Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Pokaż wszystkie posty

16 marca 2011

Nepalska policja po raz drugi skonfiskowała urny wyborcze wśród jednej z tybetańskich społeczności w Katmandu

Tekst komentarza, tłumaczenie raportu: Marta Zdzieborska

Lama pobity w Katmandu 10 marca 2011 (Zdjęcia: ICT).
W ciągu ostatnich dwóch lat, począwszy od antychińskich demonstracji na ulicach Katmandu, gdy tysiące Tybetańczyków wyrażało swój protest przeciwko olimpiadzie w Pekinie, możemy zaobserwować zaostrzenie polityki wobec mieszkającej w Nepalu społeczności tybetańskiej. Wówczas do aresztu trafiło kilkaset osób, niektórzy zostali brutalnie pobici. Niegdyś, choć marginalizowani społecznie i ekonomicznie, Tybetańczycy mieli prawo do wyrażania swoich opinii politycznych. Co roku, 10 marca, z okazji powstania antychińskiego w Lhasie w 1959 roku, w Katmandu czy mniejszych ośrodkach społeczności tybetańskiej jak Pokhara, na ulicach można było zobaczyć dziesiątki, a nawet setki Tybetańczyków z flagami narodowymi i hasłami Ratuj Tybet na ustach. Z kolei obchody urodzin Dalajlamy były szansą na spotkanie się sąsiadów z pobliskich osiedli tybetańskich, którzy wspólnie świętowali ten dzień. Obecnie, każda uroczystość tybetańska odbywa się w „towarzystwie” patroli nepalskiej policji, która czuwa nad „spokojnym” przebiegiem uroczystości. Szczególnie jest to widoczne na ulicach Katmandu. Tybetańczycy, chcący przedostać się do krewnych w innej dzielnicy miasta, zawracani są przez policję. Jedynym sposobem na dotarcie do rodziny jest pozostawienie tradycyjnego stroju w domu i przywdzianie zwykłych, nie wzbudzających podejrzeń ubrań.

Nepal jako małe państwo wciśnięte między dwóch gigantów – Chiny i Indie, od wieków pozostawał pod mniejszym lub większym wpływem sąsiadów. Nasilona ingerencja Chin w sprawy Nepalu zaczęła mieć miejsce wraz z pogarszającą się w latach 90. sytuacją wewnętrzną w tym kraju. Jednym z wyraźnych przykładów wywierania presji Pekinu na Katmandu, było zaprzestanie w 1999 roku wydawania tzw. Refugee Card (RC). Tym samym nieletni wówczas Tybetańczycy i nowo przybyli do Nepalu uchodźcy znaleźli się na marginesie prawa. Bez dokumentu tożsamości nie mogą swobodnie przemieszczać się po Nepalu, założyć konta bankowego czy wyrobić prawa jazdy. Przebywając tu nielegalnie, stanowią łatwy łup dla nepalskiej policji, która w każdej sytuacji stara się od nich wymusić łapówkę za „przymknięcie” oka na ich bezpaństwowość.

Do 2008 roku wielu Tybetańczyków, choć nie posiadało dokumentu tożsamości, mogło swobodnie kultywować swoje zwyczaje. Niezrażeni brakiem RC, kolejni uciekinierzy z Tybetu kierowali się do Nepalu w nadziei na życie bez represji. Jeszcze trzy lata temu Reception Centre w Katmandu, czyli ośrodek dla nowo przybyłych uchodźców, pękał w szwach. Z braku miejsc w salach, wiele osób koczowało na korytarzu. Co tydzień do Indii wysyłano szczelnie wypełnione autokary. Dziś na skutek zwiększonej kontroli granicy chińsko – nepalskiej, co raz mniej osób ma szansę na ucieczkę. Nieliczni szczęściarze po dotarciu do Katmandu, snują się po pustym Reception Centre w oczekiwaniu na transport do Indii. Wygląda na to, iż Chińczykom udało się skutecznie ukrócić nieprzerwaną, na przestrzeni ostatnich lat, falę uchodźców. Dwukrotna konfiskata urn wyborczych pokazuje jednak, że Pekin nie chce ograniczać się jedynie do kontroli Tybetańczyków żyjących na terytorium Państwa Środka. Kolejnym etapem ma być ukrócenie tendencji antychińskich poza granicami kraju. Akcje nepalskiej policji, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich kilku miesięcy są tego zapowiedzią. Chiny, świadome swojej pozycji na arenie międzynarodowej, wiedzą, że żadnemu z mocarstw światowych nie opłaca się z nimi zadzierać. Świadczy o tym chociażby fakt, że do konfiskaty urn wyborczych w głosowaniu na przedstawicieli Chushi Gangdruk, doszło podczas wizyty Marii Otero w Katmandu. Choć amerykańska podsekretarz stanu podczas wizyty wyraziła swoje poparcie dla Tybetańczyków, nie skomentowała ataku policji na tybetański lokal wyborczy. Uchodźcy tybetańscy po raz kolejny zatem usłyszeli, że świat o nich pamięta. Gdy skonfiskowano urny wyborcze w pierwszej turze głosowania do rządu tybetańskiego na uchodźstwie, sprzeciw Tybetańczyków poparło kilka organizacji pozarządowych, w tym także amerykańskie. Podpisano list protestacyjny, o zwrocie urn wyborczych nie było jednak mowy. Podczas zbliżającej się drugiej tury wyborów, 20 marca, niestety również może dojść do powtórzenia tej samej sytuacji. Ten fakt boli tym bardziej, że tegoroczne wybory mają kluczowe znaczenie dla polityki tybetańskiej w najbliższych latach. To od tego, kto zastąpi konserwatywnego Rinpochego, będzie zależało stanowisko rządu tybetańskiego wobec Chin.

Atak nepalskiej policji na Tybetańczyków w Katmandu w rocznicę 10 marca 2011
(Zdjęcia: ICT).







Raport Międzynarodowej Kampanii na Rzecz Tybetu (ICT),
16 lutego 2011


13 lutego 2011 roku, nepalska policja przerwała wybory na przywódcę lokalnej społeczności tybetańskiej Chushi Gangdruk w Katmandu. Akcja tamtejszej policji była przykładem aktywnej polityki władz Nepalu przeciwko „anty-chińskim” wystąpieniom społeczności tybetańskiej na terenie kraju. Do incydentu doszło podczas wizyty w Katmandu, amerykańskiej podsekretarz stanu ds. demokracji i spraw globalnych – Marii Otero, pełniącej również funkcję specjalnego koordynatora ds. tybetańskich. Otero na spotkaniu z nepalskimi przedstawicielami, podkreśliła wsparcie rządu Stanów Zjednoczonych dla bezpieczeństwa i dobrobytu uchodźców tybetańskich w Nepalu (zobacz raport ICT, 'High-level U.S. visit shows commitment to Tibetan refugee issues in Nepal').

Grupa społeczności tybetańskiej, Chushi Gangdruk, zajmuje się opieką nad weteranami tybetańskiego ruchu oporu, którzy walczyli w latach 1958 – 1974 przeciwko Chińskiej Armii Wyzwolenia.

Według źródeł ICT, w Katmandu w niedzielę 13 lutego, nepalska policja zorganizowała obławę na lokale wyborcze w trzech dzielnicach miasta - Swoyambhu, Jawalakhel i Boudha gdzie wybierano przywódcę Chushi Gangdruk. Członkowie organizacji przeprowadzający wybory od kilku dekad, zawsze działali z dyskrecją, po to by nie narazić się nepalskim władzom.

Miejscowa policja w Boudha, obserwująca rozpoczęcie głosowania o 9 rano, nie zgłosiła żadnych sprzeciwów. Dopiero godzinę później, do patrolujących dołączyły nowe oddziały uzbrojonych policjantów; pojawił się także wóz przygotowany dla ewentualnych aresztantów.

Członek komitetu wyborczego Chushi Gangdruk, zapytany o wyjaśnienie celu zgromadzenia, odpowiedział: „Wybieramy przedstawicieli naszej lokalnej społeczności, po to by koordynowali pomocą dla chorych członków organizacji i organizowali pochówek dla umarłych. Pomagamy biednym i bezdomnych ludziom, dbamy o czystość ulic i środowisko w naszej społeczności. Jesteśmy uchodźcami i nie mamy władz, które mogłyby o nas zadbać. Jedynie członkowie naszej organizacji mogą to nam zapewnić. Dzisiaj jesteśmy tutaj po to, by wybrać naszych przedstawicieli w demokratyczny sposób.”

Oficer policji biorący udział w obławie powiedział członkom Chushi Gangdruk, że uchodźcom tybetańskim nie wolno organizować wyborów, a akcja policji została zlecona przez naczelnika dzielnicy.

Oficerowie policji skonfiskowali urnę wyborczą, uniemożliwiając członkom społeczności kontynuowanie głosowania. Na pytanie o szanse na odzyskanie urn, jeden z policjantów odpowiedział, że podobnie jak urny skonfiskowane w zeszłym roku (podczas prawyborów do rządu na uchodźstwie w Dharamsali – przyp. red.), pozostaną one u nepalskich władz.

By nie dopuścić do wznowienia głosowania, policja nadzorowała lokal wyborczy w Boudha do 17.30. W dwóch pozostałych dzielnicach - Swoyambhu i Jawalakhel, głosowanie zakończyło się o 10.30, zanim zdążyła przyjechać policja.

Kilka miesięcy wcześniej - 3 października ub.r, podczas wyborów do tybetańskiego rządu na uchodźstwie w Dharmasali w Indiach, nepalska policja skonfiskowała w urny i zamknęła lokale wyborcze w Katmandu. (zobacz ICT report, 'Nepalese police seize ballot boxes from Tibetan exile election').

Władze Nepalu, tłumacząc swoje działania ograniczające wolność społeczności tybetańskiej, często powołują się na “ politykę jednych Chin”. Zakłócenie wyborów organizacji Chushi Gandruk, czy utrudnianie obchodów tybetańskich świąt takich jak np. urodziny Dalajlamy to jedne z licznych przykładów działań skierowanych przeciwko Tybetańczykom. Wielu uchodźców uważa, że nepalskie władze działają na żądanie rządu w Pekinie. Agresywna antytybetańska polityka Chin w połączeniu z nasileniem się akcji nepalskiej policji, przyczynia się do powstania atmosfery strachu i braku poczucia bezpieczeństwa wśród mieszkających w Nepalu Tybetańczyków.

Na legalny status mieszkańca Nepalu, mogą liczyć jedynie uchodźcy tybetańscy, którzy przybyli do tego kraju przed 1989 rokiem. Tym samym, prawa społeczne, ekonomiczne polityczne i obywatelskie tej społeczności są w poważny sposób ograniczone. Zapytany przez ICT, Tybetańczyk mieszkający w Katmandu, odpowiedział: „Tybetańczycy czują się niewidzialni, tak jakbyśmy nie mieli prawa istnieć.” (zobacz report ICT, 'A fragile welcome: China's influence on Nepal and its impact on Tibetans').



7 lutego 2011

Uchodźcy czy bezpaństwowcy? Formalna sytuacja Tybetańczyków w Nepalu



Letni wieczór w Pokharze, drugim co do ważności pod względem turystycznym mieście w Nepalu. Młodzi, może 20-letni mężczyźni wygłupiają się, może trochę hałasują, w czym przeszkadzają starszym – jak wszędzie na świecie. Podchodzi policja. Standardowe pytanie o dokumenty. Młodzi Tybetańczycy nie są w stanie ich pokazać – bo nigdy ich nie mieli. Zaczynają się pogróżki – w takim razie skąd wiadomo, że są w Nepalu legalnie. Szczęśliwie tym razem kończy się na wręczeniu funkcjonariuszom kilkuset rupii.


Nepal nie podpisał konwencji z 1951 roku o statusie uchodźców, dlatego przepisy o pobycie zarówno Tybetańczyków, jak i Bhutańczyków w tym kraju regulowane są na mocy przepisów wewnętrznych. Teoretycznie wszyscy uchodźcy po ukończeniu 18-stego roku życia powinni otrzymywać Refugee Card (RC), niewielką książeczkę, przypominającą stary polski dowód osobisty. W praktyce od 1999 roku zaprzestano wręczania dokumentów tożsamości uchodźcom tybetańskim. Oznacza to, że wszystkie roczniki od 1981 roku pozbawione są dokumentu potwierdzającego ich tożsamość oraz legalność pobytu w Nepalu. Chińczykom nie wystarczy łamanie praw człowieka w okupowanym przez nich Tybecie. Starają się także na wszelkie sposoby utrudnić życie tym mieszkającym po drugiej stronie Himalajów. Nepalskie władze, niezależnie pod tego, czy będzie to monarchia, maoiści czy obecny rząd mniejszościowy, bardzo łatwo daje się przekonać argumentami finansowymi.


Obywatelstwo na sprzedaż


Poza stwierdzeniem tożsamości uchodźcy oraz jego rodziny RC nie daje wielkich uprawnień. Można dzięki niej otworzyć konto bankowe, zrobić prawo jazdy, zarejestrować pojazd. Lepiej płatna praca, dostęp do wielu kierunków studiów (np. medycyna), kupno ziemi, otwarcie biznesu – to wszystko dostępne jest jedynie obywatelom. Teoretycznie o obywatelstwo mogą ubiegać się wszyscy mieszkający w Nepalu od 15 lat. Tybetańczycy mieszkają tam w większości od półwiecza, jednak wśród kilkudziesięciu osób zaledwie jedna przyznała się do jego posiadania. Prawie wszyscy wskazywali jednak, że jego nabycie jest możliwe – to tylko kwestia odpowiedniej ceny. Dzięki skorumpowaniu odpowiednich osób możliwe stało się choćby otwarcie prywatnych fabryczek dywanów w Kathmandu, oferującym zatrudnienie kilkuset uchodźcom.


Każdy radzi sobie jak może. 18-letnia Tashi, od urodzenia mieszkająca w Tashi-Palkiel, osiedlu niedaleko Pokhary, jako uczennica może posługiwać się szkolną legitymacją. Wielu jej rówieśników motory kupują dzięki wpisowi w RC rodziców. Konto w baku można utworzyć dzięki karcie, która jest już nieważna – bowiem kolejną uciążliwością jest konieczność odnawiania dokumentu dokładnie w tym samym miejscu, w którym został wydany. W Nepalu stosowanie przepisów jest na szczęście dość luźne. W najtrudniejszej sytuacji są ci, którzy jak 28-letni Sonam, także mieszkaniec Tashi-Palkiel, nie posiadają żadnej z powyższych możliwości. Musi być ostrożny. Po 2008 roku nepalska policja zaostrzyła politykę wobec uchodźców, a tu na pierwszy rzut oka widać tybetańskie rysy twarzy.

Brak paszportu stwarza ogromne trudności dla chcących wyjechać za granicę. Pierwszym krokiem jest udanie się do urzędu zajmującego się sprawami wewnętrznymi, po specjalne zaświadczenie stwierdzające, że uchodźca nie sprawia większych problemów. Z tym dokumentem konieczna jest wizyta w urzędzie podległemu MSZ, tam otrzymuje się travel document, ważny przez pół roku. Wtedy można odwiedzić ambasadę państwa, którego wizę pragnie się otrzymać. Procedura trwa zwykle miesiącami. Oczywiście można ją przyspieszyć, to znów kwestia odpowiedniej ceny.


Zobaczyć Dalajlamę


Rodzina Tashi ze wzruszeniem wspomina podróż do Dharamsali, która miała miejsce przez niespełna dwoma laty. Mogli na własne oczy zobaczyć Dalajlamę. Takie podróże są możliwe dzięki otwartej nepalsko-indyjskiej granicy i uproszczonym formalnościom związanym z jej przekraczaniem. Tashi chciałaby rozpocząć studia w Indiach, dałoby jej to większe możliwości otrzymania lepiej płatnej pracy. Ostatecznie jednak, ze względu na kosztay decyduje się pozostać w kraju. Dla wielu naszych rozmówców Indie wydają się być „ziemią obiecaną” – szansą na lepsze życie, choć jako uchodźcy zarejestrowani w Nepalu mają trudności z zalegalizowaniem swojego pobytu gdzie indziej.

Pan Buche, dyrektor szkoły podstawowej w Kathmandu kilka lat temu udał się w podróż do Tybetu. Jego wiza była ważna jedynie przez dwa tygodnie, jedynie na ściśle określonym terytorium, ale i tak był szczęśliwy – odwiedził krewnych, zobaczył rodzinny kraj, który opuścił jako 8-letni chłopiec. Chiński rząd zezwala na takie wizyty, przedtem bardzo dokładnie badając przypadek uchodźcy. Szans na wizę nie mają osoby, które kiedykolwiek angażowały się w sprawę Wolnego Tybetu, wystarczy choćby znaleźć się na jednym zdjęciu z demonstracji.

Pytani o podróżowanie po Nepalu Tybetańczycy odpowiadają zwykle, że choć formalnie nie ma przeszkód prawnych w praktyce często spotykają się z nieprzyjemnościami. Sytuacja wewnętrzna w Nepalu jest wciąż bardzo napięta, częste są między innymi kontrole na drogach, sprawdzanie tożsamości. Policjanci bezbłędnie wychwytują „okazje” do dodatkowego zarobku. Innym kuriozum jest zakaz podróżowania samolotami linii wewnętrznych, szczególnie uciążliwy dla mieszkańców odległych górskich regionów, gdzie nie prowadzą już żadne drogi. Kilka lat temu w jednym z małych samolotów zdarzyła się próba ataku terrorystycznego. Niedoszły sprawca nie był Tybetańczykiem, ale to nikomu nie przeszkodziło wprowadzić absurdalnych przepisów.

Zależność biednego Nepalu od potężnego chińskiego sąsiada z roku na rok rośnie. Tybetańczycy wiedzą, że nie ma tu już dla nich żadnych perspektyw. Pustoszeją osiedla wokół Pokhary, niewielu Tybetańczyków pozostało już u podnóży Mount Everestu, choć region ten tak bardzo przypomina ich ojczyznę. Jakiekolwiek perspektywy daje jeszcze stolica Nepalu, choć za cenę ciągłej walki z urzędniczym bałaganem. „Nie jesteśmy uchodźcami, urodziliśmy się już tutaj. Nie jesteśmy Nepalczykami, nie mamy obywatelstwa. Jesteśmy bezpaństwowcami” – mówi z goryczą Tashi. Kto może opuszcza kraj, który nie stał się dla uchodźców bezpiecznym schronieniem.


Tekst: Paulina Anna Wojciechowska, zdjęcia: Marta Zdzieborska
www.tybetanczycywnepalu.pl

1 grudnia 2010

Tybet o jedną granicę za daleko

Zdjęcia i tekst: Marta Zdzieborska
W Tashi Palkhiel- tybetańskim osiedlu w Nepalu, rytm życia wyznacza młynek modlitewny, którym Lakpa dzielnie kręci przez cały dzień. Naprzeciwko pod sklepem siedzi mnich, i dwóch staruszków mruczących Om mani Padme Hum. Czasem niespiesznym krokiem przez ”centrum” miasta przejdzie się owca. Nie dzieje się tu prawie nic.

Tashi Palkhiel to jedno z kilku osiedli tybetańskich, utworzonych w Nepalu na początku lat 60. ubiegłego stulecia, po tym jak fala uchodźców tybetańskich uciekła z okupowanego przez Chińczyków Tybetu. Po powstaniu antychińskim w Lhasie w 1959 roku, tysiące Tybetańczyków w ślad za swoim duchowym przywódcą Dalajlamą zdecydowało się na emigrację. Większość osiedliła się wówczas w Indiach, część jednak zatrzymała się w Nepalu, gdzie do dzisiaj żyje na uchodźstwie. W Tashi Palkhiel, mieszka nieco ponad 700 osób. Niegdyś było ich tysiąc, wiele rodzin jednak wyjechało za granicę. Dziś spotkać można tutaj głównie staruszków i młodych ludzi, którym nie udało się jeszcze wyemigrować. Lakpa przyjechał do Nepalu w 1989 roku. Wcześniej przez kilkanaście lat służył w indyjskiej armii. Dziś bezrobotny spędza całe dnie przed swoim sklepem z pamiątkami. Czas upływa mu na modlitwie i rozmowie z sąsiadami. Ma na utrzymaniu dwudziestoletnią córkę, a interes idzie kiepsko. Jedyną nadzieją są turyści, którzy przyjeżdżają tutaj z niedalekiej Pokhary.

Jak tu spokojnie, niekomercyjnie. W miejscowym klasztorze przy śpiewie mnichów łatwo odpłynąć i wpaść w religijną ekstazę. Przyjezdnych, nie znających specyfiki tej osady, nie zastanowią spazmatyczne nawoływania handlarzy pamiątkami. Wzdłuż drogi do świątyni stoi rząd Tybetańczyków usilnie próbujących sprzedać wyrabianą ręcznie biżuterię. To ich jedyny dochód. W tym liczącym prawie 50 lat osiedlu straszy bezrobocie. Zarówno starszym Tybetańczykom, jak i tym młodym, dobrze wykształconym pozostało wyrabianie koralików i czekanie na lepsze jutro. Jeszcze 20 lat wcześniej ludziom żyło się tutaj o wiele lepiej. Podupadająca obecnie fabryka dywanów, wówczas nie nadążała z zamówieniami. Tybetańczycy, znani ze smykałki do pięknego rękodzielnictwa, kontrolowali cały rynek dywanów w Nepalu. Hossa skończyła się, gdy na początku lat 90. kraj ogarnął kryzys gospodarczy. W Tashi Palkhiel do dziś można odczuć jego skutki. Mieszkańców od zawsze wspomagały zachodnie organizacje. To boisko zostało ufundowane przez organizację z Austrii, budować szkołę pomogli Anglicy. Osada, podobnie jak inne rozsiane po całym Nepalu, powstała w latach 60. we współpracy z rządem szwajcarskim. Obecnie dofinansowanie z zagranicy skierowane jest przede wszystkim do dzieci i młodzieży, które dzięki temu mogą uczyć się w szkole. Każde z nich tak jak osiemnastoletnia Tashi czy jej dwa lata młodsza siostra Ngawang ma swojego opiekuna, który do 22 roku życia opłaca ich edukację. –Tashi wybrałaś już college? Gdzie będziesz studiowała?- pytam się.- Muszę porozmawiać o tym z moją „matką chrzestną” - odpowiada. Ich los w dużym stopniu zależy od hojności donatorów z Zachodu. Gdy pomoc nagle ustanie, wiele osób nie może kontynuować nauki.


PROSZĘ TYLKO SPÓJRZ


Takimi słowami próbują zaczepić turystów Tybetanki z Tashi Palkhiel. Uśmiechem zachęcają do przystanięcia przy ich stoisku. Większość przyjeżdżających tu osób zrobiło już zakupy w Pokharze i nie ma ochoty kupować kolejnych błyskotek. Dlatego też wiele kobiet decyduje się na handel w tzw. Lakeside, turystycznej dzielnicy Pokhary, położonej nad malowniczym jeziorem Pewa Tal. Z wypchanymi biżuterią plecakami spacerują cały dzień po mieście w nadziei, że ktoś kupi od nich pamiątkę. Gdy ktoś się w końcu zatrzyma, zaczynają proces odwijania kolorowych tobołków kryjących w sobie niezliczone mandale i wisiorki, które widać, że już od dłuższego czasu czekają na właściciela. Pokazać swój kramik trzeba szybko. Klient może się znudzić czekaniem i odejść. Co gorsze, może też przyjść policja, która szybko odgoni nielegalnie sprzedające handlarki. Na granicy z prawem działają także młodzi Tybetańczycy, którzy próbują zarobić jako przewodnik górski i tragarz. W świetle przepisów zawód ten mogą wykonywać tylko osoby mające nepalskie obywatelstwo. Takich ograniczeń jest więcej. Założyć biznes, sprzedać ziemię czy kupić nieruchomość też mają prawo tylko Nepalczycy. Uchodźcy tybetańscy żyjący w Nepalu traktowani są jak ludność drugiej kategorii. Wielu z nich nie posiada nawet tzw. RC czyli dokumentu tożsamości wydawanego niegdyś przez nepalskie ministerstwo spraw wewnętrznych. To już historia, bo od 1991 roku bez uzasadnienia zaprzestano ich emisji. Zarówno ci Tybetańczycy którzy wówczas byli niepełnoletni i nie mogli się starać o dokument, jak i ci którzy przyjechali do Nepalu później, przebywają w tym kraju nielegalnie.

Z biegiem lat, uchodźców bez papierów będzie przybywać. Dzieci pierwszego pokolenia Tybetańczyków, którzy uciekli do Nepalu, wpisane są do dokumentu rodziców. Po śmierci opiekunów, ustanie ich legalny pobyt. Na nowe RC nie mają bowiem szans.


SIEDŹ CICHO


Mówi się żartobliwie, że Nepal to hamburger, który zjedzą Indie lub Chiny. Wszystko wskazuje na to, że to Państwo Środka co raz odważniej sięga po swoją część. Zaprzestanie wydawania RC, ograniczanie zgromadzeń Tybetańczyków i demonstracji to wynik zwiększającej się kontroli, jaką Pekin sprawuje nad Nepalem. W 2008 roku, gdy antychińskie protesty wstrząsnęły całym światem, do Katmandu zjechali się Tybetańczycy z całego kraju. Przez kilka dni okupowali centrum miasta. Policja zamykała ich na kilka godzin w areszcie, ci jednak po wypuszczeniu znów wracali na ulice. O masowej skali protestów w Nepalu słyszał wtedy cały świat. Niewiele osób wie, że od tamtego czasu nastała tutaj wielka cisza. Aktywne do tej pory organizacje tybetańskie jak np. Tibetan Youth Congress, które zrzeszały niepokornych i wściekłych na Chiny Tybetańczyków, dziś siedzą cicho. W strachu przed represjami, organizują spotkania i odczyty, jednak nie podniosą, jak dotychczas, wysoko pięści z okrzykiem Rangzen (niepodległość). Nepalska policja czuwa, aby 10 marca(rocznica powstania antychińskiego w Lhasie w 1959) w urodziny Dalajlamy lub podczas innych świąt tybetańskich nie doszło do masowych wystąpień. Na ulicach Katmandu pojawiają się wówczas dodatkowe patrole policji, które zatrzymują Tybetańczyków zmierzających do miejsca obchodów. Do apogeum interwencji w sprawy tybetańskie doszło podczas październikowych prawyborów do parlamentu na uchodźstwie i na premiera. Wówczas policja wtargnęła do dwóch lokali wyborczych w Katmandu i skonfiskowała 18 z 25 urn, zawierających ponad tysiąc oddanych głosów. Szanse na ich odzyskanie są nikłe. Wszystko wskazuje na to, że druga tura wyborów na uchodźstwie planowana na marzec 2011 roku odbędzie się z wykluczeniem Nepalu( w wyborach do parlamentu w Dharamsali w Indiach mogą głosować uchodźcy tybetańscy na całym świecie).



W Tashi Palkhiel dzień wyborczy odbył się bez większych problemów. Rutynowo przyjechała policja. Nie ma demonstracji, owca siedzi tam gdzie wcześniej. Jedynie przed miejscową świetlicą ustawiła się kolejka Tybetańczyków chcących oddać swój głos. Choć w ten sposób chcą mieć wpływ na losy Tybetu. Nepal powoli zaczyna pozbawiać ich jednak i tego prawa.




Jesienią 2010 roku autorka współrealizowała projekt poświęcony sytuacji uchodźców tybetańskich w Nepalu. Celem badań było poznanie sytuacji społecznej, ekonomicznej i politycznej mieszkających tam Tybetańczyków. Po fali protestów antychińskich, jaka wstrząsnęła Nepalem w 2008 roku, stopień swobody zrzeszania się i działania uchodźców tybetańskich został wyraźnie ograniczony. Co raz bardziej zauważalny jest wpływ Chin na politykę Nepalu wobec tej grupy.