnych, nieskutecznych ich zdaniem form protestu, takich jak czuwanie przy świecach czy marsze pokojowe. Szukają alternatywnych, bardziej nowatorskich i spektakularnych form działania, które przyciągnęłyby uwagę mediów. Należą do nich na przykład realizowane przez Tenzina Tsundue akcje wspinania się na budynki, w których goszczą chińscy dygnitarze podczas wizyt w Indiach, połączone z rozrzucaniem ulotek i wywieszaniem banerów. Dziennikarze chętnie je relacjonują, między innymi ze względu na element ryzyka – istnieje prawdopodobieństwo, że protestujący spadnie lub sam się rzuci z wysokości, co dodaje protestowi dramatyzmu i czyni temat bardziej medialnym. Chodzi więc nie tyle o odejście od zasady niestosowania przemocy, co o dobieranie takich metod walki politycznej, aby non-violence nie znaczyło non-action.

Z polskiego punktu widzenia diaspora tybetańska świetnie się asymiluje w Polsce. Czy jest tak także w innych krajach na świecie?
Diaspora tybetańska w Polsce to bardzo nieliczna grupa, dlatego pomyślna integracja ze społeczeństwem polskim nie stanowi w jej przypadku problemu, a jest wręcz nieunikniona. W Indiach sprawy mają się zupełnie inaczej – zarówno ze strony samych Tybetańczyków, jak i ich gospodarzy. Od samego początku istnienia diaspory tybetańskiej władze uchodźcze prowadzą konsekwentną politykę separacji, zwłaszcza w wymiarze społeczno-kulturowym. Większość Tybetańczyków wciąż żyje w obozach, dzieci tybetańskie chodzą do oddzielnych szkół, rzadkością są małżeństwa tybetańsko-indyjskie, większość Tybetańczyków urodzonych już w Indiach nie występuje o indyjskie obywatelstwo. Wydaje się, że rozwiązanie to zadowala obie strony. Władze uchodźcze prowadząc taką politykę, zabiegają o zachowanie odrębności kulturowej i legitymizują walkę o odzyskanie ojczyzny. Z kolei społeczeństwo indyjskie to konglomerat olbrzymiej liczby grup o różnych językach, wyznaniach, pochodzeniu, kulturach, które od wieków w dużej mierze żyją niezależnie od siebie. Do czego Tybetańczycy mieliby się asymilować? Do hinduistycznej, wciąż bardzo kastowej, większości? To przecież niemożliwe. Separacja jest też formą adaptacji.

Z jakimi problemami głownie stykają się dzisiaj Tybetańczycy na uchodźstwie?
Wskazałabym dwa główne problemy. Pierwszy ma naturę ekonomiczną, choć nie tylko. Jest nim rosnące coraz bardziej bezrobocie w diasporze. Dla wykształconych młodych Tybetańczyków zaprojektowane przez władze indyjskie i tybetańskie przed półwieczem formy zarobkowania, takie jak rolnictwo czy rzemiosło, nie stanowią atrakcyjnej oferty pracy. Również wypracowany przez samych uchodźców model sezonowego handlu ubraniami jest mało pociągającą opcją kariery zawodowej. W rezultacie coraz więcej młodych ludzi migruje do indyjskich metropolii, gdzie znajduje zatrudnienie przede wszystkim w zagranicznych telefonicznych biurach obsługi klienta. Nie jest to z pewnością praca dająca wielkie możliwości rozwoju, ale dość intratna. W konsekwencji coraz częściej w obozach pozostają tylko osoby starsze i dzieci. Intensyfikuje się również emigracja zagranicę. Władze uchodźcze ten odpływ z obozów bardzo niepokoi, widzą w nim bowiem zagrożenie dla polityki separacji.

Drugim problemem jest rosnąca przepaść, jaka dzieli „urodzonych uchodźców” i ich rówieśników z Tybetu. Dochodzi między nimi do czegoś, co nazwałam „licytowaniem tybetańskości”. Uchodźcy z Tybetu uważają się za „prawdziwszych” Tybetańczyków z racji urodzenia i dorastania w ojczyźnie, z kolei „urodzeni uchodźcy” postrzegają ich jako zsinizowanych i wymagających „tybetanizacji” na uchodźstwie. Uważam, że to ten właśnie podział – a nie dawne różnice wynikające z przynależności do różnych szkół buddyzmu tybetańskiego czy prowincji tybetańskich – jest tym, co najbardziej dzieli obecnie diasporę tybetańską. Z drugiej strony jest to znane zjawisko w studiach migracyjnych – środowiska emigracyjne, a zwłaszcza uchodźcze, mają tendencję do kulturowego purytanizmu, przypisując sobie rolę tych, którzy mają ocalić „prawdziwą” kulturę niszczoną ich zdaniem w kraju pochodzenia.

Jak Tybetańczycy budują tożsamość narodowa w warunkach wymiejscowienia?
Większość badaczy historii Tybetu jest zdania, iż pantybetańska tożsamość narodowa jest produktem diaspory. To na uchodźstwie Tybetańczycy pochodzący z różnych części kraju i reprezentujący różne szkoły buddyzmu tybetańskiego po raz pierwszy zamieszkali razem w obozach, byli zmuszeni wypracować język, za pomocą którego byliby w stanie się porozumieć, ich dzieci – należące do różnych warstw społecznych –poszły do tych samych szkół.

To właśnie w szkołach tybetańskich na uchodźstwie są przekazywane symbole i kształtowane postawy narodowe – przede wszystkim poczucia dumy z własnego narodu oraz misyjności, rozumianej jako zbiorowa odpowiedzialność za losy ojczyzny. W szkołach dzieci uchodźców poznają flagę narodową, uczą się hymnu i mito-historii Tybetu. Z jednej strony zatem uchodźstwo stworzyło warunki, aby Tybetańczycy mogli wyobrazić sobie siebie jako wspólnotę narodową, z drugiej natomiast pociągnęło za sobą konieczność wpisania się w coś, co Liisa Malkki nazwała „narodowym porządkiem rzeczy”, aby móc walczyć o prawo do samostanowienia, przysługujące tylko narodom.

Również niezachęcanie przez rząd uchodźczy do przyjmowania indyjskiego obywatelstwa i celowe podtrzymywanie statusu uchodźcy jest częścią procesu narodowotwórczego.

Natalia Bloch – politolog, antropolog kulturowy, adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się zagadnieniami z zakresu studiów migracyjnych i uchodźczych, a w szczególności procesami integracyjnymi, powiązaniami transnarodowymi i konstruowaniem tożsamości w diasporach. Prowadziła badania w obozach uchodźców tybetańskich w Indiach, w himalajskich regionach Nepalu oraz wśród imigrantów w Poznaniu. Laureatka Dziennikarskiej Nagrody Amnesty International za najlepszy tekst prasowy roku 2004 poświęcony problematyce praw człowieka za reportaż „Nie jesteśmy Buddami”.

28 września 2011

Urodzeni uchodźcy


Po wakacyjnej przerwie wracamy na Tybet.bloga. Prezentujemy fragment najnowszej książki o diasporze tybetańskiej napisanej przez polską badaczkę i zarazem naszą redakcyjną koleżankę Natalię Bloch. Natalia wnikliwie i krytycznie przyglądała się rozpolitykowanemu życiu Tybetańczyków w Indiach. Z dziesiątków wywiadów licznych rozmów i obserwacji powstała praca doktorska, ale też fascynująca książka, którą gorąco polecamy, a za tydzień na naszym blogu wywiad z autorką.

Donald S. Lopez Jr. w swojej klasycznej już książce tybetologicznej (1998) postawił tezę, iż Tybetańczycy stali się „więźniami Shangri-la” (Prisoners of Shangri-La) – produktami zachodnich wyobrażeń o buddystach . Lobsang Yeshi z TYC [Tibetan Youth Congres – red.], mówiąc o nie-Tybetańczykach oczekujących, że Tybetańczycy będą tak łagodni, że nie wolno im nawet wykrzyczeć złości na demonstracjach, śmieje się, że „nie tylko Chińczycy nas uciskają, reszta świata też!” . Tsephel [z organizacji Friends of Tibet – red.] z kolei tak to tłumaczy:

Mam dość oczekiwań ludzi – ludzie z Zachodu chcieliby widzieć nas zawsze uśmiechniętymi, z empatycznym sercem, żeby każdy Tybetańczyk był pokojowo nastawiony do świata. Ale to są ich wyobrażenia, a nie prawda. Oni muszą się pozbyć tych wyobrażeń i zobaczyć rzeczywistość. W głębi serca – zapewniam cię – ta empatia tam jest. Ale musimy być bardzo praktyczni – okoliczności odgrywają tu ważną rolę. Jeśli okoliczności są OK, wtedy – jestem pewien – Tybetańczycy będą się uśmiechać cały czas […]. Ale nie jesteśmy tu szczęśliwi, więc kto się ma śmiać? Jeśli czujemy rozczarowanie, złość…

Takiej uprzedmiotawiającej interpretacji dynamiki zagadnień tożsamości w diasporze tybetańskiej, czyniącej z uchodźców bierne i bezwolne ofiary czyichś konstruktów wyobrażeniowych, przeciwstawił się Paul Christiaan Klieger, argumentując, że Tybetańczycy sami, świadomie i autorefleksyjnie, tworzą selektywne reprezentacje swojej kultury . Moim zdaniem współczesny wizerunek Tybetańczyków jest produktem dwustronnych idealizacji – stworzonych w procesach egzotyzacji i romantyzacji wyobrażeń świata zachodniego oraz polityki tożsamości autorstwa tybetańskich elit uchodźczych. Ta polityka, […] ma charakter opresyjny, działając jako reżim, który za pomocą kryterium autentyczności klasyfikuje pewne postawy i zachowania jako „nietybetańskie”. W filmie Tsampa to Pizza jest scena, w której starszy Tybetańczyk tłumaczy kilkuletniemu wnuczkowi: „Musisz to [kulturę, tradycję] ochraniać – w przeciwnym razie, kto to zrobi?”. Scena ta ukazuje presję, jaką społeczność (rodzina, szkoła, władze) wywiera na „urodzonych uchodźców”, aby byli „żywymi skansenami” tzw. tradycyjnej kultury tybetańskiej. Problem jednak polega na tym, że młode pokolenie Tybetańczyków jest coraz bardziej zmęczone tym doskonałym, „neopurytańskim” wizerunkiem.

Po pierwsze, młodzi wykształceni Tybetańczycy żyjący na uchodźstwie uważają, że ten idealny – pacyfistyczny i uduchowiony – wizerunek nie przyniósł jak dotąd żadnej znaczącej zmiany, jeśli chodzi o kwestię tybetańską. Oczekują od swoich władz pragmatyzmu, a nie idealizmu. Jeden z bohaterów młodego kina uchodźczo-tybetańskiego w monologu rozpoczynającym najważniejszy, moim zdaniem, film w tym nurcie, pyta i odpowiada sam sobie: „Co dał nam świat? Tylko pustą sympatię!”. Po drugie, „urodzeni uchodźcy” chcą być aktywnymi uczestnikami globalnej kultury, korzystającymi z uroków życia i młodości; chcą mieć prawo nosić dżinsy, słuchać rocka i pić piwo, i być przy tym Tybetańczykami. Innymi słowy, odczuwają potrzebę sprawczości w procesie autoidentyfikacji i domagają się przestrzeni dla tworzenia własnych artykulacji tybetańskości.

Takich artykulacji bowiem im się odmawia – wystarczy przyjrzeć się zdjęciom umieszczanym w publikacjach i na oficjalnych stronach internetowych TGIE [Tibetan Government in Exile – Tybetański Rząd Emigracyjny – red.], a także albumom z barwnymi fotografiami autorstwa zachodnich podróżników, a okaże się, że trudno znaleźć w nich ludzi młodych w skórzanych kurtkach, czapeczkach baseballowych, w hip-hopowych spodniach czy dżinsach i butach Nike’a made in India. Będą tam za to ich rodzice i dziadkowie, ubrani w „tradycyjne stroje”, z młynkiem modlitewnym w jednej ręce i malą w drugiej, uśmiechający się szeroko. Jeśli już pojawiają się na tych fotografiach ludzie młodzi, to tylko w mnisich szatach lub dzieci w szkolnych mundurkach. Można z tego wysnuć wniosek, że moi rozmówcy – należący do młodego świeckiego pokolenia urodzonego na uchodźstwie – nie są uważani za reprezentatywnych dla kultury tybetańskiej. Należą do „strefy  niewidzialności” […]. Jeśli przedstawiciele elit tybetańskich w ogóle wypowiadają się publicznie o młodzieży tybetańskiej, to bądź w formie postulatywnej (że powinni być „dobrymi ziarnami przyszłego Tybetu”) bądź krytycznej. Przykładem może być opinia Tsepaka Rigzina, edukatora dzieci uchodźców, wieloletniego dyrektora CST [Central Scool for Tibetans - red.] w Mundgod:

Pęd i zainteresowanie młodszego pokolenia zachodnią muzyką rockową i indyjskim kinem przyćmiewa ich zainteresowanie i miłość dla kultury i tradycji tybetańskiej. Narzekania na niski poziom znajomości języka tybetańskiego, brak zainteresowania aktywnością religijną i kulturalną, rosnące przypadki niezdyscyplinowania oraz powstawanie społecznie niepożądanych nawyków budzi nasze poważne obawy […]. Rośnie moda wśród współczesnej młodzieży tybetańskiej na zdobywania szybkich pieniędzy i luksusowego życia .

W celu przeciwdziałania tym negatywnym wpływom wydawane są książki, które mają przestrzegać młodych Tybetańczyków przed zbaczaniem na „złą drogę”. Tsewang Gyalpo, we wstępie do jednej z nich, opowiadającej historię młodej dziewczyny o imieniu Yungtso, która zamiast koncentrować się na nauce w koledżu, oddaje się życiu nocnemu w dużym indyjskim mieście i nieformalnemu związkowi z uwodzicielskim Nyimą, aż w końcu zachodzi w ciążę, zostaje porzucona przez chłopaka i wydalona ze studiów, pisze:

Media i ekspansywne oddziaływanie współczesnego świata zwodzą naszą młodzież. Poza nauczaniem szkolnego curriculum, musimy rozbudzić i rozwijać w naszych dzieciach esencję naszych społecznych i moralnych wartości, tak, aby dobre dziewczęta, takie jak Yungtso, nie zboczyły w połowie drogi na ścieżkę demoralizacji. Nie możemy sobie na to pozwolić w tym momencie naszej historii […]. Szczerze wierzę, że historia Yungtso posłuży jako cugle i przypomni wszystkim tym młodym ludziom galopującym ku degeneracji, żeby powrócili na łono naszego społeczeństwa, aby służyć naszemu wspólnemu celowi .

„Urodzeni uchodźcy” postanowili w związku z tym poszukać przestrzeni, w których mogliby tworzyć własne, alternatywne reprezentacje. Przestrzeniami takimi stała się sztuka: muzyka, literatura (proza, poezja, eseistyka)  oraz film , na którego przykładzie chciałabym przedstawić opór, jaki wobec uchodźczego reżimu tożsamości stosują młodzi Tybetańczycy. Wybór filmu jako sposobu na wyjście ze „sfery niewidzialności” nie był przypadkowy: to właśnie kinematografia – przede wszystkim rodem z Hollywood – w dużej mierze przyczyniła się do stworzenia i upowszechnienia egzotycznego i uduchowionego wizerunku tybetańskiego „Innego” . Ruchomy obraz był zatem idealnym narzędziem, aby za jego pomocą dokonać dekonstrukcji powstałych mitów. Od początku XXI wieku coraz powszechniejszy stawał się widok młodych Tybetańczyków błąkających się po wąskich uliczkach McLeod Ganj [właściwa nazwa dla siedziby Dalajlamy i Tybetańskiego Rządu Emigracyjnego, potocznie zwana Dharamsalą od znajdującego się po drodze indyjskiego miasta - red.] i Majnu Ka Tili [tybetańskiej kolonii w indyjskiej stolicy - red.] z kamerą w ręku i dokumentujących codzienne życie swoje i rówieśników. Coraz częściej też spotykałam młodych uchodźców, którzy studiowali reżyserię na zachodnich, głównie północnoamerykańskich uczelniach, dzięki uzyskanym stypendiom (np. Fullbrigh’a) bądź sami, czasem przy pomocy znajomych z Zachodu, uczyli się sztuki rejestrowania ruchomych obrazów. Pojawienie się takich postaci zostało zresztą uchwycone przez nich samych w ich filmach: niemy Damdul z We’re no Monks rejestruje codzienność swoich kolegów małą cyfrową kamerą; Karma z Dreaming Lhasa przyjeżdża do Dharamsali, aby nakręcić dokument o byłych więźniach politycznych z Tybetu. Zawarte w filmach sceny nakręcone przez te postacie oraz umiejscowieniu akcji w realnych plenerach skutkuje wzmocnieniem autentyzmu pokazywanych obrazów.

Książka ukazała się w cyklu Monografie Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, więcej: http://fnp.org.pl/monografie/pl,monografie,book,173.php

Natalia Bloch – politolog, antropolog kulturowy, adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się zagadnieniami z zakresu studiów migracyjnych i uchodźczych, a w szczególności procesami integracyjnymi, powiązaniami transnarodowymi i konstruowaniem tożsamości w diasporach. Prowadziła badania w obozach uchodźców tybetańskich w Indiach, w himalajskich regionach Nepalu oraz wśród imigrantów w Poznaniu. Laureatka Dziennikarskiej Nagrody Amnesty International za najlepszy tekst prasowy roku 2004 poświęcony problematyce praw człowieka za reportaż „Nie jesteśmy Buddami”.

10 sierpnia 2011

Początek końca (część I)

Jamyang Norbu
Oryginalny tekst został opublikowany 14 lipca na blogu Jamyanga Norbu 'Shadow Tibet'

Ghaden Phodran labrang, Klasztor Drepung (Tybet), fot. Shadow Tibet.


Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze;
Czysta anarchia szaleje nad światem,
Wzdyma się fala mętna od krwi, wszędzie wokół
Zatapiając obrzędy dawnej niewinności;
Najlepsi tracą wszelka wiarę, a w najgorszych
Kipi żarliwa i porywcza moc.

Te wersety z „Drugiego przyjścia” często były wykorzystywane w publicystyce politycznej (rozpaczliwego rodzaju), mimo że zazwyczaj wprowadzały wydarzenia, które nijak miały się do zwiastującej apokalipsę metafizycznej wizji Yeats’a. Kiedyś widziałem je wyeksponowane na jednej ze stron opiniotwórczej brytyjskiej gazety, dzień po trzecim zwycięstwie Margaret Thatcher w wyborach.

Jednak to, co dzieje się obecnie w Tybecie, można opisać niestety, tylko w najbardziej przerażających apokaliptycznych terminach. I nie mówię tylko o sytuacji wewnątrz Tybetu, gdzie nieubłagane rządy ucisku, przemocy, masowych przesiedleń, kulturowego ludobójstwa i niszczenia środowiska przyjęły teraz wymiar eschatologiczny, z gwałtownym ubożeniem i marginalizacją Tybetańczyków w obliczu chińskich (i zagranicznych) projektów rozwoju na wielką skalę.

Najnowszym dodatkiem do scenariusza „końca świata” jest z pewnością etnicznie wyniszczający „Program Przesiedleń Nomadów”. Według oficjalnego raportu agencji Xinhua w prowincji Qinghai w 2011 r. buduje się 25.000 nowych jednostek, które dołączą do 46.000 już działających ośrodków przesiedleńczych. Zakłada się, że pięcioletni program obejmie łącznie około 134.000 rodzin (pół miliona ludzi), którzy zostaną przymusowo wypędzeni ze swoich łąk i internowani w obozowiskach, które niepokojąco przypominają stalinowskie gułagi: rząd w rząd identyczne szare chaty z pustaków otoczone wysokim, kamiennym murem, który wzdłuż całego obwodu patrolowany jest przez wozy policyjne.

Ale nie. Jakkolwiek ponuro by to nie brzmiało, nie mam na myśli tylko tego, co dzieje się wewnątrz Tybetu, ale sytuację na zewnątrz, zwłaszcza w Dharamsali, gdzie tybetański rząd na uchodźstwie praktycznie zacisnął sobie pętlę na szyi.

Można by powiedzieć, że wszystko zaczęło się w 1988 r. wraz ze strasburską propozycja Dalajlamy, w której poddał on sprawę niepodległości Tybetu, jednak bardziej bezpośrednią przyczyną obecnego kryzysu było z pewnością tegoroczne oświadczenie z 10 marca, w którym ogłosił swoją decyzję o rezygnacji. Zamieściłem wpis krytykujący wybór daty tego wydarzenia, które miało miejsce zaledwie 10 dni po wyborach w Tybecie. Ponowiłem też sugestię, sprzed paru lat, którą zamieściłem w artykule na phayul.com, a mianowicie, iż pomimo tego, że decyzja Dalajlamy, aby w pełni zdemokratyzować rząd na uchodźstwie była niewątpliwie mile widziana, to jednak on sam, w imię politycznej ciągłości i podniesienia nastrojów Tybetańczyków spoza Tybetu, powinien pozostać głową państwa narodu tybetańskiego, mimo czysto formalnej pozycji. Wnikliwy edytorial w „Tibetan Political Review” (Tybetański Przegląd Polityczny) uczynił podobne rekomendacje, opisując prawne i konstytucyjne powody, dlaczego taki krok był potrzebny i dlaczego parlament na uchodźstwie nie powinien spieszyć się z decyzją w tej sprawie. Wszystkie tego rodzaju rady i uwagi zostały zignorowane w Dharamsali, o ile, zacznijmy od tego, w ogóle zostały zauważone. Tybetański parlament skierował do Dalajlamy pełną emocji prośbę, aby kontynuował swoją rolę „nadrzędnego politycznego i duchowego lidera Tybetu”.

Dalajlama kategorycznie odmówił podczas wykładu wygłoszonego 19 marca w świątyni Tsuglakang w Dharamsali. Jeden aspekt oświadczenia Dalajalmy, którego niektórzy z początku wydawali się nie pojmować, to fakt, że nie tylko zrezygnował on z politycznego przywództwa i bycia głową państwa, lecz także nieodwołalnie zakończył rolę Dalajlamy jako narodowej instytucji Tybetu. Raport na phayul.com postawił sprawę jasno: „Jego Świątobliwość powiedział dalej, iż była to jego dobrowolna decyzja, aby zakończyć polityczną rolę Instytucji Dalajlamy, która rozpoczęła się w 1642 r., kiedy to Wielki Piąty Dalajlama przyjął polityczną funkcję przywódcy Tybetu”.

Oglądając nagranie tego przemówienia uderzyła mnie wypowiedź Dalajlamy, że kończy on urząd Dalajlamy „zwycięsko” (gyalge nang nay). Dalajlama kontynuował mówiąc, iż nazwa Tybetańskiego rządu – Ganden Phodrang (Radosny Pałac) była pierwotnie nazwą labrangu Piątego Dalajlamy (osobistego pod-klasztoru w obrębie klasztoru Drepung) oraz, że zamierza wziąć z powrotem tę nazwę, dając jasno do zrozumienia, że rząd na uchodźstwie nie może dłużej jej używać i że jest to jego prywatna własność. Wytyczne Dalajlamy z początku były cokolwiek niepokojące. Czy nie zdawał on sobie sprawy, że nie może po prostu cofnąć o 370 lat historii i zmienić biegu wydarzeń, by pasował do jego obecnych planów tak samo, jak nie realne jest, żeby Chińczycy zwrócili mu budynek Ganden Phodrangu (który wciąż istnieje).

Kiedy Wielki Piąty ofiarował nazwę swojego własnego klasztoru nowemu rządowi wolnego Tybetu, zjednoczonego po raz pierwszy od czasu upadku dawnego imperium tybetańskiego, był to nieodwołalny akt polityczny i podniosłe wydarzenie historyczne. Myślę, że możemy być pewni, że Piąty nie myślał, o tym, że kiedyś w przyszłości mógłby zmienić zdanie i chcieć odzyskać nazwę Ganden Phodrang. Tak czy owak, Dalajlama otrzymał nowy, o wiele wspanialszy pałac Potala, który zbudowali dla niego Tybetańczycy własnym potem i poświęceniem, oraz nowy prywatny klasztor, Namgyal (który wciąż posiada). Od czasu uchodźstwa ma też nowoczesny osobisty sekretariat (kugyer yiktsang), który dzierży więcej władzy i wpływów niż rząd na uchodźstwie. Czy to nie wystarczy?

Od 1642 r. Ganden Phodrang pozostaje nazwą rządu Tybetu, a legalność obecnego rządu opiera się w opinii wielu Tybetańczyków na fakcie, że jest on nieprzerwaną kontynuacją tego samego rządu, który przedtem miał siedzibę w Lhasie. Jeśli zabrana zostanie nazwa, tym samym zakończy się legalność rządu. Jeśli rząd na uchodźstwie przestałby być Ganden Phondrang, to wówczas 49.184 Tybetańczyków na wygnaniu, którzy w tym roku oddali swój głos w wyborach, nie uczestniczyliby w demokratycznych wyborach nowego premiera i parlamentu, lecz raczej w wyborach prezesa i zarządu organizacji na rzecz uchodźców, lub czegoś w tym rodzaju.

Nieodłączna sprzeczność w żądaniu Dalajlamy mogła przyczynić się do kolejnej odsłony tej farsy. Krótko potem utworzono pięcioosobowy Komitet do Zmian Konstytucji (Charter Re-drafting Comitee), do którego należeli premier Samdong Rimpoche i rzecznik parlamentu Penpa Tsering. Pod wpływem wycofania nazwy Ganden Phodrang przez Dalajlamę, komitet zaproponował zastąpienie określenia „rząd” terminem „organizacja”.

Komitet wystąpił nawet z dziwnym, emocjonalnym (po namyśle może dogłębnie cynicznym) mottem nowej organizacji „Niech prawda będzie zawsze zwycięska” [„May Truth-ness Be Very Victorious” (denpanyi nampar gyalgyur chig)], który ma zastąpić poprzednie motto „Rząd Tybetu, Pałac Radości, zawsze i wszędzie zwycięski” [“The Government of Tibet, the Joyous Palace, Completely Victorious Everywhere (bhoshung ganden phodrang choglas namyal)]. Ta starsza formuła ma wspaniały wydźwięk i pewnie nie jestem jedynym, który tak sądzi. Rząd Bhutanu zaadaptował dość podobną: „Chwalebny rząd Bhutanu, zawsze i wszędzie zwycięski” [“Palden Drukshung Choglas Namgyal. The Glorious government of Bhutan, Completely Victorious Everywhere.]”

W niezwykłym przypływie efektywności i energii, pięcioosobowy komitet nakazał nawet umieścić nowe motto na pieczęci tybetańskiego rządu.

Aby przedyskutować i zaaprobować te propozycje zwołano narodową konferencję na 20 maja. Tenzing Sonam, filmowiec i eseista, w artykule w magazynie Himal, opisał to jako „historyczną okazję, ponieważ uczestnicy będą debatowali nad prawie 400 – letnim autorytetem politycznym instytucji dalajlamy oraz samym istnieniem oficjalnego rządu Tybetu na uchodźstwie”. Tenzing Sonam podkreśla, jak ważne było to spotkanie:

„418 Tybetańczyków z całego świata zebrało się w Dharamsali, tworząc tak reprezentatywną grupę na wygnaniu, jaka tylko możliwa była do utworzenia w tak krótkim czasie. Po czterech dniach intensywnych dyskusji, zebrani jednogłośnie poprosili Dalajlamę, aby zachował symboliczną obecność w rządzie jako głowa państwa, podobnie jak w systemie monarchii konstytucyjnej Wielkiej Brytanii. W opinii uczestników nie było widocznej sprzeczności w tej prośbie, skoro nie kolidowała z życzeniem Dalajlamy, aby „przestać być autorytetem politycznym.” Zmiana nazwy została odrzucona przygniatającą większością głosów, w zamian za utrzymanie tytułu „Rząd tybetański na uchodźstwie”. [wyróżnienie autora]

„Kiedy uczestnicy konferencji prezentowali swoje wnioski publiczności, wśród której był Dalajlama, po raz pierwszy zaskoczyła ich jego stanowcza odmowa, aby choćby przemyśleć ich sugestie, w myśl których miał pełnić jedynie funkcję reprezentacyjną. Jednak dopiero jego odpowiedź na drugi punkt, mianowicie utrzymanie oficjalnej nazwy „Rząd tybetański na uchodźstwie”, naprawdę nimi wstrząsnęła. Mocno sprzeciwił się tej propozycji, mówiąc, iż jeśli pozostawienie nazwy doprowadzi w przyszłości do problemów, nie będzie w stanie im pomóc. Zasugerował też, że nazwę można by zmienić na coś w rodzaju „Kierownictwo (Zarząd) Tybetańczyków” (‘Tibetan People’s Administration’).”

Dokładnie to uczyniono podczas następnej sesji tybetańskiego parlamentu. Sterowany i „strofowany” przez Samdonga Rimpocze, parlament prawie jednogłośnie przystał na zmianę nazwy rządu tybetańskiego na uchodźstwie na „Bhod Me Drik Tsuk” (dosłownie Institution/Organization of the Tibetan People – Organizacja Tybetańczyków).

Każdy kto próbuje zrozumieć tragiczne i zarazem przypominające farsę wypadki z Dharamsali oraz z gruntu niedemokratyczny, cyniczny i przypadkowy sposób, w jaki do nich doszło, powinien przeczytać artykuł Tenzina Sonama. Na phayul.com pojawił się pełen żałości nekrolog rządu Ganden Phodrang autorstwa Sheraba Woesera. O komentarze dotyczące różnych aspektów tej sprawy, przedstawiające cenną analizę problematyki, pokusili się Wangpo Tethong, Christophe Besuchet oraz prof. Elliot Sperling (w Jane’s Intelligence Review).

Jakkolwiek bardzo cenię sobie zdanie Tenzinga Sonama, jestem zmuszony nie zgodzić się z jedną z jego głównych teorii, powtarzaną zarówno przez Tybetańczyków, jak i obcokrajowców takich jak Pico Iyer, Patrick French, że „zawsze, odkąd w 1959 r. udał się na wygnanie, Dalajlama niestrudzenie promował demokrację”, lecz przegrał, ponieważ Tybetańczycy byli zbyt konserwatywni, religijni i bez wątpienia zbyt przywiązani do Dalajlamy. To, jak powiedziałem wcześniej, jest „w rzeczy samej pobożną bajeczką, którą sfrustrowani Tybetańczycy na wygnaniu powtarzają jak mantrę, żeby zganić siebie samych za trwającą stagnację ich społeczeństwa i ruchu politycznego”. Jego Świątobliwość rozpoczął być może tą demokratyczną pracę w imię słusznego celu, jednak jego niezdolność do tolerowania krytyki lub choćby odrobiny lojalnej opozycji gwarantowała, że ten eksperyment tybetańskiej polityki wyrodzi się wkrótce w coś pokroju Nepalskiej jednopartyjnej „Panchyat – demokracji”.

Nie zgadzam się też z Tenzingiem Sonamem, jakoby rezygnacja Dalajlamy miała być „dalekowzroczną i śmiałą inicjatywą Dalajlamy, aby zdecydowanie przenieść odpowiedzialność za demokrację na diasporę”. Przede wszystkim myślę, że to jasne, iż Dalajlama tak naprawdę nie zrezygnował i nie odszedł na emeryturę w tradycyjnym znaczeniu tego wyrażenia, tak jak prezydent George Bush wrócił na swoje ranczo w Crawford w Texasie, żeby wycinać zarośla lub coś w tym stylu, albo jak tradycyjnie wielu lamów w Tybecie udawało się na odosobnienie (tsam), wycofując się z pełnienia obowiązków religijnych czy urzędowych. W Lhasie powiedziano Charles’owi Bellowi, że Wielki Piąty Dalajlama „przewodził świeckim sprawom swojego kraju nie dłużej niż trzy lata, po czym usunął się z życia publicznego”.

Dalajlama nie tyle przeszedł na emeryturę, co przeprowadził ogromną zmianę w swojej karierze. Niecały miesiąc po swojej rezygnacji był już w Irlandii, udzielając Irlandczykom porad w sprawie kryzysu ekonomicznego mówiąc, że „Właściwe źródło szczęścia, spokoju umysłu, nie może zaistnieć dzięki pieniądzom”. Następnie udał się do Australii, gdzie wziął udział w idiotycznym talk-show, w którym nie zrozumiał żartu prowadzącego o pizzy i pocieszał mieszkańców Queensland, którzy niedawno przeżyli śmiertelną powódź i cyklon. W lipcu odwiedził Washington, w celu udzielenia inicjacji Kalaczakry, po której to nastąpiła publiczna debata w Chicago. W następnych miesiącach Dalajlama wypełniał zobowiązania we Francji, Estonii, Finlandii, Kanadzie, Monterrey w Meksyku, w samym mieście Meksyk, Buenos Aires i Sao Paulo. Nie wliczam w to czterech lub więcej publicznych wykładów, które wygłosi w Dharamsali dla setek wiernych z Tajwanu i Południowej Korei. Prześledzenie kalendarza spotkań na stronie dalajlama.com wzbudza ogromny podziw dla wytrwałości Dalajlamy. Pozwala uzmysłowić sobie też, że Jego Świątobliwość od dłuższego już czasu bardziej zajęty był duchowymi poszukiwaniami na skalę globalną niż sprawą wolności Tybetu.

Wielu popierających Dalajlamę Tybetańczyków i nie tylko, argumentowało, że te podróże z wykładami sprzyjają sprawie Tybetańskiej, przyczyniając się do potrzebnego wzrostu międzynarodowego zainteresowania. Z pewnością w tym przekonaniu jest trochę prawdy, jednak skutek jest taki, że owe wycieczki zapewniają sprawie Tybetu tylko tyle uwagi publicznej, ile Dalajlama ma chęć o niej mówić. Kiedy nie podnosi tej kwestii podczas swych podróży (co ostatnio staje się normą), media są szczęśliwe mogąc zignorować te trudne, polityczne problemy (po co denerwować Chiny, skoro nie trzeba?) i zamiast tego piszą o duchowości i pokoju na świecie.

Naturalnie Dalajlamie, odkąd zażywa uroków emerytury, wolno robić cokolwiek zechce. Jeśli chce poświęcić swój czas zapewniając światu opiekę duchową, to jego decyzja jest nie tylko godna szacunku, ale wręcz uznania i podziwu. Nie mam wątpliwości, że religijne wysiłki Dalajlamy przynoszą nieocenione pocieszenie i są drogowskazem dla wielu ludzi na świecie, a to z pewnością rzecz bardzo pozytywna.
Sprzeciwiam się jedynie jego świadomej decyzji, aby obedrzeć Tybetański rząd z jego historycznej nazwy i motta, faktycznie likwidując tę instytucję, jako jednostkę polityczną poprzez sprowadzenie jej z rangi „rządu na uchodźstwie” do zarządu lub organizacji uchodźców. Wielu Tybetańczyków, szczególnie dawnych urzędników i emerytowanych ministrów, było absolutnie wstrząśniętych tą decyzją. Rozmawiałem z niektórymi z nich i wydawali się zmieszani i zszokowanie, że rząd na uchodźstwie musiał dobiec końca z powodu emerytury Dalajlamy.

Z początku też byłem zdziwiony, ale po przemyśleniach wszystko stało się oczywiste. Tybetańczycy czują, że polityka dialogu Dalajlamy z Pekinem zawiodła. Większość czuje, że była to klęska druzgocąca i poniżająca. Jedynie aktywne zarządzanie tą sprawą przez samego Dalajlamę, wysiłek Samdonga Rimpocze i innych lojalistów trzymały podejście „drogi środka” przy życiu, lecz nawet wtedy – z ledwością. Bez zaangażowanego przywództwa Dalajlamy i z przeniesieniem faktycznej władzy wykonawczej na demokratycznie wybrany rząd na uchodźstwie, można było spodziewać się, że prędzej czy później dojdzie do władzy partia polityczna oparta na idei rangzen *. Możliwe, że nastąpi to wkrótce, zważywszy na wszystkie niepokoje i przejawy buntu wewnątrz Tybetu.

Dlatego, żeby zapewnić przetrwanie polityki „drogi środka” wśród społeczeństwa pozostającego na wygnaniu – utrzymać w tak stabilnym stanie, w jakim była – niezbędnym było, aby rząd na uchodźstwie został politycznie zredukowany i przekształcony w organ, zajmujący się wyłącznie rozporządzeniami, szkołami itd., nie będący natomiast w stanie decydować o przyszłości narodu tybetańskiego. Obecnie, chociaż mówi się, że Dalajlama przeszedł ostatecznie na emeryturę, a parlament zażądał, aby wszelkie środki władzy politycznej przekazano nowej „Organizacji Tybetańczyków” (w skrócie OT; ang. TPO), nie jest jasne, czy różnorakie urzędy, reprezentanci i wysłannicy Dalajlamy z całego świata pozostają w jego władzy, czy Organizacji Tybetańczyków. Prawie wszystkie nasze umowy z innymi narodami oraz sporo z zewnętrznych funduszy jest otrzymywanych przez te nieoficjalne „ambasady”. To właśnie oni zarządzają zagranicznymi podróżami i programami Dalajlamy.

Koniecznym dla wprowadzenia tego planu było żeby Dalajlama przestał być symboliczną głową państwa, mimo iż domagali się tego prawie wszyscy Tybetańczycy. Takie połączenie pozwoliłoby OT odnosić sukcesy dzięki prestiżowi Jego Świątobliwości i jego międzynarodowemu statusowi. Co więcej, jeśli zostałby symboliczną głową państwa, byłby konstytucyjnie zmuszony (jak brytyjska królowa, cesarz Japonii czy król Tajlandii) nie krytykować publicznie jakiekolwiek wypracowanego przez organizację stanowiska, nawet gdyby było ono odrzuceniem podejścia „drogi środka”.

Dalajlama zapowiedział, że na emeryturze będzie kontynuował promowanie „drogi środka”, na co zezwala mu nowa preambuła do ulepszonej konstytucji. Mamy więc obecnie do czynienia z kimś, kto ma większy wpływ polityczny niż symboliczna głowa państwa, ale bez wymogu wspierania polityki rządzących. A odkąd Dalajlama osiądzie w swoim prywatnym klasztorze i osobistym sekretariacie w Dharamsali, który prawdopodobnie począwszy od tego czasu będzie zwany Ganden Phodrang, żadne nowe kierownictwo ani OT, nawet wybrane zwycięską większością głosów, nie będzie stanie uczynić niczego, czego nie zaakceptuje Jego Świątobliwość.

Obecny kalon tripa - Lobsang Sangay, wydaje się w pełni pochłonięty przez nową rzeczywistość. W swoim pierwszym wywiadzie od wygrania wyborów zadeklarował, że był „za ‘drogą środka’” oraz, że „będzie walczył o rzeczywistą autonomię Tybetu w ramach chińskiej konstytucji”. Oświadczył także, że będzie posłuszny radom i wskazówkom Dalajlamy. Wcześniej, podczas kampanii, zawsze ostrożnie twierdził, że popiera i niepodległość, i „drogę środka”. W rzeczywistości ukuł on nowy termin „u-rang”, który łączył w sobie pierwsze sylaby umay-lan, czyli „drogi środka” oraz pierwsze sylaby rang zen, a który miał określać jego wyjątkową pozycję.

Przekonanie, że „droga środka” musi zawsze pozostawać jedyną polityczną ideologią Tybetańczyków, nawet jeśli status quo może zostać utrzymane wyłącznie przy użyciu najbardziej niedemokratycznych, cynicznych i samo-wyniszczających sposobów, dla wielu lojalistów jest kwestią wiary. Otwarcie stwierdzają oni, że zagraniczne podróże, spotkania z różnymi głowami państw, publiczne wykłady i nauki udzielane przez Dalajlamę, zostałyby drastycznie wstrzymane, gdyby Tybetańczycy zaczęli domagać się niepodległości; tego zdania są również niektórzy zachodni „wyznawcy” Dalajlamy. Przedstawicielka brazylijskiej dyplomacji, która przyjechała na mój wykład w Tibet House w Nowym Jorku powiedział mi to prosto w twarz i nie wiedziałem, czy pani ta tylko udzielała mi rady czy już groziła. Kolejne przytaczane usprawiedliwienie głosi, iż wsparcie finansowe otrzymywane z UE, USA i Kongresu, zostałoby wstrzymane, jeśli uchodźcy opowiedzieliby się za ideą rangzen. Ludzie ci są oczywiście w wielkim błędzie i dali sobie wmówić klasyczną samospełniającą się przepowiednię, ale nie będę się teraz nad tym rozwodził. Najważniejsze to zauważyć, że z ich strony jest to prawdziwa wiara, którą podziela także sam Dalajlama.

Istnieje także dodatkowy powód, podstawowy, jednak nie dyskutowany otwarcie, dla którego Dalajlama usilnie stara się, aby politycy na wychodźstwie nigdy nie zarzucili „drogi środka”. Napisałem o tym w 2007 r.: „W ostatnim dziesięcioleciu w kręgu tybetańskich przywódców sprzedaje się iluzję, jakoby tybetański buddyzm mógłby stać się dominującą, a może nawet oficjalną religią Chin. Niedopowiedzianym tego skutkiem miałoby być postrzeganie Dalajlamy jako duchowego przywódcy Chińczyków.” Victor Chan, który wspólnie z Dalajlamą napisał książkę Mądrość przebaczenia (The Wisdom of Forgiveness) i wraz z Jego Świątobliwością założył Centrum Dalajlamy dla Pokoju i Edukacji (Dalai Lama Center for Peace and Education), powiedział mi podczas wywiadu, że jest on „pewien, że Jego Świątobliwość mógłby zostać przywódcą chińskich buddystów, ale żeby mogło to nastąpić Tybetańczycy muszą zrezygnować z żądania niepodległości, ponieważ Chińczycy nigdy nie zaakceptują niepodległego Tybetu”. Jego Świątobliwość ujął to skromniej: „Chciałbym odprawić ceremonię Kalaczakry na Placu Tiananmen”.

Specjalny emisariusz Dalajlamy, Lodi Gyari, w wywiadzie dla rediff.com ogłosił: „Jednym z najbardziej decydujących czynników dla sprawy tybetańskiej jest to nowo odkryte zainteresowanie buddyzmem w Chinach.” W tym samym wywiadzie stwierdził, że nastąpił „wzrost szacunku” dla Dalajlamy w Chinach, także wśród urzędników chińskiego rządu i partii komunistycznej. Gyari odczuł, że ten wzrost rozszerzył się nawet na chińskich przedsiębiorców i biznesmenów, którzy wierzą, że „tym, czego Chiny naprawdę potrzebują jest obecność Jego Świątobliwości”.

To pewne, że Jego Świątobliwość i skupieni wokół niego ludzie są przekonani, że grają o ogromną międzynarodową stawkę. Stąd ich niecierpliwość w stosunku do tych, którzy trzymają się tych przestarzałych, nieopłacalnych i niekonsekwentnych instytucji i kwestii jak rząd na uchodźstwie czy niepodległość Tybetu. Mimo to wewnątrz Tybetu ludzie wciąż protestują w imię wolności i ponoszą tego konsekwencje. Na wygnaniu zdezorientowani i zrozpaczeni Tybetańczycy kontynuują demonstracje, strajki głodowe i pochody. Czy ktoś nie powinien powiedzieć tym ludziom, żeby poszli do domu; że wszystko skończone? Zwłaszcza tym w Tybecie, żeby przestali wystawiać się na tak wielkie ryzyko dla sprawy, która została oficjalnie zarzucona. A może oni wiedzą coś, czego my nie wiemy? Że, być może, daleka od zakończenia, walka dopiero się zaczyna? Nie wiem, ale chciałbym to zbadać w części II.
Konkluzja.

Zaledwie dwóch dalajlamów określanych jest przez Tybetańczyków mianem „wielki” (chenmo). Wielki Piąty (kuntreng ngaba chenmo) zjednoczył Tybet pozostający w rozsypce od czasów upadku Tybetańskiego Imperium, a Wielki Trzynasty (kundreng chuksumpa chenmo) wyzwolił Tybet spod dominacji dynastii mandżurskiej w 1911 r. i utworzył niepodległe państwo. Obecny Dalajlama otrzymał dotychczas wiele zagranicznych tytułów i honorów – Pokojową Nagrodę Nobla, Honorowy Medal Kongresu itd., ale proste, acz bezcenne uznanie ze strony swoich własnych ludzi jak dotąd pozostaje dlań nieosiągalne. Jego współpracownicy rutynowo nazywają go „Wielkim sternikiem światowego pokoju” [“The Great Helmsman of World Peace” (zamling shide dhipon)], co, jak podejrzewam, pozostaje w większej zgodzie z jego aktualnymi aspiracjami, wolałbym jednak, żeby nie używali tego samego tybetańskiego słowa „sternik” (dhipon), jakiego używało się w Tybecie podczas rewolucji kulturalnej dla uhonorowania Mao – „Wielkiego Sternika”.
----
*Rangzen – tyb. niepodległość . Wśród Tybetańczyków spierają się dwie frakcje: popierająca Dalajlamę i jego „drogę środka”, opowiadająca się za autonomią oraz bardziej radykalna frakcja rangzen – domagająca się realnej niepodległości Tybetu. (przyp. red.)




Jamyang Norbu – tybetański intelektualista, pisarz i działacz polityczny. W młodości walczył w Tybetańskim Ruchu Oporu w Mustangu, później był twórcą i dyrektorem Instytutu Amnye Machen. Od ponad 40 lat mieszka na emigracji – obecnie w Stanach Zjednoczonych.


Tłumaczenie: Anna Opara

6 lipca 2011

Przekazanie władzy przez Dalajlamę oraz znaczenie tej decyzji dla sprawy Tybetu

Kolejny tekst poświęcony procesom przekazania władzy i zmianom w strukturach tybetańskich władz emigracyjnych. Po tekstach prezentujących perspektywę zachodniego eksperta (Robert Barnett), indyjskiego aktywisty (Vijay Kranti), tybetańskiego organizacji pozarządowej (Tybetański Kongres Młodzieży), tym razem oddajemy głos ekspertowi tybetańskiego pochodzenia.


Jamyang Dorjee

Przekazanie politycznej władzy przez Jego Świątobliwość XIV Dalajlamę demokratycznie wybranym  przedstawicielom na uchodźstwie wywołało mieszane reakcje wśród społeczności Tybetańskiej. Warto byłoby, aby Tybetańczycy w Tybecie oraz ci związani z buddyzmem tybetańskim w himalajskiej części Indii, Nepalu, Mongolii i Bhutanu zrozumieli znaczenie tej historycznej decyzji.

Gaden Phodrang, Rząd Tybetański ustanowiony przez Wielkiego V Dalajlamę ponad trzysta lat temu był dla ludu Krainy Śniegu przewodnikiem zarówno w sprawach duchowych jak i doczesnych. Dalajlama jest nazywany „Krab-gon”, co oznacza obrońcę i przewodnika.
fot. Elżbieta Dziuk - Renik
Przez pięćdziesiąt lat uchodźstwa Jego Świątobliwość XIV Dalajlama konsekwentnie dążył i ostatecznie doprowadził do stworzenia demokratycznego rządu na uchodźstwie cieszącego się poparciem i uznaniem moralnym ze strony społeczności międzynarodowej. Władzę sprasowuje w nim 44 członków Parlamentu Tybetańskiego oraz  szef rządu. Są oni wybierani w sposób demokratyczny bez względu na wiarę czy status społeczno-ekonomiczny.

Przykładem tego jest wybór zwykłego obywatela Lobsanga Sangaya na Kalona Tripę, najwyższy urząd w administracji Tybetańskiej. Warto zauważyć, iż pomimo powtarzających się próśb za strony Parlamentu oraz Generalnego Zgromadzenia Tybetańczyków, Jego Świątobliwość odmówił pełnienia nawet reprezentacyjnej funkcji przywódcy rządu na uchodźstwie. Ostatecznie uchwałą specjalnej sesji Parlamentu z 29 maja zmieniono Kartę i zakończono trwające 370 lat dotychczasowe rządy Gaden Phodrang.

To historyczne wydarzenie stanowiące koniec instytucji Gaden Phondrang jest momentem przełomowym w historii Tybetu. Dla wszystkich tych, którzy emocjonalnie i historycznie czują się z nią związani oraz dla pokoleń patriotów, którzy pozostawali lojalni i służyli rządowi zarówno w Tybecie, jak i na uchodźstwie, ten dzień jest niezwykle trudnym doświadczeniem. Warto również zauważyć, że ci, którzy są dzisiaj w Tybecie i którzy służyli rządowi Gaden Phodrang skończyli już 70 lat. W czasie tego okresu Gaden Phodrang na uchodźstwie przekształcił się w instytucję demokratyczną. Instytucja Gaden Phodrang należy do Dalajlamy, a Dalajlama należy do wszystkich Tybetańczyków, jak również do himalajskich buddystów poza Tybetem. W związku powyższym konsekwencje przekazania władzy przez Jego Świątobliwość powinny być oceniane w szerszym kontekście.

Dla sześciu milionów Tybetańczyków oraz buddystów himalajskich Jego Świątobliwość jest inkarnacją Chenresiga, wcieleniem Buddy współczucia, jest też tytułowany jako Thamche Kyenpa, co oznacza „wszystko wiedzący” oraz nazywany powszechnie Kundunem czyli Obecnością. Jego obecność kieruje umysłami i sercami ludzi. Żadna zmiana, czy to jego roli politycznej czy też władzy wykonawczej nie zmieni ich wiary. On jest niejako wszczepiony w DNA ich umysłów. Chiny w pełni zdają sobie sprawę z tego zjawiska.

Przekazanie władzy przez Jego Świątobliwość oraz oderwanie się od politycznego establishmentu sprawiło, że nie-tybetańskim buddystom z rejonu Himalajów w tym z Nepalu, Mongolii, Bhutanu czy Indii z dużo większą łatwością przychodzi otwarcie się na jego nauki czy zaproszenie go do siebie. Chiny wciąż mówią o politycznej roli Dalajlamy, zawsze stanowiło to problem szczególnie dla krajów słabszych, którym trudno przeciwstawić się chińskiej taktyce zastraszania. Z kolei przywódcy mocarstw, takich jak Ameryka spotykali się z Jego Świątobliwością jak z przywódcą duchowym i ta tendencja powinna się przyjąć w obliczu jego nowej roli.

Przed przymusową emigracją Dalajlamy, w Tybecie istniały małe grupki, które - czy to z powodu jakichś sekciarskich przekonań, czy to z uwagi na oddziaływania z Chin - próbowały zdestabilizować Tybet i co jakiś czas wyrażały swój sprzeciw w stosunku do instytucji Gaden Phodrang. Również w okresie przejściowym, kiedy poszczególni dalajlamowie odgrywali jeszcze niewielką rolę i nie zasiadali na tronie, żywotne interesy służące ich władzy nie sprzyjały innym wyznaniom, jednakże w momencie objęcia władzy przez Jego Świątobliwość wszystko wróciło do normy.

Niemniej jednak, Gaden Phodrang przez wieki pozostawał elementem spajającym oraz prawowitym rządem dla 6 milionów Tybetańczyków na dachu świata. Pomimo najlepszych starań i intencji ze strony Jego Świątobliwości, od czasu do czasu pojedyncze grupy wyrażały swój sprzeciw w stosunku do Gaden Phodrang, nawet będąc już na uchodźstwie, z przyzwyczajenia, zapominając często, że to właśnie Jego Świątobliwość Dalajlama umożliwił powstanie platformy do wyrażania odmiennych poglądów!

Oficjalnie do tej pory administracja w Dharamsali była zawsze znana jako „CTA” albo Centralna Administracja Tybetańska (Central Tibetan Administration). CTA jest również nazywana “Tsanjol Boe Shung”, co dosłownie znaczy “Tybetański Rząd na Uchodźstwie”. Dalajlama zauważył jednak, że tybetańskie słowo ‘shung’ nie koniecznie musi znaczyć ‘rząd’. Słowo ‘shung’ również oznacza ‘centrum’ oraz ‘centralny’, w tłumaczeniu wybrano zaś nazwę: Centralna Administracja Tybetańska (Central Tibetan Administration). Jednak wnosząc  poprawki do Karty  przez Parlament, zmiana słowa ‘shung’ na ‘driktsuk’ oznaczającego organizację lub dyscyplinę zszokowała uczestników Generalnego Zgromadzenia Tybetańskiego, których decyzje zostały tym samym uchylone.

Międzynarodowe grupy działające na rzecz Tybetu zawsze wspierały sprawę Tybetu ze względu na  prawa człowieka, rządy prawa, wolność religijną oraz demokrację w Tybecie. Ich wsparcie nigdy nie było uzależnione od istnienia rządu na uchodźstwie i dlatego żadna zmiana w nazewnictwie nie ma większego znaczenia dla tych grup. Jeśli zaś chodzi o sprawę Tybetu, to przecież Chiny zawsze nalegały na to, aby Jego Świątobliwość skupił się na pełnieniu roli Dalajlamy. Pomimo całej ich retoryki wymierzonej przeciwko niemu, Chiny wciąż utrzymują, że są gotowe na prowadzenie dialogu jedynie z przedstawicielem Dalajlamy. Stosunki z Chinami w nowym tysiącleciu nie poprawiły się wyraźnie, jednakże faktem jest, że obecny dialog jest zinstytucjonalizowany i nabrał międzynarodowego charakteru; osiągnął on też nowy wymiar ponieważ przywódcy chińscy uznają prowadzenie tego oficjalnego dialogu. Delegaci Tybetańscy uczynili pierwszy krok, teraz kolej na Chiny, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości.

Tybetańczycy w pełni ufają Jego Świątobliwości i wierzą, że nigdy nie zaprzestanie działać w ich interesie. Nawet Mahatma Gandhi nie miał władzy politycznej, kiedy zmusił ówczesne największe imperium do opuszczenia Indii. Mawiał on „mein to Congress ka char Ana ka member bhi nagim Hun” (Nie jestem nawet za grosz członkiem Kongresu). A jednak to on był największym inspiratorem wolnościowego ruchu w Indiach.

Największy wpływ zmian odczuje administracja na uchodźstwie. Nowa sytuacja daje możliwości i jest wyzwaniem. Nie ma czasu na ociąganie się i pławienie w blasku sławy Dalajlamy, należy wziąć się do pracy, aby - zapewnić ciągłość administracji na uchodźstwie, aż do pomyślnego rozwiązania kwestii Tybetu, aby wyrażać aspiracje Tybetańczyków w Tybecie, informować świat o realnej sytuacji wewnątrz Tybetu oraz by opiekować się Tybetańczykami na uchodźstwie.  Podczas ostatnich wyborów na stanowisko Kalona Tripy najdobitniej, zwłaszcza wśród młodych Tybetańczyków na uchodźstwie brzmiało słowo - zmiana. Jego Świątobliwość stworzył ku temu możliwości, przetarł szlak oraz stworzył szansę na spotkanie z przeznaczeniem.

Autor jest konsultantem redakcyjnym w Radio Free Asia oraz koordynatorem regionalnym na Azję w The Conservancy of Tibetan Art and Culture (CTAC), międzynarodowej organizacji pozarządowej z siedzibą w Washington DC, USA.

Tłum. I.K.

15 czerwca 2011

Uznając i szanując Rząd Tybetański i utrzymując nadzieję

Kolejny z serii artykułów dotyczący zmiany w systemie tybetańskich władz na emigracji. Ustępujący, XIV Parlament Tybetański na Uchodźstwie 29 maja przyjął poprawki do „Karty Tybetańczyków na Uchodźstwie” – tybetańskiej konstytucji, zmieniając historyczną rolę Dalajlamy, jako głowy państwa i rządu emigracyjnego, jednocześnie zmieniając nazwę rządu, co wywołało duże kontrowersje pośród Tybetańczyków jak i organizacji działających na rzecz Tybetu. Podsumowanie najważniejszych zmian opublikujemy na naszym blogu w jednym z kolejnych postów. Poniżej publikujemy oświadczenie Tybetańskiego Kongresu Młodzieży (Tibetan Youth Congress) – jednej z największych organizacji politycznych na emigracji, której oficjalne stanowisko w kwestii przyszłości Tybetu jest sprzeczne z stanowiskiem rządu i Dalajlamy. Kongres opowiada się bowiem za całkowitą niepodległością Tybetu, w przeciwieństwie do proponowanej przez Dalajlamę „prawdziwej autonomii” w graniach ChRL.


Poniższe oświadczenie dotyczy zmiany nazwy Tybetańskiego Rządu na Emigracji w Karcie Tybetańczyków, zapisanej w j. tybetańskim. Nowa nazwa brzmi „Bod Mei Driktsuk”, co Parlament przetłumaczył w wyjaśnieniach jako „Administracja Tybetańska”. Niektórzy utrzymują, że prawidłowe znaczenie „Driktsuk” brzmi „organizacja” lub „instytucja” – co jak niektórzy twierdzą odbiera rządowi jego „rządowy” charakter. Dotychczasowa nazwa i jej tłumaczenie brzmiały: „Tsenjol Bod Shung” – Tybetański (Bod) Emigracyjny (Tsenjol) Rząd (Shung). Faktycznie, nazwa „Centralna Administracja Tybetańska” była w oficjalnym użyciu w angielskojęzycznej wersji dokumentów od kilku lat; poprawka oraz komentarze do Karty nie zmieniają dotychczasowego statusu reprezentowania przez nowy „rząd” Tybetańczyków w Tybecie, oraz faktu, że „organizacja” stanowi kontynuację legalnego rządu niepodległego Tybetu sprzed ponad 50 lat.



Uznając i szanując Rząd Tybetański i utrzymując nadzieję
Tybetański Kongres Młodzieży, 7 czerwca 2011

Jednym z największych osiągnięć Tybetańczyków podczas ostatnich 52 lat na wygnaniu była nasza zdolność, pomimo przeciwieństw losu i różnych nacisków, do obrony i utrzymania nazwy „Tybetański Rząd na Uchodźstwie” oraz symbolu tybetańskiej niezależności.

Ostatnio, podczas Drugiego Tybetańskiego Powszechnego Kongresu Narodowego, znaczna większość podkomitetów zagłosowała przeciwko zmianie nazwy „Tybetański Rząd na Uchodźstwie” i decyzja została podjęta jednomyślnie przy końcu spotkania, popierając pozostawienie oryginalnej nazwy. Jednakże, podczas trzydniowej sesji XIV Tybetańskiego Parlamentu na Uchodźstwie, deputowani postanowili przeciwstawić się decyzji ludu i zastąpić nazwę „Tybetański Rząd na Uchodźstwie” w Karcie Tybetańczyków nazwą „Instytucja/Organizacja narodu Tybetańskiego”.

W tym czasie, z powodu krytycznej sytuacji, Kongres Młodzieży Tybetańskiej wystosował odpowiedź oraz wysłał listy ze szczególnym apelem, by Parlament nie podejmował pochopnych decyzji oraz by przełożył tę dyskusję pod obrady [następnego] XV Tybetańskiego Parlamentu na Uchodźstwie. Kongres dał również jasno do zrozumienia, że takie decyzje i zmiany wymagają czasu, zaangażowania międzynarodowych prawników i znawców oraz szukania ich opinii i wskazówek. Kongres Młodzieży Tybetańskiej pozostaje nadal pełen obaw w związku z faktem, że tak drastyczne i ważne zmiany zostały podjęte w tak krótkim czasie, tym bardziej widząc, w jak niedbały sposób zostały przeprowadzone obrady parlamentu.

Bez względu na te wszystkie zmiany, pozostaje niezaprzeczalnym faktem, że Tybetańska narodowość (nation) należy do ludzi Tybetu (people). Nie powinniśmy się zrażać, a powinniśmy umieć wyznaczyć jasną granicę pomiędzy naszym wrogiem a naszymi przyjaciółmi oraz zjednoczeni w dążeniu do wspólnego celu. Pomimo faktu, że jesteśmy gorzko rozczarowani, Kongres Młodzieży Tybetańskiej uważa, że najważniejszą rzeczą jest, by móc podtrzymywać jedność i nadzieję Tybetańczyków. Zamierza więc nadal używać i rozpoznawać oficjalną nazwę „Tybetańskiego Rządu na Uchodźstwie”. Ponadto, chciałby również wyraźnie podkreślić, że bez naruszania podstawowych zasad demokracji będzie dźwigał kluczowe obowiązki i starał się z całych sił o zachowanie tybetańskiej jedności. Kongres Młodzieży Tybetańskiej chciałby przypomnieć Tybetańczykom na całym świecie, by zachowali pełną wiarę i dumę z naszego rządu i pozostali zjednoczeni.

Co więcej, dla podtrzymania prawdziwych aspiracji Tybetańczyków i ostatecznie odzyskania niepodległości w Tybecie, bardzo ważnym jest byśmy utrzymali wielowiekową tradycję związaną z posiadaniem tybetańskiego rządu, jego nazwy i symbolu. Dlatego też, Kongres Młodzieży Tybetańskiej zobowiązuje się do przechowania kopii hymnu tybetańskiego, flagi tybetańskiej, godła rządu tybetańskiego oraz starszej wersję Karty Tybetańskiej (sprzed obrad XIV Tybetańskiego Parlamentu na Uchodźctwie) wraz z Konstytucją Tybetu; a to wszystko z głęboką dumą i wiarą w odzyskanie niepodległości w Tybecie. Kongres Młodzieży Tybetańskiej chciałby przekazać naszym tybetańskim braciom i siostrom w Tybecie, Tybetańczykom na innych obszarach oraz wszystkim grupom ludzi wspierających Tybet, a także rządowi Chińskiej Republiki Ludowej, że gdy tylko Tybet odzyska swoją niepodległość, te wszystkie symbole zostaną przekazane ich prawowitemu właścicielowi – narodowi tybetańskiemu oraz jego ludziom; i niech tak zostanie zapisane w kronikach świata.

Tłum. L.A., red. Piotr Cykowski

8 czerwca 2011

Historyczny ruch Dalajlamy

fot. Tibettoday.com
Vijay Kranti, Pioneer, 31 maja 2011 r.

Zrzekając się politycznej i administracyjnej władzy na rzecz wybranych w demokratycznych wyborach reprezentantów tybetańskiego „rządu na uchodźctwie”, Jego Świątobliwość Dalajlama rozwiał chińskie nadzieje na użycie swojej marionetki, jako jego następcy, uzyskując tym samym świecką władzę nad Tybetańczykami.

To, że Pekin jest zaniepokojony i sfrustrowany ukazują kolejno wydawane oświadczenia nawiązujące do decyzji Dalajlamy.

Dalajlama ostatecznie osiągnął swój cel prezentując zmiany w Tybetańskiej Konstytucji, nad którymi pracował przez ostatnie 50 lat. W ubiegłą niedzielę [29.05] rano złożył podpis pod zmianami, kończąc tym samym 469-letni rozdział teokracji w światowej historii. Obecnie nie jest ani Głową Państwa ani Szefem Gaden Phodrang – Tybetańskiego Rządu.

Jak na ironię, po zrzeczeniu się przez Jego Świętobliwość Dalajlamę politycznej i wykonawczej władzy na rzecz wybranych reprezentantów, 76 –letni „skromny mnich” stał się o wiele poważniejszym partnerem dla komunistycznych krytyków w Chinach niż był jeszcze do ubiegłego tygodnia.

Tybetański „Rząd na uchodźctwie” ma obecnie bardziej wpływowego Premiera i Parlament, który może stawić czoła Pekinowi.

Komunistyczni rządzący Chin mogą być jedynie sfrustrowani i niezadowoleni z faktu, że jeden ruch i oświadczenie Zakonnika rozwiało ich nadzieje na „trwałe rozwiązanie” tybetańskiego problemu poprzez pomoc i użycie swojej marionetki, jako następcy Dalajlamy. Ten ruch byłby obecnie bez znaczenia.

Współpracownicy J.Ś. Dalajlamy w rządzie na uchodźctwie, którzy wcześniej znajdowali się pod jego władzą i błagali go od 14 marca o nie rezygnowanie ze świeckiej władzy, potrzebują trochę czasu na zrozumienie wpływu, jaki wywołała jego decyzja. Od poniedziałku 30 maja, Tenzin Gyatso, J.Ś XIV Dalajlama, będzie sprawował jedynie rolę doradczą. Sytuacja ta będzie trwała do momentu ponownego ustabilizowania się sytuacji rządu na uchodźctwie. W przyszłości J.Ś. Dalajlama więcej czasu poświęci międzynarodowym podróżom i spotkaniom.

Gaden Phodrang powstał w 1642 roku, kiedy V Dalajlama został uznany za duchowego i świeckiego przywódcę Tybetu. W ramach tego systemu Lamowie cieszyli się ogromną władzą, równoważną z uprawnieniami brytyjskich monarchów, prezydenta Stanów Zjednoczonych, premiera Indii, Papieża i prezydenta komunistycznej Korei Północnej w formach ich własnych systemów.

Ostatnia reforma zamyka pierwszy z dwóch historycznych obowiązków Dalajlamy, który ustanowił dla siebie w 1959 roku, kiedy opuścił okupowany kraj i został jego przywódcą na uchodźctwie. Jego kolejnym zadaniem będzie zastąpienie dotychczasowego sposobu wyboru następcy Dalajlamy opartej na zasadzie reinkarnacji i sprowadzenia jej tylko do nominacji.

Zgodnie z jego planami jego następca będzie nominowany jeszcze, za jego własnego życia i będzie to kandydat znany jako wykształcony i oświecony zakonnik. To oznacza, że inaczej niż w przypadku poprzedników XIV Dalajlamy, XV Dalajlama nie będzie rozpoznany w tradycyjnym procesie i jego tożsamość nie będzie musiała być potwierdzona przez lamów, jako wcielenie XIV Dalajlamy.

Poprawki do Konstytucji znoszą również postanowienie dotyczące Rady Regentów – grupy nobliwych mnichów, ministrów i urzędników na przejęcie całej władzy w przypadku śmierci Dalajlamy. Ta zmiana ma automatycznie chronić „Rząd na uchodźctwie” przed ewentualnymi machinacjami Chińczyków w okresie dwudziestoletniego okresu „bardo” – okres między śmiercią, a odrodzeniem danej osoby.  Bywają bowiem przypadki, kiedy Chiny wtrącały się do spraw Tybetu za pomocą wywieranego wpływu na pojedynczych członków „Rady Regentów”.

Prawdziwe znaczenie tych wydarzeń może być bardziej zrozumiałe poprzez reakcje Chin na przedstawione stanowisko wprowadzenia zmian ogłoszone przez J.Ś. Dalajlamę 10 i 14 marca. Grożące i obraźliwe oświadczenia Pekinu ukazują poziom zdenerwowania i bezsilności chińskich przywódców.  Chiny uderzając w Dalajlamę, rząd na uchodźctwie i premiera, dają upust swojej złości.

W odpowiedzi na plan Dalajlamy wprowadzenia do systemu wyborów przyszłych Dalajlamów, Pekin użył swojego najbardziej prominentnego tybetańskiego kolaboranta, Pema Choeling, Gubernatora Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, do rozmów z przedstawicielami międzynarodowych mediów podczas Narodowego Kongresu. Pema Choeling postanowił dać J.Ś. Dalajlamie lekcję z tybetańskiej kultury i tradycji.

Radził Dalajlamie szacunek dla „tybetańskiej tradycji i rytuałów”, powiedział „musimy szanować historyczne instytucje i religijne rytuały tybetańskiego buddyzmu....Tybetański buddyzm to historia trwająca ponad tysiąc lat i reinkarnacja instytucji Dalajlamy i Panczenlamy była kontynuowana przez kilkaset lat...Obawiam się, że nie jest to w gestii nikogo, jej pozostawianie lub nie”

W reakcji na decyzję Dalajlamy, co do przekazania swojej politycznej i administracyjnej władzy wybranym reprezentantom, chiński rzecznik prasowy oświadczył, że „tybetański rząd na uchodźstwie” jest podmiotem nielegalnym stworzonym w celu podziału Chin. Komentując wybory wśród Tybetańczyków na uchodźctwie Labsanga Sangaya, jako nowego Premiera, rzecznik nazwał go „terrorystą” argumentując to jego aktywnym przywództwem w Tybetańskim Kongresie Młodzieży, podczas swoich studiów na Uniwersytecie w Delhi.

Te reakcje odzwierciedlają złość i frustrację na J.Ś. Dalajlamę za jego decyzje, wyprzedzające i zagrażające przyszłym planom odnośnie Tybetu. Po tybetańskim powstaniu w 1989 roku w Lhasie w konsekwencji tych wydarzeń, wprowadzono po 1991 roku strategię w całym Tybecie, w ramach której Pekin stosuje podwójną politykę wobec buddyzmu. W ramach utrzymywania kontroli w Tybecie, promuje chiński „pro-buddyzm” pokazując obraz Tybetu, jako międzynarodowy cel turystyczny; agresywnie sponsorując i uczestnicząc w międzynarodowych Konferencjach na temat Buddyzmu; sponsorując buddyjskie wydarzenia w krajach buddyjskich; stara się pozyskać tylu tybetańskich „żyjących buddów” (inkarnowanych lamów) ilu tylko się uda w Tybecie, umniejszając tym samym znaczenie tybetańskich, religijnych instytucji powstałych w innych krajach.

W ramach tej strategii, Pekin postanowił przeszkolić dwóch ważnych inkarnowanych tybetańskich lamów – Karmapę z Tsurphu (1993) i Panczenlamę z Szigatse (1995).  Karmapie od tego czasu udało się znaleźć schronienie w Indiach, jednak Gedhun Choeky Nyima odkąd skończył pięć lat, przebywa w areszcie. Jednak Tybetańczycy odmówili uznania zwierzchnictwa chińskiego, opłacanego przez władze Panczenlamy. Ale fakt ten nie powstrzyma Pekinu do podejmowania podobnych działania w celu znalezienia następcy obecnego Dalajlamy.

Pekin dzisiaj cieszy się przywilejami posiadania dwóch panczenlamów będących pod jego fizyczną kontrolą. Pekin jest w stanie pokazać paradę dziesiątek „żywych buddów”, zarówno w chińskiej telewizji jak i w międzynarodowych przekazach z Tybetu. Tym Pekin może również zabezpieczyć sobie ewentualne usługi nobliwych buddyjskich uczonych i liderów z krajów swoich klientów, którzy chętnie udzieliliby poparcia chińskiej opłaconej reinkarnacji Dalajlamy, kiedy tylko zaszła by taka potrzeba.

Ale poprzez zrzeczenie się świeckiej władzy i zaproponowanie zmiany systemu dziedziczenia, Dalajlama zburzył nadzieje Pekinu.

Vijay Kranti jest stałym komentatorem spraw tybetańskich i autorem kilku książek o Tybecie. 


Tłumaczenie: Anna Bratnikow

5 czerwca 2011

Robert Barnett: Rząd na uchodźstwie

W związku z aktualną i gorącą dyskusją dotyczącą procesu przekazania władzy politycznej przez Jego Świątobliwość Dalajlamę demokratycznie wybranym tybetańskim przywódcom na emigracji, publikujemy serię komentarzy związanych z tym doniosłym, historycznym wydarzeniem, prezentującą różne punkty widzenia. Poniższy tekst - zachodniego eksperta ds. Tybetu Roberta Barnetta, następnie zaprezentujemy głos indyjskiego działacza Vijay Kranti, późnej oddamy głos Tybetańskiemu ekspertowi na emigracji.
Dr Robert Barnett
fot. Krzysztof Kuczyk

26 maja w Foreign Policy Magazine ukazał się kolejny ciekawy artykuł Roberta Barnetta, dotyczący implikacji związanych z decyzją Jego Świątobliwości Dalajlamy o przekazaniu politycznego przywództwa nad Tybetańczykami.

Ostatnimi czasy możemy zaobserwować wzmożone działania Dalajlamy ukierunkowane na stworzenie prężnego systemu przywództwa, który przetrwa jego odejście. Między innymi w marcu tego roku odbyło się posiedzenie parlamentu na uchodźstwie, którego przedmiotem była zmiana tybetańskiej konstytucji, tak aby w przyszłości polityczni liderzy Tybetu byli wybierani. Podobne posiedzenie miało miejsce 20 lat wcześniej, które jednak zakończyło się odrzuceniem propozycji ustanowienia wybieralnych przywódców Tybetańczyków. Obecna sytuacja różni się jednak od tej z przed 20 lat, gdyż wielu Tybetańczyków oraz organizacji publicznych uznało zaproponowany nowoczesny system wyłaniania władzy. Taki obrót spraw zmniejsza nadzieje Chińczyków na upadek rządu na uchodźctwie po śmierci duchowego lidera - Dalajlamy.

Nowo wybrany premier, dr Lobsang Sangay, będzie miał wpływ jedynie na sprawy wewnętrzne społeczności uchodźczej w Indiach, dlatego na płaszczyźnie międzynarodowych stosunków politycznych, należy poddać ocenie raczej sam fakt przeprowadzenia wyborów w kontekście wpływów chińskich w Tybecie. Przede wszystkim należy stwierdzić, że obecnie wpływy polityczne Chińczyków w Indiach są ograniczone, gdyż rząd w New Deli nie sprzeciwił się przeprowadzeniu wyborów uznanych przez chiński rząd jako nielegalne. Takie działanie rządu indyjskiego można uznać jako policzek w kierunku Chin. Inaczej sytuacja przedstawia się w Nepalu, gdzie Chiny znacznie umocniły swoja pozycję polityczną. Rząd nepalski przejął 13000 oddanych głosów przez Tybetańczyków, argumentując swoje działania faktem, że wszelkie antychińskie działania, a za takie zostało uznane przeprowadzenie wyborów, są niezgodne z kierunkiem polityki zagranicznej rządu nepalskiego, a tym samym uzasadnione jest ich ograniczenie.

Robert Barnett w swoim artykule wskazuje, że polityczna rola uchodźców jest bardzo ograniczona, oczywiście z wyjątkiem samej osoby Dalajlamy, który przemawia w imieniu 97% Tybetańczyków, którzy pozostają w Tybecie (około 5,4 miliona osób) . Pomimo formalnej zmiany lidera politycznego rządu na uchodźstwie, podkreśla się, że to Dalajlama pozostanie numerem jeden w rozmowach prowadzonych z Chińczykami, gdyż w ocenie rządu w Pekinie przeprowadzone wybory były nielegalne, a zatem Chińczycy nie uznają legitymacji premiera Sangaya do prowadzenia rozmów w imieniu Tybetańczyków. Ponadto strategia Chińczyków dotycząca kwestii Tybetu opiera się na osobie Dalajlamy, a nie na strukturach politycznych powstałych na uchodźctwie. Barnett zauważa, że należy się raczej spodziewać ze strony chińskiej dalszych opóźnień w rozpoczęciu negocjacji z żyjącym obecnie i kontrolującym wybór swojego sukcesora Dalajlamą. Wskazany kierunek polityki chińskiej może okazać się trudny do zrealizowania w praktyce, gdyż coraz częściej czynny opór społeczności Tybetańczyków w Tybecie zmusza władze chińskie do bezpośredniej konfrontacji i użycia siły.

Takie działania miały miejsce w Ngaba (Syczuan), gdzie w odpowiedzi na akt samospalenia się jedno z mnichów w klasztorze w celu uczczenia pamięci 10 poległych Tybetańczyków 3 lata temu w trakcie protestów przeciwko chińskim władzom, wojsko chińskie otoczyło teren całego klasztoru, a 300 mnichów zostało wysłanych na przymusową „patriotyczną edukację”.

Autor artykułu zauważa, że nowy premier ma mało do powiedzenia w zakresie zaistniałej sytuacji w Ngaba, w porównaniu z Dalajlamą, który mógłby mieć realny wpływ, jeśli tak jak się to już wcześniej zdarzało, władze chińskie nieoficjalnie zwróciłyby się do niego o wsparcie w rozwiązaniu sytuacji. Jednak nie należy się spodziewać, że oddanie przez Dalajlamę formalnej władzy w rządzie na uchodźctwie, będzie miało znaczący wpływ na ocieplenie się stosunków na linii rząd chiński – Dalajlama.

Na zakończenie Autor podkreśla, że najbardziej „palącą kwestią” dotyczącą sytuacji politycznej w Tybecie jest nie sama osoba nowego premiera, ale pytanie czy utrzymujący się opór Tybetańczyków przeciwko chińskim władzom skłoni Pekin do rozmów z Dalajlamą, mimo że formalnie kto inny przejął jego polityczne funkcje.

Opracowane przez EK

Dr Robert Barnett jest niezależnym ekspertem ds. Tybetu na Columbia University. W marcu 2011 był gościem Fundacji Inna Przestrzeń, Fundacji Instytut Lecha Wałęsy i Uniwersytetu Warszawskiego podczas seminarium poświęconego sytuacji w Tybecie na Uniwersytecie Warszawskim. Zobacz także wywiad z Robertem Barnettem w biuletynie RatujTybet!

27 kwietnia 2011

Kalon Tripa 2011

Kalon Tripa Samdhong Rinpocze przemawia na forum Tybetańskiego Parlamentu na Uchodźstwie,
Mc Leod Ganji, 2006
Dziś , 27 kwietnia, Tybetańska Komisja Wyborcza ogłosiła wyniki wyborów powszechnych przeprowadzonych w społeczności uchodźców tybetańskich. Zwycięzcą jest dr Lobsang Sangay, który zastąpi dotychczasowego Premiera Samdhonga Rinpocze pełniącego swoją funkcję przez dwie ostatnie kadencje (10 lat). Poniżej publikujemy przemówienie prof. Samdhonga Rinpocze z dn 19 lutego 2011 r. poświęcone tybetańskiej demokracji oraz znaczeniu międzynarodowego ruchu wsparcia dla Tybetu.

Przed nowym Kalonem Tripą stoją poważne wyzwania. Będzie on pierwszym, demokratycznie wybranym,  świeckim przywódcą Tybetańczyków, w czasie kiedy Dalajlama zrzekł się władzy politycznej, którą on i jego poprzednicy dzierżyli w Tybecie i na emigracji od XIV w. Będzie pierwszym demokratycznie wybranym premierem, nie będącym jednocześnie buddyjskim duchownym, co łączy się z wieloma oczekiwaniami, szczególnie młodego pokolenia tybetańskich uchodźców – większej politycznej niezależności. Wreszcie będzie pierwszym tybetańskim liderem, który zdobył nowoczesną edukację poza Tybetem: licencjat z prawa na Uniwersytecie w Delhi, oraz jako pierwszy Tybetańczyk, doktorat w harwardzkiej Szkole Prawa.

Z pewnością odchodzący Kalon Tripa, który kilkukrotnie podejmował próby rezygnacji ze stanowiska, pozostanie także istotną postacią dla polityki tybetańskiej, szczególnie w goszczących uchodźców Indiach. Jako wybitny naukowiec, filozof, jest wysoko ceniony wśród indyjskich elit wspierających kwestię Tybetańczyków. Jego rola, jako pierwszego Kalona Tripy wybranego w wyborach powszechnych pozostanie niezapomniana ze względu na historyczne wydarzenia w relacjach chińsko-tybetańskich, które wydarzyły się za jego kadencji. W 2001 roku nawiązano ponownie po wielu latach kontakty dyplomatyczne na poziomie spotkań przedstawicieli pomiędzy wysłannikami Dalajlamy a przedstawicielami  strony chińskiej (Zjednoczonego Frontu Pracy). W 2008 roku doszło do największych w historii, mając na uwadze zasięg, protestów przeciwko chińskim rządom w Tybecie. W ich następstwie zorganizowano w Indiach Specjalne Zgromadzenie Tybetańczyków – rodzaj narodowego kongresu, który podkreślił przywódczą rolę Dalajlamy i głoszonej przez niego polityki „Środkowej Drogi”. Wreszcie, w 2011 r. Dalajlama ogłosił historyczną decyzję o oddzieleniu władzy duchowej i świeckiej.


Miałem okazję rozmawiać z prof. Samdhongiem Rinpocze, który zgodził się na krótkie spotkanie z przedstawicielem polskiej organizacji działającej na rzecz Tybetu, podczas mojego pobytu w McLeod Ganji w 2008 roku. Potwierdziły się wtedy zasłyszane wcześniej opinie o niezwykłym charakterze Rinpocze, osoby niezwykle skoncentrowanej, skupionej, wręcz małomównej, budzącej niezwykły szacunek i respekt. Ale miałem też szansę dwa lata wcześniej widzieć go podczas wystąpienia na forum Tybetańskiego Parlamentu, kiedy swoimi żartami umiał doprowadzić członków Zgromadzenia do serdecznego śmiechu.

Piotr Cykowski

ps. Przy tej okazji chciałem zwrócić uwagę, że Tybet.blog świętował właśnie swoje pierwsze urodziny. Z tej okazji chciałbym podziękować czytelnikom, ale przede wszystkim jego twórcom czyli zespołowi redakcji, przede wszystkim Iwonie, Adamowi, Ewie, Elżbiecie i Marcie, oraz wszystkim, którzy dla nas pisali i tłumaczyli. Oby tak dalej!

Przemówienie Kalona Tripy, Profesora Samdhonga Rinpoche podczas Walnego Zgromadzenia Towarzystwa Przyjaźni Szwajcarsko-Tybetańskiej w Zurychu, w dniu 19 lutego 2011

Szanowni Bracia i Siostry,

Jest dla mnie wielkim zaszczytem uczestniczyć w Walnym Zgromadzeniu Towarzystwa Przyjaźni Szwajcarsko-Tybetańskiej oraz skorzystać z okazji, aby podzielić się z wami niektórymi moimi poglądami i doświadczeniami. Towarzystwo Przyjaźni Szwajcarsko-Tybetańskiej jest jednym z najstarszych organizacji działających na rzecz tybetańskich uchodźców i przez ostatnie półwiecze odgrywało ważną rolę nie tylko w opiekowaniu się tybetańskimi uchodźcami, którzy osiedlili się w Szwajcarii, ale również w zachowywaniu i promowaniu tybetańskiego dziedzictwa narodowego, we wzmacnianiu sprawy tybetańskiej w celu osiągnięcia wolności i prawdziwej autonomii dla wszystkich Tybetańczyków oraz w promowaniu świadomości kwestii tybetańskiej w świecie Zachodu. Bardzo doceniam wszystkie wysiłki ze strony byłych i obecnych członków tego Towarzystwa. Korzystając z okazji, chciałbym wyrazić swą wdzięczność w imieniu 6 milionów Tybetańczyków dla was, a poprzez was – dla społeczności międzynarodowej, a w szczególności dla narodu szwajcarskiego . Szwajcaria była pierwszym zachodnim krajem, który zaprosił wielu tybetańskich uchodźców i zaproponował im osiedlenie się w swoich granicach – ci osadnicy byli najszczęśliwszymi spośród całej tybetańskiej diaspory. Mają oni szansę prowadzić bardzo szczęśliwe życie w wolności i godności, a także pomagać innym Tybetańczykom, żyjącym w Indiach, Nepalu, czy Bhutanie. Nigdy nie zapomnimy o życzliwości szwajcarskiego narodu i rządu, skąd otrzymaliśmy pomoc w chwili, kiedy jej naprawdę potrzebowaliśmy.

Poproszono mnie, abym powiedział kilka słów na temat systemu demokracji wśród Tybetańczyków na uchodźctwie oraz o wkładzie Grup Wsparcia Tybetu (Tibeta Support Groups, TSG) w sprawę tybetańską i ich znaczenie w przyszłości. Obie te kwestie są bardzo ważne, ale są też bardzo szerokie i złożone. Z tego powodu nie jestem pewien, czy będę w stanie wyczerpująco omówić te tematy, jednak spróbuję sprostać temu zadaniu.
Tybetańskie w wybory w Polsce, 20 marca 2011, Warszawa

1. Jeśli chodzi o system demokracji wśród tybetańskiej diaspory, demokracja nie jest dla Tybetańczyków nowym pojęciem. Nasze pozorne otwarcie się na demokratyczne funkcjonowanie nie było spowodowane chińską okupacją Tybetu, ani naszymi kontaktami z innymi państwami. W pierwszym ćwierćwieczu dwudziestego wieku, Jego Świątobliwość Trzynasty Dalajlama podjął wiele starań, aby zdemokratyzować polityczny system Tybetu, na długo zanim zaczęła istnieć obecna Chińska Republika Ludowa. Nie mógł on jednak osiągnąć dużych postępów z powodu zarówno sprzeciwów wewnętrznych, jak i czynników zewnętrznych. Obecny, Czternasty Dalajlama, już od swojego dzieciństwa i na długo zanim przejął doczesną władzę, był jednoznacznie przekonany o potrzebie demokratyzacji Tybetu. Zanim jednak przejął stery swojego kraju, połowa jego terytorium znajdowała się już pod okupacją wojsk Chińskiej Republiki Ludowej. Pomimo tego, przez dziewięć lat, od roku 1950 do 1959, próbował z całych sił wprowadzić wiele środków i reform w kierunku demokratyzacji, lecz za każdym razem działania te były systematycznie udaremniane przez chińską juntę wojskową. Dopiero na uchodźctwie dostał możliwość wprowadzenia swojej wizji w życie.

Przemiana ta cechowała się unikalnością, tak charakterystyczną dla tego przywódcy i jego narodu. W naszym przypadku, Przywódca Państwa opowiedział się za demokratyzacją i w konsekwencji za zrzeczeniem się swojej władzy, ale naród nie chciał zaakceptować takich zmian. Zauważcie też różnice pomiędzy tym zachowaniem a zachowaniem autorytarnych dyktatur dwudziestego wieku. Podczas ostatnich pięćdziesięciu jeden lat życia na uchodźctwie, Jego Świątobliwość stopniowo przekonywał i edukował swój naród, aby przyjął on demokratyczny sposób życia i przełożył ideały na czyny, aby wprowadzić prawdziwą demokrację, a nie skończyć na samych deklaracjach.

Model tybetańskiej demokracji zasadniczo różni się od nowoczesnych zasad demokracji. Nowoczesne systemy polityczne na całym świecie są, ogólnie rzecz biorąc, rządzone ideologią gospodarki kapitalistycznej lub marksistowskiej/socjalistycznej. Systemy polityczne wywodzą się z tych właśnie dwóch ideologii. Obie są oparte na potencjalnym konflikcie w ludzkości, a nie na potencjale ludzkości do współpracy. Podstawą marksizmu była koncepcja walki klasowej, a kapitalizmu – koncepcja tak zwanej wolnej i sprawiedliwej konkurencji. Obecne systemy demokratyczne oparty są na kapitalistycznej idei praw jednostki i gospodarki rynkowej. System zarządzania tybetańską diasporą jest natomiast oparty na podstawowych zasadach równości wszystkich istot obdarzonych czuciem, na podstawie ich potencjału dla nieograniczonego rozwoju. Taką równość można wprowadzić w życiu codziennym jedynie poprzez współpracę, a nie poprzez konkurencję. Konkurencja zawsze prowadzi do jakiejś formy konfrontacji lub walki. Miłości i równości nie można osiągnąć poprzez konkurencję. Bez względu na to, czy chodzi o system polityczny, czy gospodarczy, konkurencja nie pozwala na prawdziwą współpracę. Zdając sobie sprawę z tego aspektu natury ludzkiej, Budda opowiadał się za demokracją bez poczucia konkurencji. Za czasów życia Buddy, taki system był praktykowany w różnych Republikach w starożytnych Indiach, na przykład w Vaishali. Prawdę mówiąc, nadrzędnym celem społeczeństwa jest przebudzenie ludzkiej inteligencji. Doprowadza to do pewnego poziomu racjonalności, która prowadzi do jednomyślności – stanu harmonii.

Chociaż nie negujemy możliwości przyszłych wielopartyjnych systemów demokratycznych dla Tybetańczyków, to jednak wierzymy mocno, że możliwa jest demokracja bezpartyjna, w której każda osoba ma swobodę, aby zajmować się wszystkimi kwestiami zgodnie ze swoją wiedzą, bez nakładania na nią żadnych warunków przez jakieś grupy lub ideologie. Tybetańskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych (Tybetański Parlament na Uchodźctwie) to żywy przykład demokracji bezpartyjnej. Reprezentuje on równo wszystkich Tybetańczyków. Nie ma ideologii grupowych, programów, większości ani mniejszości. Dominacja większości nad mniejszością również stanowi swego rodzaju narzucanie poglądów wbrew woli mniejszości, co dalekie jest od idealnej demokratycznej sytuacji.

Decentralizacja procesów podejmowania decyzji oraz wprowadzenia praw sprawiają, że każda osoba jest odpowiedzialna i może samodzielnie myśleć i działać. Pozwala to jednostce na myślenie globalne, a działanie lokalne. W naszej opinii, sytuacja, w której kilka osób żyje na koszt innych, to totalitaryzm. Z drugiej strony, zasada „żyj i pozwól żyć” oznacza zwykłą demokrację. Jednak model demokracji jest sytuacja, kiedy każdy żyje dla drugiej osoby i to właśnie próbujemy osiągnąć.

Idealna demokracja musi posiadać trzy podstawowe elementy:
1. Oświecone przywództwo,
2. Właściwą ideologię filozoficzną, oraz
3. Oświecony i odpowiedzialny naród

My, Tybetańczycy, na szczęście posiadamy pierwsze dwa elementy i bardzo staramy się, aby spełnić też trzecie kryterium. Platon mówił o „królu-filozofie”, a Bertrand Russel o „wspólnej woli”. W istocie wcieleniem obu tych czynników jest obecny Dalajlama, oraz buddyjska filozofia oparta na braku przemocy i współzależnych początkach, które przedstawiają obraz idealny i właściwy. Teraz tylko nasz naród musi jeszcze dojrzeć do wprowadzenia idealnej demokracji.

W czerwcu 1991, Karta zarządzania tybetańską Diasporą została zatwierdzona przez Jego Świątobliwość, po tym jak została w pełni zaakceptowana przez XI Zgromadzenie. Karta oznaczała, że naród jest suwerenny, a każdy organ rządowy - wykonawczy, ustawodawczy i sądowniczy, jak również władza Jego Świątobliwości – czerpią swą władzę z zasad uwiecznionych w Karcie. Chociaż nasza Karta została spisana pod kierownictwem Jego Świątobliwości, jej projekt posiada charakter świeckiego ustroju i dlatego cała Karta została spisana na tej podstawie. Podczas debaty na Zgromadzeniu, słowo “świecki” zostało jednak zastąpione słowami „dharma i ustrój”. Podstawowa struktura Karty nie uległa jednak zmianom. Tak oto mamy Kartę opartą na sekularyzmie bez słowa „świecki”. W naszej Karcie, Tybetańskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych jest nadrzędnym organem, chociaż istnieje podział na władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Samo Zgromadzenie ma władzę do cofania uprawnień i stanowisk Jego Świątobliwości Dalajlamie jako Przywódcy Państwa i Zwierzchnikowi Władzy Wykonawczej. W podobny sposób, Zgromadzenie może kontrolować Kalona Tripę, Kaszag, Sędziego Naczelnego oraz Sędziów. Inne przepisy mówiące o nadzorowaniu i równowadze, są podobne do nowoczesnych systemów demokratycznych.

Na początku, Karta dawała Jego Świątobliwości władzę do nominowania kandydatów do Zgromadzenia, którzy wybierali członków Kaszagu, więc Kalonowie wybierali Kalona Tripę ze swojego grona. Zasada ta została zmieniona w roku 2001 i od tego czasu Kalon Tripa, zwierzchnik władzy wykonawczej, jest wybierany bezpośrednio przez ludzi i nominuje swoich współpracowników za zgodą Zgromadzenia. Od roku 2001, wszystkie decyzje administracyjne i polityczne są podejmowane przez wybieranego Kalona Tripę, a Jego Świątobliwość pozostaje swego rodzaju symbolicznym przywódcą. W obecnej chwili, Jego Świątobliwość poważnie rozważa całkowite wycofanie się z obowiązków ceremonialnych administracji na uchodźctwie, tak aby proces demokratyzacji mógł przejść do końcowego stadium. Aby to nastąpiło, należy wprowadzić dalsze poprawki do podstawowej struktury Karty. Propozycja Jego Świątobliwości naturalnie zaniepokoiła naród tybetański w Tybecie oraz diasporę. Z drugiej strony, Jego Świątobliwość wydaje się być dość zdecydowany. Myślę, że to wydarzenie będzie bardzo ważne. Będzie to punkt zwrotny w historii ustroju i sposobu zarządzania Tybetem.

2. Jeśli chodzi o wkład Grup Wsparcia Tybetu w sprawę tybetańską oraz ich istotę w przyszłości, Jego Świątobliwość Dalajlama ciągle przypomina nam, że to wyrażanie międzynarodowego wsparcia stało się czwartym „schronieniem” w politycznym słownictwie narodu tybetańskiego. Aby wyjaśnić co to oznacza, Buddyści, kiedy modlą się, mówią „Znajduję schronienie w Buddzie, w Dharmie i w Sandze”, a z powodu serdecznego wsparcia ze strony Grup, stali się oni politycznym schronieniem w naszej walce o przetrwanie jako naród z odrębną kulturą i tożsamością narodową. Światowy ruch wsparcia dla Tybetu jest jedną z unikalnych międzynarodowych koalicji na świecie. Jest on oddany powszechnym wartościom prawdy, sprawiedliwości i wolności, oraz zasadzie niestosowania przemocy i pojednania. Nadal przyciąga i inspiruje wyobraźnię tysięcy utalentowanych osób na całym świecie. Ich oddanie i entuzjazm dla wspierania sprawy Tybetu sprawiają, że światowy ruch tybetański na świecie jest jednym z największych światowych ruchów, które nie stosują przemocy. Ich ciągłe i planowane kampanie organizowane przez lata doprowadziły do rozpowszechnienia świadomości kwestii tybetańskiej na całym świecie i sprawiły, że był to temat ważny, jak również zmobilizowały rządy i parlamenty na całym świecie do wypowiadania się na rzecz narodu Tybetu.

Wysiłki i oddanie Grup Wsparcia Tybetu zainspirowały kolejne pokolenie zaangażowanych Tybetańczyków w Tybecie. Ludzie ci ryzykują swoim życiem, aby zachować dziedzictwo duchowe i kulturowe Tybetu poprzez opór nieoparty na przemocy. Dla tybetańskiego narodu, ta coraz większa sieć przyjaciół i zwolenników na całym świecie, jest prawdziwym błogosławieństwem. Żadna sprawa ani walka, bez względu na swoją sprawiedliwość czy długość, nie otrzymała tak ogromnego zaangażowania, jak sprawa tybetańska ze strony Grup Wsparcia. Dzięki pracy Grup, polityczna sprawa Tybetu oraz zachowanie i promowanie bogatego dziedzictwa kulturowego i duchowego Tybetu, szczególnie tybetańskich centrów buddyjskich i kulturowych, pozostają na wokandzie społeczności świata.

Charakter całego ruchu Grup Wsparcia Tybetu opiera się na dobrowolnym udziale, inspirowanym przez przywiązanie do sprawiedliwości, wykorzystanie własnego czasu, zasobów i energii, z pełną świadomością, że ich niestrudzone wysiłki nie przyniosą im żadnych korzyści osobistych, politycznych czy materialnych. To dlatego Jego Świątobliwość XIV Dalajlama zawsze powtarza, że Grupy Wsparcia nie powinny być uważane za grupy pro-tybetańskie albo anty-chińskie. Są one raczej grupami opowiadającymi się za sprawiedliwością, a przeciw niesprawiedliwości.

Grupy składają się z różnorodnych grup ekspertów i fachowców w dziedzinach praw człowieka, środowiska, rozwoju, kultury, religii, itd. Niektóre Grupy pracują na rzecz ogólnego polepszenia sytuacji praw człowieka w Tybecie. Obejmuje to wysiłki, by przedstawiać przypadki pojedynczych więźniów sumienia i ich ewentualnych wypuszczeń, oraz by dokumentować przemoc, jakiej doświadczyli. Inne Grupy prowadzą ciągłe badania na wysokim poziomie, w kwestie negatywnego wpływu niefortunnych poczynań w Tybecie na jego kulturę i naród. Niektóre skupiają się na rozwoju kolei, agresywnym górnictwie, masowej wycince lasów, przymusowych przesiedleniach nomadów do stałych mieszkań na stepach, oraz na coraz szybszej ekspansji chińskich osiedli na płaskowyżu tybetańskim, oraz na ich negatywnym wpływie na delikatne środowisko Tybetu.

Jest jeszcze inny aspekt ruchu Grup Wsparcia Tybetu. Aspekt ten to ośrodki Buddyzmu Tybetańskiego, instytucje akademickie studiów tybetańskich i ośrodki kultury tybetańskiej. Te ośrodki kultury tybetańskiej przyciągają do sprawy Tybetu coraz więcej zaangażowanych przyjaciół, w każdym miejscu na ziemi i każdego roku. Element ten jest dla nas ważny, ponieważ działania tych ośrodków zapewniają, że dziedzictwo duchowe i kulturowe Tybetu może i będzie istnieć poza Tybetem. Ośrodki te odzwierciedlają również istotę zachowania tybetańskiej kultury i duchowości. Ciągle rozwija się coraz większe międzynarodowe społeczeństwo obywatelskie, nikomu niepodlegające, w tym żadnemu rządowi czy władcy, co stanowi wymowny dowód na to, że społeczność międzynarodowa uznaje powszechne wartości, tj. współczucie i niestosowanie przemocy, które naród tybetański przejął po starożytnych Indiach. Czuję, że to daje nam pewność aby stwierdzić, że, z narodem tybetańskim czy bez, jego kultura i wartości będą hołubione przez świat. Dzieje się tak dlatego, że kultura tybetańska nie mówi jedynie językiem narodu tybetańskiego. Mówi ona uniwersalnym językiem ludzkości.

Ruch narodu tybetańskiego na rzecz przetrwania naszej kultury jest wzmacniany poprzez fakt, że wspiera go coraz większa liczba naszych chińskich braci i sióstr. Docenianie wartości kultury tybetańskiej jest coraz bardziej powszechne wśród Chińczyków, zarówno w Chinach kontynentalnych, jak i poza nimi. Jesteśmy bardzo wdzięczni wielu dzielnym chińskim obywatelom i organizacjom w Chinach, wypowiadają się w obronie narodu tybetańskiego w następstwie brutalnego rozprawienia się z powszechnymi i pokojowymi protestami w roku 2008, podczas których wzywano do wolności w Tybecie i powrotu Jego Świątobliwości Dalajlamy do ojczyzny. Wiele z tych osób wystosowało list otwarty, w którym wyraziły swoje poparcie dla polityki Drogi Pośredniej Jego Świątobliwości Dalajlamy, oraz wezwali rząd chiński do zaprzestania propagandy przeciwko Tybetowi i Jego Świątobliwości Dalajlamie.

W dzisiejszych czasach większość władz państwowych interesuje się jedynie korzyściami gospodarczymi. Chińska Republika Ludowa nie tylko umacnia się jako potęga gospodarcza, lecz również jako bezkresny rynek dla każdego produktu. Z tego powodu, państwa przeważnie przyjmują politykę łagodną w stosunku do Chin i uważają kwestię Tybetu za niepotrzebne zamieszanie w ich związkach z Chinami. Gdyby silna opinia publiczna w tych demokratycznych krajach nie powstała dzięki Grupom Wsparcia Tybetu, wszystkie rządy tych różnych krajów wolałyby zapomnieć o kwestii Tybetu już dawno temu, a nasz ruch byłby trudniejszy do utrzymania. W dzisiejszych czasach większość rządów musi wziąć pod uwagę głos Tybetu, ponieważ domagają się tego ich własne opinie publiczne. Jest to ogromny, skuteczny wysiłek, nastawiony na wyniki, który Grupy Wsparcia włożyły w sprawę Tybetu. Omówiłem zaledwie kilka najważniejszych aspektów ich zaangażowania - trudno jest mi omówić je wszystkie, ponieważ zaangażowanie to jest tak wielkie i tak różnorodne.

Grupy Wsparcia Tybetu są teraz bardziej istotne niż kiedykolwiek, ponieważ Tybetańczycy muszą przetrwać najtrudniejszy okres od powstania w Tybecie w roku 2008. Najbliższe kilka lat będzie bardzo istotnym okresem dla przyszłości narodu tybetańskiego, ponieważ na całym świecie i w Chinach zachodzą szybkie zmiany społeczno-gospodarcze i polityczne. Zarówno represyjne środki stosowane przez władze Chin, jak i tolerancja i cierpliwość narodu tybetańskiego osiągnęły swoje szczyty. Dlatego nie można teraz odczuwać zmęczenia i poddać sprawy. Każda osoba, której zależy na sprawie Tybetu, musi nabrać nowych sił, wyostrzyć koncentrację, połączyć działania, przerobić cały ruch, tak aby można było zastosować ostateczne i mocne działania, które pomogą nam w osiągnięciu zamierzonego celu. Tym wszystkim aspektom Grupy udzielają się już od ponad pięciu dekad.

Na zakończenie, myślę, że istotny będzie następujący czteropunktowy program dla Tybetańczyków i zwolenników Tybetu:
1. Skuteczne stworzenie w sobie kultury braku przemocy;
2. Przygotowanie się na walkę o tybetańską sprawę, nawet jeśli sukces osiągniemy dopiero za wiele pokoleń. Młodsze i nowe pokolenia Tybetańczyków i Grup Wsparcia Tybetu powinny zawsze być gotowe to dalszego wypełniania obowiązków, do momentu, aż osiągniemy prawdziwą autonomię;
3. Jeśli problem Tybetu zostanie rozwiązany w najbliższej przyszłości, przygotowanie się na obowiązki związane z przebudową i utrzymaniem nowego społeczeństwa tybetańskiego opartego na zasadzie niestosowania przemocy; oraz
4. Utrzymanie uświęconych tradycji i tożsamości Tybetu w każdych okolicznościach.

Tłum. Bartosz Kumanek