Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Zdzieborska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Zdzieborska. Pokaż wszystkie posty

16 marca 2011

Nepalska policja po raz drugi skonfiskowała urny wyborcze wśród jednej z tybetańskich społeczności w Katmandu

Tekst komentarza, tłumaczenie raportu: Marta Zdzieborska

Lama pobity w Katmandu 10 marca 2011 (Zdjęcia: ICT).
W ciągu ostatnich dwóch lat, począwszy od antychińskich demonstracji na ulicach Katmandu, gdy tysiące Tybetańczyków wyrażało swój protest przeciwko olimpiadzie w Pekinie, możemy zaobserwować zaostrzenie polityki wobec mieszkającej w Nepalu społeczności tybetańskiej. Wówczas do aresztu trafiło kilkaset osób, niektórzy zostali brutalnie pobici. Niegdyś, choć marginalizowani społecznie i ekonomicznie, Tybetańczycy mieli prawo do wyrażania swoich opinii politycznych. Co roku, 10 marca, z okazji powstania antychińskiego w Lhasie w 1959 roku, w Katmandu czy mniejszych ośrodkach społeczności tybetańskiej jak Pokhara, na ulicach można było zobaczyć dziesiątki, a nawet setki Tybetańczyków z flagami narodowymi i hasłami Ratuj Tybet na ustach. Z kolei obchody urodzin Dalajlamy były szansą na spotkanie się sąsiadów z pobliskich osiedli tybetańskich, którzy wspólnie świętowali ten dzień. Obecnie, każda uroczystość tybetańska odbywa się w „towarzystwie” patroli nepalskiej policji, która czuwa nad „spokojnym” przebiegiem uroczystości. Szczególnie jest to widoczne na ulicach Katmandu. Tybetańczycy, chcący przedostać się do krewnych w innej dzielnicy miasta, zawracani są przez policję. Jedynym sposobem na dotarcie do rodziny jest pozostawienie tradycyjnego stroju w domu i przywdzianie zwykłych, nie wzbudzających podejrzeń ubrań.

Nepal jako małe państwo wciśnięte między dwóch gigantów – Chiny i Indie, od wieków pozostawał pod mniejszym lub większym wpływem sąsiadów. Nasilona ingerencja Chin w sprawy Nepalu zaczęła mieć miejsce wraz z pogarszającą się w latach 90. sytuacją wewnętrzną w tym kraju. Jednym z wyraźnych przykładów wywierania presji Pekinu na Katmandu, było zaprzestanie w 1999 roku wydawania tzw. Refugee Card (RC). Tym samym nieletni wówczas Tybetańczycy i nowo przybyli do Nepalu uchodźcy znaleźli się na marginesie prawa. Bez dokumentu tożsamości nie mogą swobodnie przemieszczać się po Nepalu, założyć konta bankowego czy wyrobić prawa jazdy. Przebywając tu nielegalnie, stanowią łatwy łup dla nepalskiej policji, która w każdej sytuacji stara się od nich wymusić łapówkę za „przymknięcie” oka na ich bezpaństwowość.

Do 2008 roku wielu Tybetańczyków, choć nie posiadało dokumentu tożsamości, mogło swobodnie kultywować swoje zwyczaje. Niezrażeni brakiem RC, kolejni uciekinierzy z Tybetu kierowali się do Nepalu w nadziei na życie bez represji. Jeszcze trzy lata temu Reception Centre w Katmandu, czyli ośrodek dla nowo przybyłych uchodźców, pękał w szwach. Z braku miejsc w salach, wiele osób koczowało na korytarzu. Co tydzień do Indii wysyłano szczelnie wypełnione autokary. Dziś na skutek zwiększonej kontroli granicy chińsko – nepalskiej, co raz mniej osób ma szansę na ucieczkę. Nieliczni szczęściarze po dotarciu do Katmandu, snują się po pustym Reception Centre w oczekiwaniu na transport do Indii. Wygląda na to, iż Chińczykom udało się skutecznie ukrócić nieprzerwaną, na przestrzeni ostatnich lat, falę uchodźców. Dwukrotna konfiskata urn wyborczych pokazuje jednak, że Pekin nie chce ograniczać się jedynie do kontroli Tybetańczyków żyjących na terytorium Państwa Środka. Kolejnym etapem ma być ukrócenie tendencji antychińskich poza granicami kraju. Akcje nepalskiej policji, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich kilku miesięcy są tego zapowiedzią. Chiny, świadome swojej pozycji na arenie międzynarodowej, wiedzą, że żadnemu z mocarstw światowych nie opłaca się z nimi zadzierać. Świadczy o tym chociażby fakt, że do konfiskaty urn wyborczych w głosowaniu na przedstawicieli Chushi Gangdruk, doszło podczas wizyty Marii Otero w Katmandu. Choć amerykańska podsekretarz stanu podczas wizyty wyraziła swoje poparcie dla Tybetańczyków, nie skomentowała ataku policji na tybetański lokal wyborczy. Uchodźcy tybetańscy po raz kolejny zatem usłyszeli, że świat o nich pamięta. Gdy skonfiskowano urny wyborcze w pierwszej turze głosowania do rządu tybetańskiego na uchodźstwie, sprzeciw Tybetańczyków poparło kilka organizacji pozarządowych, w tym także amerykańskie. Podpisano list protestacyjny, o zwrocie urn wyborczych nie było jednak mowy. Podczas zbliżającej się drugiej tury wyborów, 20 marca, niestety również może dojść do powtórzenia tej samej sytuacji. Ten fakt boli tym bardziej, że tegoroczne wybory mają kluczowe znaczenie dla polityki tybetańskiej w najbliższych latach. To od tego, kto zastąpi konserwatywnego Rinpochego, będzie zależało stanowisko rządu tybetańskiego wobec Chin.

Atak nepalskiej policji na Tybetańczyków w Katmandu w rocznicę 10 marca 2011
(Zdjęcia: ICT).







Raport Międzynarodowej Kampanii na Rzecz Tybetu (ICT),
16 lutego 2011


13 lutego 2011 roku, nepalska policja przerwała wybory na przywódcę lokalnej społeczności tybetańskiej Chushi Gangdruk w Katmandu. Akcja tamtejszej policji była przykładem aktywnej polityki władz Nepalu przeciwko „anty-chińskim” wystąpieniom społeczności tybetańskiej na terenie kraju. Do incydentu doszło podczas wizyty w Katmandu, amerykańskiej podsekretarz stanu ds. demokracji i spraw globalnych – Marii Otero, pełniącej również funkcję specjalnego koordynatora ds. tybetańskich. Otero na spotkaniu z nepalskimi przedstawicielami, podkreśliła wsparcie rządu Stanów Zjednoczonych dla bezpieczeństwa i dobrobytu uchodźców tybetańskich w Nepalu (zobacz raport ICT, 'High-level U.S. visit shows commitment to Tibetan refugee issues in Nepal').

Grupa społeczności tybetańskiej, Chushi Gangdruk, zajmuje się opieką nad weteranami tybetańskiego ruchu oporu, którzy walczyli w latach 1958 – 1974 przeciwko Chińskiej Armii Wyzwolenia.

Według źródeł ICT, w Katmandu w niedzielę 13 lutego, nepalska policja zorganizowała obławę na lokale wyborcze w trzech dzielnicach miasta - Swoyambhu, Jawalakhel i Boudha gdzie wybierano przywódcę Chushi Gangdruk. Członkowie organizacji przeprowadzający wybory od kilku dekad, zawsze działali z dyskrecją, po to by nie narazić się nepalskim władzom.

Miejscowa policja w Boudha, obserwująca rozpoczęcie głosowania o 9 rano, nie zgłosiła żadnych sprzeciwów. Dopiero godzinę później, do patrolujących dołączyły nowe oddziały uzbrojonych policjantów; pojawił się także wóz przygotowany dla ewentualnych aresztantów.

Członek komitetu wyborczego Chushi Gangdruk, zapytany o wyjaśnienie celu zgromadzenia, odpowiedział: „Wybieramy przedstawicieli naszej lokalnej społeczności, po to by koordynowali pomocą dla chorych członków organizacji i organizowali pochówek dla umarłych. Pomagamy biednym i bezdomnych ludziom, dbamy o czystość ulic i środowisko w naszej społeczności. Jesteśmy uchodźcami i nie mamy władz, które mogłyby o nas zadbać. Jedynie członkowie naszej organizacji mogą to nam zapewnić. Dzisiaj jesteśmy tutaj po to, by wybrać naszych przedstawicieli w demokratyczny sposób.”

Oficer policji biorący udział w obławie powiedział członkom Chushi Gangdruk, że uchodźcom tybetańskim nie wolno organizować wyborów, a akcja policji została zlecona przez naczelnika dzielnicy.

Oficerowie policji skonfiskowali urnę wyborczą, uniemożliwiając członkom społeczności kontynuowanie głosowania. Na pytanie o szanse na odzyskanie urn, jeden z policjantów odpowiedział, że podobnie jak urny skonfiskowane w zeszłym roku (podczas prawyborów do rządu na uchodźstwie w Dharamsali – przyp. red.), pozostaną one u nepalskich władz.

By nie dopuścić do wznowienia głosowania, policja nadzorowała lokal wyborczy w Boudha do 17.30. W dwóch pozostałych dzielnicach - Swoyambhu i Jawalakhel, głosowanie zakończyło się o 10.30, zanim zdążyła przyjechać policja.

Kilka miesięcy wcześniej - 3 października ub.r, podczas wyborów do tybetańskiego rządu na uchodźstwie w Dharmasali w Indiach, nepalska policja skonfiskowała w urny i zamknęła lokale wyborcze w Katmandu. (zobacz ICT report, 'Nepalese police seize ballot boxes from Tibetan exile election').

Władze Nepalu, tłumacząc swoje działania ograniczające wolność społeczności tybetańskiej, często powołują się na “ politykę jednych Chin”. Zakłócenie wyborów organizacji Chushi Gandruk, czy utrudnianie obchodów tybetańskich świąt takich jak np. urodziny Dalajlamy to jedne z licznych przykładów działań skierowanych przeciwko Tybetańczykom. Wielu uchodźców uważa, że nepalskie władze działają na żądanie rządu w Pekinie. Agresywna antytybetańska polityka Chin w połączeniu z nasileniem się akcji nepalskiej policji, przyczynia się do powstania atmosfery strachu i braku poczucia bezpieczeństwa wśród mieszkających w Nepalu Tybetańczyków.

Na legalny status mieszkańca Nepalu, mogą liczyć jedynie uchodźcy tybetańscy, którzy przybyli do tego kraju przed 1989 rokiem. Tym samym, prawa społeczne, ekonomiczne polityczne i obywatelskie tej społeczności są w poważny sposób ograniczone. Zapytany przez ICT, Tybetańczyk mieszkający w Katmandu, odpowiedział: „Tybetańczycy czują się niewidzialni, tak jakbyśmy nie mieli prawa istnieć.” (zobacz report ICT, 'A fragile welcome: China's influence on Nepal and its impact on Tibetans').



1 grudnia 2010

Tybet o jedną granicę za daleko

Zdjęcia i tekst: Marta Zdzieborska
W Tashi Palkhiel- tybetańskim osiedlu w Nepalu, rytm życia wyznacza młynek modlitewny, którym Lakpa dzielnie kręci przez cały dzień. Naprzeciwko pod sklepem siedzi mnich, i dwóch staruszków mruczących Om mani Padme Hum. Czasem niespiesznym krokiem przez ”centrum” miasta przejdzie się owca. Nie dzieje się tu prawie nic.

Tashi Palkhiel to jedno z kilku osiedli tybetańskich, utworzonych w Nepalu na początku lat 60. ubiegłego stulecia, po tym jak fala uchodźców tybetańskich uciekła z okupowanego przez Chińczyków Tybetu. Po powstaniu antychińskim w Lhasie w 1959 roku, tysiące Tybetańczyków w ślad za swoim duchowym przywódcą Dalajlamą zdecydowało się na emigrację. Większość osiedliła się wówczas w Indiach, część jednak zatrzymała się w Nepalu, gdzie do dzisiaj żyje na uchodźstwie. W Tashi Palkhiel, mieszka nieco ponad 700 osób. Niegdyś było ich tysiąc, wiele rodzin jednak wyjechało za granicę. Dziś spotkać można tutaj głównie staruszków i młodych ludzi, którym nie udało się jeszcze wyemigrować. Lakpa przyjechał do Nepalu w 1989 roku. Wcześniej przez kilkanaście lat służył w indyjskiej armii. Dziś bezrobotny spędza całe dnie przed swoim sklepem z pamiątkami. Czas upływa mu na modlitwie i rozmowie z sąsiadami. Ma na utrzymaniu dwudziestoletnią córkę, a interes idzie kiepsko. Jedyną nadzieją są turyści, którzy przyjeżdżają tutaj z niedalekiej Pokhary.

Jak tu spokojnie, niekomercyjnie. W miejscowym klasztorze przy śpiewie mnichów łatwo odpłynąć i wpaść w religijną ekstazę. Przyjezdnych, nie znających specyfiki tej osady, nie zastanowią spazmatyczne nawoływania handlarzy pamiątkami. Wzdłuż drogi do świątyni stoi rząd Tybetańczyków usilnie próbujących sprzedać wyrabianą ręcznie biżuterię. To ich jedyny dochód. W tym liczącym prawie 50 lat osiedlu straszy bezrobocie. Zarówno starszym Tybetańczykom, jak i tym młodym, dobrze wykształconym pozostało wyrabianie koralików i czekanie na lepsze jutro. Jeszcze 20 lat wcześniej ludziom żyło się tutaj o wiele lepiej. Podupadająca obecnie fabryka dywanów, wówczas nie nadążała z zamówieniami. Tybetańczycy, znani ze smykałki do pięknego rękodzielnictwa, kontrolowali cały rynek dywanów w Nepalu. Hossa skończyła się, gdy na początku lat 90. kraj ogarnął kryzys gospodarczy. W Tashi Palkhiel do dziś można odczuć jego skutki. Mieszkańców od zawsze wspomagały zachodnie organizacje. To boisko zostało ufundowane przez organizację z Austrii, budować szkołę pomogli Anglicy. Osada, podobnie jak inne rozsiane po całym Nepalu, powstała w latach 60. we współpracy z rządem szwajcarskim. Obecnie dofinansowanie z zagranicy skierowane jest przede wszystkim do dzieci i młodzieży, które dzięki temu mogą uczyć się w szkole. Każde z nich tak jak osiemnastoletnia Tashi czy jej dwa lata młodsza siostra Ngawang ma swojego opiekuna, który do 22 roku życia opłaca ich edukację. –Tashi wybrałaś już college? Gdzie będziesz studiowała?- pytam się.- Muszę porozmawiać o tym z moją „matką chrzestną” - odpowiada. Ich los w dużym stopniu zależy od hojności donatorów z Zachodu. Gdy pomoc nagle ustanie, wiele osób nie może kontynuować nauki.


PROSZĘ TYLKO SPÓJRZ


Takimi słowami próbują zaczepić turystów Tybetanki z Tashi Palkhiel. Uśmiechem zachęcają do przystanięcia przy ich stoisku. Większość przyjeżdżających tu osób zrobiło już zakupy w Pokharze i nie ma ochoty kupować kolejnych błyskotek. Dlatego też wiele kobiet decyduje się na handel w tzw. Lakeside, turystycznej dzielnicy Pokhary, położonej nad malowniczym jeziorem Pewa Tal. Z wypchanymi biżuterią plecakami spacerują cały dzień po mieście w nadziei, że ktoś kupi od nich pamiątkę. Gdy ktoś się w końcu zatrzyma, zaczynają proces odwijania kolorowych tobołków kryjących w sobie niezliczone mandale i wisiorki, które widać, że już od dłuższego czasu czekają na właściciela. Pokazać swój kramik trzeba szybko. Klient może się znudzić czekaniem i odejść. Co gorsze, może też przyjść policja, która szybko odgoni nielegalnie sprzedające handlarki. Na granicy z prawem działają także młodzi Tybetańczycy, którzy próbują zarobić jako przewodnik górski i tragarz. W świetle przepisów zawód ten mogą wykonywać tylko osoby mające nepalskie obywatelstwo. Takich ograniczeń jest więcej. Założyć biznes, sprzedać ziemię czy kupić nieruchomość też mają prawo tylko Nepalczycy. Uchodźcy tybetańscy żyjący w Nepalu traktowani są jak ludność drugiej kategorii. Wielu z nich nie posiada nawet tzw. RC czyli dokumentu tożsamości wydawanego niegdyś przez nepalskie ministerstwo spraw wewnętrznych. To już historia, bo od 1991 roku bez uzasadnienia zaprzestano ich emisji. Zarówno ci Tybetańczycy którzy wówczas byli niepełnoletni i nie mogli się starać o dokument, jak i ci którzy przyjechali do Nepalu później, przebywają w tym kraju nielegalnie.

Z biegiem lat, uchodźców bez papierów będzie przybywać. Dzieci pierwszego pokolenia Tybetańczyków, którzy uciekli do Nepalu, wpisane są do dokumentu rodziców. Po śmierci opiekunów, ustanie ich legalny pobyt. Na nowe RC nie mają bowiem szans.


SIEDŹ CICHO


Mówi się żartobliwie, że Nepal to hamburger, który zjedzą Indie lub Chiny. Wszystko wskazuje na to, że to Państwo Środka co raz odważniej sięga po swoją część. Zaprzestanie wydawania RC, ograniczanie zgromadzeń Tybetańczyków i demonstracji to wynik zwiększającej się kontroli, jaką Pekin sprawuje nad Nepalem. W 2008 roku, gdy antychińskie protesty wstrząsnęły całym światem, do Katmandu zjechali się Tybetańczycy z całego kraju. Przez kilka dni okupowali centrum miasta. Policja zamykała ich na kilka godzin w areszcie, ci jednak po wypuszczeniu znów wracali na ulice. O masowej skali protestów w Nepalu słyszał wtedy cały świat. Niewiele osób wie, że od tamtego czasu nastała tutaj wielka cisza. Aktywne do tej pory organizacje tybetańskie jak np. Tibetan Youth Congress, które zrzeszały niepokornych i wściekłych na Chiny Tybetańczyków, dziś siedzą cicho. W strachu przed represjami, organizują spotkania i odczyty, jednak nie podniosą, jak dotychczas, wysoko pięści z okrzykiem Rangzen (niepodległość). Nepalska policja czuwa, aby 10 marca(rocznica powstania antychińskiego w Lhasie w 1959) w urodziny Dalajlamy lub podczas innych świąt tybetańskich nie doszło do masowych wystąpień. Na ulicach Katmandu pojawiają się wówczas dodatkowe patrole policji, które zatrzymują Tybetańczyków zmierzających do miejsca obchodów. Do apogeum interwencji w sprawy tybetańskie doszło podczas październikowych prawyborów do parlamentu na uchodźstwie i na premiera. Wówczas policja wtargnęła do dwóch lokali wyborczych w Katmandu i skonfiskowała 18 z 25 urn, zawierających ponad tysiąc oddanych głosów. Szanse na ich odzyskanie są nikłe. Wszystko wskazuje na to, że druga tura wyborów na uchodźstwie planowana na marzec 2011 roku odbędzie się z wykluczeniem Nepalu( w wyborach do parlamentu w Dharamsali w Indiach mogą głosować uchodźcy tybetańscy na całym świecie).



W Tashi Palkhiel dzień wyborczy odbył się bez większych problemów. Rutynowo przyjechała policja. Nie ma demonstracji, owca siedzi tam gdzie wcześniej. Jedynie przed miejscową świetlicą ustawiła się kolejka Tybetańczyków chcących oddać swój głos. Choć w ten sposób chcą mieć wpływ na losy Tybetu. Nepal powoli zaczyna pozbawiać ich jednak i tego prawa.




Jesienią 2010 roku autorka współrealizowała projekt poświęcony sytuacji uchodźców tybetańskich w Nepalu. Celem badań było poznanie sytuacji społecznej, ekonomicznej i politycznej mieszkających tam Tybetańczyków. Po fali protestów antychińskich, jaka wstrząsnęła Nepalem w 2008 roku, stopień swobody zrzeszania się i działania uchodźców tybetańskich został wyraźnie ograniczony. Co raz bardziej zauważalny jest wpływ Chin na politykę Nepalu wobec tej grupy.

20 czerwca 2010

Mały Tybet w Indiach

Marta Zdzieborska

Tekst opublikowany wcześniej w Internecie (refugee.pl)


Latem 2009 roku autorka współrealizowała projekt poświęcony sytuacji mniejszości tybetańskiej w północnych Indiach. Celem badań było poznanie stopnia zachowania rodzimej kultury i języka oraz sytuacji społecznej i politycznej uchodźców tybetańskich.

W indyjskich Himalajach uciekinierzy z Tybetu stworzyli namiastkę swojego kraju. W takich ośrodkach jak Dharamsala, stanowią dużą społeczność, której łatwiej zachować tradycję.

Choć poziom wykształcenia Tybetańczyków na uchodźstwie uległ zdecydowanej poprawie, a w samej Dharamsali działają prężnie dwie szkoły tybetańskie, młodym osobom nadal trudno w Indiach znaleźć pracę. Wielu z nich próbuje swoich sił w handlu i usługach, inni tradycyjnym rzemiośle tybetańskim. Pomimo trudności socjalnych, z jakimi niekiedy borykają się Tybetańczycy w Indiach, należy uznać ich poziom życia za dobry. Mieszkający tu uchodźcy mają prawo do wyrażania swoich poglądów politycznych i brania udziału w demonstracjach przeciwko okupacji chińskiej w Tybecie. Prawo protestu to zdecydowanie więcej, niż to co mają ich rodacy żyjący w Nepalu.

Autorka wraz z koleżanką Pauliną Wojciechowską jesienią 2010 roku tym razem trafi do kraju Najwyższych Gór Świata. Celem badań będzie sytuacji i politycznej i społecznej Tybetańczyków w Nepalu, gdzie dwa lata temu, przed igrzyskami olimpijskimi w Pekinie, brutalnie stłumiono demonstracje antychińskie.

Oto tekst przybliżający efekty badań.




Na szkolnej scenie dzieci ubrane w tradycyjne tybetańskie stroje śpiewają pieśni o wolności. W tle wymalowany pałac Potali w Lhasie, będący tradycyjną siedzibą władców. Na czas występów Tybetańczycy mogą przez chwilę pomarzyć o powrocie do ojczyzny. Na uchodźstwie w Indiach żyją już od pięćdziesięciu lat.

Raz do roku z okazji urodzin Dalajlamy w szkołach tybetańskich odbywa się konkurs śpiewu i tańca. Młodzież podzielona na grupy według trzech regionów Tybetu: Amdo, Kham i U’tsang prezentuje swoje umiejętności. Występy nie są tylko konkursem, ale także okazją do głoszenia prawdy o Tybecie. Na scenie stoi zdjęcie Dalajlamy oraz flaga tybetańska.

Po nieudanym powstaniu antychińskim w 1959 roku, Dalajlama zmuszony był uciekać do Indii, a za nim podążyło około 80 tys. rodaków. Dziś na subkontynencie żyją trzy pokolenia. Najstarsi, którzy pamiętają czasy jeszcze sprzed agresji chińskiej, ich dzieci oraz wnuczkowie, którzy nigdy nie widzieli swojej ojczyzny. Łączy ich determinacja, aby zachować własną kulturę i język oraz nadzieja, że kiedyś uda im się wrócić do Tybetu.

Największe skupisko Tybetańczyków mieszka w położonej w Himalajach – Dharamsali. Przebywa tutaj Dalajlama oraz mieści siedziba tybetańskiego rządu na uchodźstwie. Regularnie do tutejszego ośrodka dla uchodźców trafiają kilkudziesięcioosobowe grupy nowo przybyłych do Indii Tybetańczyków. Po okresie aklimatyzacji wysyłani są do jednego z osiedli tybetańskich rozsianych po subkontynencie. Dzieci trafiają do szkół tybetańskich, mnisi do klasztorów. Reszta próbuje znaleźć pracę w handlu, restauracjach czy hotelach. Niektórzy zajmują się rzemiosłem – malują thangki czyli tzw. tradycyjne obrazki religijne lub rzeźbią w drewnie.

Duża część uchodźców decyduje się na osiedlenie się w Dharamsali. Dzieje się tak nie tylko ze względu na mieszkającego tu Dalajlamę. W miasteczku znajduje się wiele świątyń i klasztorów buddyjskich, działają szkoły tybetańskie oraz instytucje wspierające rodzimą kulturę. Wszystko to sprawia, iż Dharamsala stanowi dla Tybetańczyków namiastkę ojczyzny.

SONAM DOLMA

Sonam Dolma ma 74 lata. Pamięta jeszcze czasy, gdy Chińczycy byli nawet dobrzy. Gdy wkroczyli do Tybetu z początkiem lat pięćdziesiątych, zajęli się rozbudową infrastruktury i nie ingerowali zbytnio w życie polityczne. Z czasem jednak zaczęli szykanować Dalajlamę oraz tybetański rząd. Zwykłym ludziom też żyło się coraz gorzej – Chińczycy pogłębiając swoją obecność na „dachu świata” nałożyli na biednych chłopów wysokie podatki, kazali uprawiać określony rodzaj roślin. Pod koniec lat pięćdziesiątych umarł ojciec Sonam, a matkę oraz resztę rodziny aresztowali Chińczycy za udział w demonstracjach. Kiedy w 1959 roku, Dalajlama uciekł do Indii, Sonam Dolma również pomyślała o wyjeździe. Po kilku dniach drogi przez ośnieżone przełęcze Himalajów udało się jej i mężowi dotrzeć do Indii. Otrzymali małą działkę na południu kraju, gdzie rząd indyjski przeznaczył dla nowo przybyłych uchodźców wielkie połacie ziemi. Tybetańczycy to lud typowo rolniczy – przed agresją chińską zdecydowana większość społeczeństwa żyła z uprawy. Przyzwyczajeni do surowego górskiego klimatu, nagle znaleźli się wśród rozłożystych drzew bananowca, ze średnią temperaturą w ciągu roku sięgającą 20 stopni Celsjusza. – Na początkowo było bardzo trudno. Wkrótce po przyjeździe umarł mój mąż, a ja zostałam sama z małym synkiem – wspomina. Ale i tak było mi lepiej niż w Tybecie – wzdycha. Teraz będąc na emeryturze może odpocząć. Przeprowadziła się do syna mieszkającego w Dharamsali. – W końcu klimat podobny do tego w Tybecie – cieszy się. I tak blisko Dalajlamy – dodaje. Tybetańczycy, a w szczególności Ci starsi, darzą swojego duchowego i politycznego przywódca wielkim szacunkiem.
– Sonam, gdyby Tybet uzyskał prawdziwą autonomię, wróciłabyś? – pytam. – Ja już za stara jestem na przeprawę przez Himalaje – odpowiada po chwili zastanowienia. – Ale jakbyś dostała bilet lotniczy? – A to tak, tak – reaguje ochoczo. Natychmiast pojawia się figlarny błysk w oku.

NORBU

Poznaję go w jednej ze szkół tybetańskich w Dharamsali, podczas konkursu z okazji urodzin Dalajlamy. Zna na pamięć tekst wszystkich pieśni. Nucąc pod nosem mówi podekscytowany: – Patrz, to jest tradycyjny strój ludu z Kham, a to z Amdo. – Byłeś kiedyś w Tybecie? – pytam. – Nigdy. Znam go tylko z opowieści moich rodziców. – odpowiada. Do Indii uciekli w latach sześćdziesiątych. Mały Norbu został posłany do jednej ze szkół tybetańskich. Mógł się kształcić dzięki pomocy, utworzonej z inicjatywy Dalajlamy, organizacji – Tybetańskie Wioski Dziecięce. Zwana w skrócie TCV oprócz pomocy sierotom organizuje się pomoc finansową dla uczniów, których rodziny nie mogą sobie pozwolić na opłatę szkoły. W tym celu stara się o stypendium dla każdego dziecka poprzez licznego rodzaju międzynarodowe organizacje pozarządowe oraz prywatnych darczyńców.

Norbu ma 38 lat. Żyje w Dehradun, na północy Indii. Do Dharamsali przyjechał odwiedzić rodzinę. Na pokaz tańca zabrał swoich dwóch hinduskich przyjaciół. – W większych miastach, gdzie społeczność tybetańska jest bardziej rozproszona, Tybetańczycy wchodzą w bliższe relacje z Hindusami – tłumaczy. Moi rodzice i kuzyni mieszkający w Dharamsali obracają się tylko wśród swoich – dodaje. A hinduską kuchnię lubisz? – O nie, nie. Za ostra. To jest jedyny problem towarzyski – śmieje się.

Norbu podobnie jak zdecydowana większość Tybetańczyków popiera promowaną przez Dalajlamę tzw. Drogę Środka, czyli postulat uzyskania realnej autonomii w ramach państwa chińskiego. – A nie marzy Ci się wolność? – pytam. – To byłoby najlepsze, ale w obliczu przewagi chińskiej nie mamy szans. Pekinowi zależy na tym, żebyśmy chwycili za broń, wtedy mogliby nazwać nas terrorystami. Dalajlama to wie, i dlatego głosi pokojową politykę.– tłumaczy. Z jego koncepcją nie zgadzają się jednak organizacje pozarządowe. Wiele organizacji pozarządowych działających na uchodźstwie, przede wszystkim Tibetan Youth Congress (TYC) czy Students for Free Tibet opowiadają się za odzyskaniem niepodległości przez Tybet. W tym celu organizują liczne demonstracje oraz marsze poparcia, nie wykluczając użycia siły jako metod walki o wolność. Ze spektakularnych działań znany jest przede wszystkim TYC, którego członkowie niejednokrotnie przedzierali się na teren ambasady Chin, w celu przekazania władzom chińskim listu protestacyjnego.

KARMA

Za niepodległością Tybetu opowiada się 29-letni Karma. W zeszłym roku aresztowano go za udział w manifestacji organizowanej przez TYC. Na szczęście organizacja wpłaciła za niego kaucję i czeka na proces na wolności. – Nie możemy cicho siedzieć. Chińczycy bezprawnie zabrali naszą ziemię, dlaczego mamy zadowolić się autonomią? – mówi zdenerwowany.

Do Indii przyjechał w 1993 roku. Jego rodzice nie mogąc sobie poradzić z wychowaniem ośmiorga rodzeństwa, oddali Karmę i jego dwóch braci dalszej rodzinie. Stwierdzono wówczas, że chłopcom trzeba zapewnić edukację. W Tybecie tylko w pierwszych trzech latach nauki lekcje prowadzone są w języku tybetańskim. Jedynym rozwiązaniem, aby dzieci nauczyły się ojczystego języka, jest wysłanie ich do Indii, gdzie działa wiele szkół tybetańskich. Karma opuścił Tybet mając 13 lat. Wtedy po raz pierwszy poszedł do szkoły. Wytrzymał siedem klas. Od początku z racji opóźnienia w stosunku do kolegów, którzy zaczęli naukę o wiele wcześniej, nie mógł nadążyć z programem. W końcu rzucił szkołę i pojechał do Nepalu. Zrobił tam trzyletni kurs zawodowy i po kilku latach wrócił do Indii. Teraz mieszka w Delhi. Nareszcie robię to, co kocham. Prowadzę sierociniec, a kto lepiej zrozumie sieroty niż ja – mówi.

NYIMA, GAMYANG I TSERING

Dwie główne ulice Dharamsali, wzdłuż których skupia się życie miasta, usłane są stoiskami pełnymi wzorzystych szali i pięknej tybetańskiej biżuterii. Uśmiechnięte twarze przyciągają jak magnes, aż się chce przystanąć przy każdym sklepiku i pozdrowić sprzedawcę mówiąc Tashi delek! (tyb. Dzień Dobry). Tybetańczycy na uchodźstwie zajmują się głównie handlem. Założenie małego biznesu, czy sprzedaż na ulicznym straganie to najłatwiejszy sposób zarobku. Niestety duża część osób pracuje nielegalnie, ponieważ nie posiada zgody na sprzedaż od lokalnych władz. Co więcej, ich zarobki uzależnione są od sezonu turystycznego, zatem nie można nazwać ich zajęcia stałym. W takiej sytuacji są trzej koledzy Nyima, Gamyang i Tsering. Do Indii przyjechali kilka lat temu. Nyima przez cztery lata żył w klasztorze, Gamyang pracował jako kelner, Tsering imał się różnych prac, głównie jednak był na bezrobociu. Dziś każdy z nich ma swoje stoisko na najbardziej ruchliwej ulicy Dharamsali.– Nie jest łatwo – mówi Nyima. Jednego dnia mamy kilku klientów, a innego nikt nie przyjdzie. Ale przynamniej możemy godnie żyć – dodaje Tsering. Wszyscy trzej przybyli do Indii sami. W Tybecie zostali rodzice i rodzeństwo, z którymi mają bardzo utrudniony kontakt. Cieszą się jednak, że zaczęli nowe życie. Nyima i Gamyang mają już żony i dzieci – widać, że rodzina to dla nich najważniejsza wartość.


Tybetańczykom, dzięki ich dbałości o tradycję, udało się zachować tożsamość narodową. W trosce o jednorodność narodu rzadko zawierane są małżeństwa mieszane z Hindusami. Na uchodźstwie działają liczne instytucje wspierające rodzimą kulturę. Niestety, w kwestii politycznej nie udało się osiągnąć sukcesu. Chińczycy konsekwentnie pozostają głusi na postulaty rządu na uchodźstwie. Flaga tybetańska powiewa tylko w indyjskich Himalajach, z dala od śnieżnych szczytów „na dachu świata”.