Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Sanocki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Sanocki. Pokaż wszystkie posty

5 października 2011

Reżim tożsamości


Z Natalią Bloch, autorką książki „Urodzeni uchodźcy. Tożsamość pokolenia młodych Tybetańczyków w Indiach”, rozmawia Adam Sanocki. Tydzień temu opublikowaliśmy na Tybet.blogu fragment książki.

Jak długo trwały prace nad monografia? Co Przysporzyło ci najwięcej trudności i czy były jakieś sytuacje które zapamiętałaś w sposób szczególny?
Gdyby tak dobrze policzyć, to jakieś 6 lat. Książka jest owocem badań terenowych, jakie prowadziłam do doktoratu przygotowanego w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM. Ale już pracę magisterką pisałam o diasporze tybetańskiej – wówczas jeszcze na politologii. Badania te miały charakter wahadłowy, to znaczy, że do wybranych obozów uchodźców tybetańskich jeździłam co roku, łącznie spędzając w terenie około 15 miesięcy.

Mimo że w studiach uchodźczych dużo się pisze o trudnościach w dostępie to tzw. pola badawczego, to z uchodźcami tybetańskimi pracuje się stosunkowo łatwo. Badacz niezwykle rzadko spotyka się z odmową współpracy, co wynika z wysokiej samoświadomości Tybetańczyków żyjących w diasporze w odniesieniu do ich sytuacji politycznej. Badaczom przypisuje się w niej ważną rolę potwierdzania wyjątkowości kultury tybetańskiej – z reguły redukowanej do buddyzmu – i konieczności jej ocalenia przed tym, co jest nazywane przez władze uchodźcze kulturobójstwem. Tym samym badacze zostają zaprzęgnięci do walki o sprawę tybetańską. Jednak ta pozorna łatwość jest jednocześnie przeszkodą. W ramach konsekwentnie prowadzonej przez uchodźcze elity polityki tożsamości, uchodźcy w kontaktach z ludźmi z Zachodu starają się tworzyć wizerunki samych siebie jako pokojowych buddystów, ceniących demokrację i dbających o środowisko naturalne. Bardzo trudno jest się przebić przez ten mur pozytywnych autoreprezentacji, zresztą silnie zinternalizowanych.
W związku z powyższym mój projekt spotykał się zwykle z pobłażaniem ze strony starszych uchodźców, zwłaszcza związanych z rządem uchodźczym. Gdy mówiłam, że interesują mnie młodzi Tybetańczycy urodzeni w Indiach, najpierw słyszałam, że „ci młodzi nic nie wiedzą o naszej kulturze, nie dbają o naszą religię, są leniwi, tylko motory, te hip-hopowe ciuchy i wieczorne imprezy im w głowie, pani sama widzi”, a potem byłam odsyłana do ich rodziców i dziadków, którzy mogli mi opowiedzieć o „prawdziwej kulturze tybetańskiej”.

Myślę jednak, że największa trudność, z jaką się borykałam, miała charakter konceptualno-etyczny i dotyczyła odpowiedzi na pytanie: jak rozwinąć krytyczną analizę badanej grupy tak, by jej nie zaszkodzić. Ma to szczególne znaczenie w badaniach grup politycznie zmarginalizowanych, ponieważ badacz sam staje się wysoce politycznie uwikłany.

Jaka dzisiaj jest diaspora tybetańska? W jak dużym stopniu jej tożsamość kreowana jest twoim zdaniem przez zachodnie wyobrażenia na jej temat i czy ten wpływ jest różny na elity i resztę społeczeństwa?
Tożsamość to rzecz wielce złożona – mi próba odpowiedzenia na to pytanie zajęła blisko 600 stron, a i tak dotyczyło ono nie diaspory tybetańskiej jako całości, ale Tybetańczyków urodzonych już w Indiach, których nazwałam „urodzonymi uchodźcami”. To, jak postrzegamy siebie, zawsze do pewnego stopnia jest uwarunkowane tym, jak widzą nas inni. Zwłaszcza, gdy te wyobrażenia są bardzo pozytywne. Ponadto elity uchodźcze zdają sobie sprawę, że dzięki dobremu PR-owi, jaki Tybetańczycy mają w świecie zachodnim, są w stanie zbić symboliczny kapitał, zabiegając o poparcie dla tzw. kwestii tybetańskiej – polityczne, ekonomiczne, moralne. Dlatego umiejętne go wykorzystywanie postrzegam jako sprawczość elit tybetańskich.

Z drugiej strony mamy poziom indywidualny. Zwłaszcza młodzi, wykształceni i wychowani już poza Tybetem Tybetańczycy, z którymi pracowałam, wydają się być coraz bardziej zmęczeni wyidealizowanym wizerunkiem, w który zostali wepchnięci – zarówno przez zachodnich sympatyków Tybetu, jaki i przez własne elity. Zjawisko to nazwałam „uchodźczym reżimem tożsamości”, czyli narzucaniem tylko jednej akceptowalnej tożsamości tybetańskiej: buddyjskiej, empatycznej, odrzucającej materializm.
Tymczasem ci młodzi Tybetańczycy chcą mieć prawo do tworzenia własnych, alternatywnych reprezentacji i szukają przestrzeni, w których mogliby to robić. Jedną z nich jest młode uchodźcze kino tybetańskie, które od kilku lat rozwija się prężnie w diasporze, i filmy o tak znamiennych tytułach, jak „Nie jesteśmy mnichami”, „Richard Gere jest moim bohaterem” czy „Od tsampy do pizzy”.

Jak obecnie wygląda sytuacja opozycji względem Dalajlamy i Rządu?
Jeszcze w roku 2004, gdy pisałam tekst do magazynu „Puls Świata” zatytułowany „Nie jesteśmy Buddami” – poświęcony właśnie opozycji w diasporze wobec Rządu Tybetańskiego na Uchodźstwie - wydawało mi się, że ten podział tybetańskiej sceny politycznej jest dużo bardziej widoczny. Dziś powiedziałabym raczej, że młodzi Tybetańczycy nie tyle tworzą wyraźną opozycję wobec swoich władz, co raczej starają się w sposób bardziej subtelny promować własne stanowisko. Demokracja tybetańska, o czym piszę w książce, jest taką „demokracją autorytarną”, odgórnie narzuconą i kierowaną, w rezultacie czego nie ma w niej specjalnie miejsca na opozycję – ani oficjalną, do której wyłonienia nie dochodzi na forum uchodźczego parlamentu w rezultacie bezpartyjnej ordynacji wyborczej, ani nieoficjalną. W obliczu „wyższego celu”, jakim jest walka o kraj, wszelka opozycja wobec rządu – który z kolei swoje posunięcia legitymizuje autorytetem Dalajlamy – jest postrzegana jako świętokradztwo i brak patriotyzmu jednocześnie. Problem ten dostrzegał już w połowie lat 60. znany tybetolog Melvyn Goldstein, który bodaj jako pierwszy prowadził badania w obozach uchodźców tybetańskich. Goldstein pisał, że poparcie i uległość wobec rządu uchodźczego i Dalajlamy stały się wyznacznikami postawy patriotycznej, podczas gdy opozycja i niezgoda były postrzegane jako zdradzieckie, wiarołomne, szkodzące kwestii tybetańskiej. Trzeba mieć to na względzie, żeby nie popadać w pułapkę interpretacyjną, odczytując poparcie dla polityki firmowanej przez Dalajlamę jako wyraz wiary w jego nieomylność – myślę, że równie często jest ono wynikiem lęku przed stygmatem bycia nie-patriotą.

W rezultacie osoby – w większości należące do młodego pokolenia – które nie zgadzają się (całkowicie lub częściowo) ze stanowiskiem TGIE, rzadko otwarcie określają się w opozycji do niego, stosując raczej szereg strategii, mających na celu wpisanie ich oporu w ramy tybetańskiego nacjonalizmu. Innymi słowy, redefiniują oni swoją opozycję tak, by nie ryzykować oskarżeń o nie-tybetańskość. Ilustruje to wypowiedź jednej z młodych aktywistek: „Nawet Budda mówił nam, że powinniśmy podążać za jego naukami, tylko po uprzednim przemyśleniu ich. Możemy oddawać cześć Dalajlamie, ale mamy również prawo do pełnego szacunku niezgadzania się z nim w sprawach politycznych. [Ale] nie mogę o tym rozmawiać z moimi rodzicami ani kimkolwiek z ich pokolenia. Nawet dla niektórych młodych ludzi jest to trudna idea”.

Czy kolejne pokolenia Tybetańczyków się radykalizują? Czy sytuacja może się jeszcze zmienić po śmierci Dalajlamy?
Elity tybetańskie lubią używać tego argumentu, trochę chyba na zasadzie straszaka, ale w mojej ocenie wypowiedzi i działania przedstawicieli opozycji tybetańskiej z końca lat 70. i lat 80. – związanych wówczas z Kongresem Młodzieży Tybetańskiej – były dużo bardziej radykalne i też spotykały się z komentarzami o radykalizacji młodego pokolenia. Na przykład Tashi Namgyal, sekretarz generalny tej pierwszej tybetańskiej organizacji pozarządowej stworzonej na uchodźstwie, w drugiej połowie lat 80. w rozmowie z zachodnim dziennikarzem mówił: „Nie wierzymy w terroryzm. Nie wierzymy w konieczność zabijania niewinnych ludzi. Naszą jedyną motywacją jest osiągnięcie celu: całkowitej niepodległości Tybetu. Jeśli zabijamy Chińczyków, nikt nie może zarzucić nam działań terrorystycznych. Nie ma niewinnych Chińczyków przyjeżdżających do Tybetu”. Jamyang Norbu i Lhasang Tsering walczyli w partyzantce tybetańskiej w Mustangu.

Dziś młodzi aktywiści nie używają tego rodzaju retoryki – z jednej strony ze względu na wspomniany przeze mnie „reżim tożsamości”, z drugiej natomiast jest to, moim zdaniem, związane z pojawieniem się po roku 2001 nowej kategorii w stosunkach międzynarodowych – powszechnej wojny z terroryzmem. Młodzi liderzy tybetańscy wolą unikać wszelkich śmielszych odniesień do przemocy w obawie przed terrorystyczną etykietką, którą władze chińskie starają się przypisać tybetańskim zabiegom o odzyskanie ojczyzny. Ich działania polegają raczej na profesjonalizacji ruchu wolnościowego, odchodzeniu od dawnych, nieskutecznych ich zdaniem form protestu, takich jak czuwanie przy świecach czy marsze pokojowe. Szukają alternatywnych, bardziej nowatorskich i spektakularnych form działania, które przyciągnęłyby uwagę mediów. Należą do nich na przykład realizowane przez Tenzina Tsundue akcje wspinania się na budynki, w których goszczą chińscy dygnitarze podczas wizyt w Indiach, połączone z rozrzucaniem ulotek i wywieszaniem banerów. Dziennikarze chętnie je relacjonują, między innymi ze względu na element ryzyka – istnieje prawdopodobieństwo, że protestujący spadnie lub sam się rzuci z wysokości, co dodaje protestowi dramatyzmu i czyni temat bardziej medialnym. Chodzi więc nie tyle o odejście od zasady niestosowania przemocy, co o dobieranie takich metod walki politycznej, aby non-violence nie znaczyło non-action.

Z polskiego punktu widzenia diaspora tybetańska świetnie się asymiluje w Polsce. Czy jest tak także w innych krajach na świecie?
Diaspora tybetańska w Polsce to bardzo nieliczna grupa, dlatego pomyślna integracja ze społeczeństwem polskim nie stanowi w jej przypadku problemu, a jest wręcz nieunikniona. W Indiach sprawy mają się zupełnie inaczej – zarówno ze strony samych Tybetańczyków, jak i ich gospodarzy. Od samego początku istnienia diaspory tybetańskiej władze uchodźcze prowadzą konsekwentną politykę separacji, zwłaszcza w wymiarze społeczno-kulturowym. Większość Tybetańczyków wciąż żyje w obozach, dzieci tybetańskie chodzą do oddzielnych szkół, rzadkością są małżeństwa tybetańsko-indyjskie, większość Tybetańczyków urodzonych już w Indiach nie występuje o indyjskie obywatelstwo. Wydaje się, że rozwiązanie to zadowala obie strony. Władze uchodźcze prowadząc taką politykę, zabiegają o zachowanie odrębności kulturowej i legitymizują walkę o odzyskanie ojczyzny. Z kolei społeczeństwo indyjskie to konglomerat olbrzymiej liczby grup o różnych językach, wyznaniach, pochodzeniu, kulturach, które od wieków w dużej mierze żyją niezależnie od siebie. Do czego Tybetańczycy mieliby się asymilować? Do hinduistycznej, wciąż bardzo kastowej, większości? To przecież niemożliwe. Separacja jest też formą adaptacji.

Z jakimi problemami głownie stykają się dzisiaj Tybetańczycy na uchodźstwie?
Wskazałabym dwa główne problemy. Pierwszy ma naturę ekonomiczną, choć nie tylko. Jest nim rosnące coraz bardziej bezrobocie w diasporze. Dla wykształconych młodych Tybetańczyków zaprojektowane przez władze indyjskie i tybetańskie przed półwieczem formy zarobkowania, takie jak rolnictwo czy rzemiosło, nie stanowią atrakcyjnej oferty pracy. Również wypracowany przez samych uchodźców model sezonowego handlu ubraniami jest mało pociągającą opcją kariery zawodowej. W rezultacie coraz więcej młodych ludzi migruje do indyjskich metropolii, gdzie znajduje zatrudnienie przede wszystkim w zagranicznych telefonicznych biurach obsługi klienta. Nie jest to z pewnością praca dająca wielkie możliwości rozwoju, ale dość intratna. W konsekwencji coraz częściej w obozach pozostają tylko osoby starsze i dzieci. Intensyfikuje się również emigracja zagranicę. Władze uchodźcze ten odpływ z obozów bardzo niepokoi, widzą w nim bowiem zagrożenie dla polityki separacji.

Drugim problemem jest rosnąca przepaść, jaka dzieli „urodzonych uchodźców” i ich rówieśników z Tybetu. Dochodzi między nimi do czegoś, co nazwałam „licytowaniem tybetańskości”. Uchodźcy z Tybetu uważają się za „prawdziwszych” Tybetańczyków z racji urodzenia i dorastania w ojczyźnie, z kolei „urodzeni uchodźcy” postrzegają ich jako zsinizowanych i wymagających „tybetanizacji” na uchodźstwie. Uważam, że to ten właśnie podział – a nie dawne różnice wynikające z przynależności do różnych szkół buddyzmu tybetańskiego czy prowincji tybetańskich – jest tym, co najbardziej dzieli obecnie diasporę tybetańską. Z drugiej strony jest to znane zjawisko w studiach migracyjnych – środowiska emigracyjne, a zwłaszcza uchodźcze, mają tendencję do kulturowego purytanizmu, przypisując sobie rolę tych, którzy mają ocalić „prawdziwą” kulturę niszczoną ich zdaniem w kraju pochodzenia.

Jak Tybetańczycy budują tożsamość narodowa w warunkach wymiejscowienia?
Większość badaczy historii Tybetu jest zdania, iż pantybetańska tożsamość narodowa jest produktem diaspory. To na uchodźstwie Tybetańczycy pochodzący z różnych części kraju i reprezentujący różne szkoły buddyzmu tybetańskiego po raz pierwszy zamieszkali razem w obozach, byli zmuszeni wypracować język, za pomocą którego byliby w stanie się porozumieć, ich dzieci – należące do różnych warstw społecznych –poszły do tych samych szkół.

To właśnie w szkołach tybetańskich na uchodźstwie są przekazywane symbole i kształtowane postawy narodowe – przede wszystkim poczucia dumy z własnego narodu oraz misyjności, rozumianej jako zbiorowa odpowiedzialność za losy ojczyzny. W szkołach dzieci uchodźców poznają flagę narodową, uczą się hymnu i mito-historii Tybetu. Z jednej strony zatem uchodźstwo stworzyło warunki, aby Tybetańczycy mogli wyobrazić sobie siebie jako wspólnotę narodową, z drugiej natomiast pociągnęło za sobą konieczność wpisania się w coś, co Liisa Malkki nazwała „narodowym porządkiem rzeczy”, aby móc walczyć o prawo do samostanowienia, przysługujące tylko narodom.

Również niezachęcanie przez rząd uchodźczy do przyjmowania indyjskiego obywatelstwa i celowe podtrzymywanie statusu uchodźcy jest częścią procesu narodowotwórczego.

Natalia Bloch – politolog, antropolog kulturowy, adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się zagadnieniami z zakresu studiów migracyjnych i uchodźczych, a w szczególności procesami integracyjnymi, powiązaniami transnarodowymi i konstruowaniem tożsamości w diasporach. Prowadziła badania w obozach uchodźców tybetańskich w Indiach, w himalajskich regionach Nepalu oraz wśród imigrantów w Poznaniu. Laureatka Dziennikarskiej Nagrody Amnesty International za najlepszy tekst prasowy roku 2004 poświęcony problematyce praw człowieka za reportaż „Nie jesteśmy Buddami”.

13 lipca 2011

Mity o Tybecie odzwierciedlają polityczne żądania polityków wobec tego regionu


Z Robertem Barnettem założycielem i dyrektorem Modern Tibetan Studies Program na Uniwersytecie Colombia rozmawiał Adam Sanocki

Dlaczego Tybet cieszy sie tak dużym zainteresowaniem w kulturze Zachodu?
Ludzie z którymi rozmawiałem na ten temat najczęściej odpowiadają, ze fascynują się Tybetem ze względu na jego historię i mistycyzm. Tybet przez wiele lat był niedoceniany, chociażby ze względu na jego położenie geopolityczne. Jeszcze dwadzieścia lat temu wszyscy poważani, powszechnie szanowani politycy podważali znaczenie Tybetu, który praktycznie nie istniał w międzynarodowym dyskursie. Nawet w Anglii miałem problem aby poważnie zająć się tematem na tamtejszych uniwersytetach, dlatego musiałem wyemigrować do USA, które były bardziej otwarte w tym względzie. Obecnie możemy zauważyć, że międzynarodowe znaczenie Tybetu rośnie. Dziś jest jasne, że Tybet ma bardzo duże znaczenie geostrategiczne, na przykład w sensie nuklearnym. To od zawsze bardzo ważny obszar pomiędzy Indiami a Chinami oraz źródło wody dla większości ludzi w Azji. W zasadzie to było wiadome od dziesięcioleci, ale przez kolonialistów nie postrzegano tego regionu w odpowiedni sposób. Odrzucali oni bowiem kwestie państwowości Tybetu, mówiono o nim jedynie pod kątem panującego tam mistycyzmu. Teraz, kiedy jego znaczenie stało się już jasne mistyczna otoczka powoli zaczyna zanikać. Kolejny ogromny problem z Tybetem to fakt, że międzynarodowe elity nie myślą szerzej o danym kraju, niż przez pryzmat jego metropolii, czy stolicy. To bardzo ograniczona droga do zrozumienia danego kraju i jego społeczeństwa. Chiny chcą, byśmy myśleli o Tybecie w kontekście Pekinu.

Czy Tybet, w porównaniu do innych nieznanych kultur, jest bardziej mitologizowany w oczach zachodu?
Tybet jest o wiele bardziej zmitologizowany niż inne mało znane nam kultury, gdyż jest jedną z największych kultur z poza tzw. głównego nurtu i zdecydowanie inną, także przez fakt, że kurczowo trzyma się własnej tradycji. Mamy tam rozwiniętą na bardzo wysokim poziomie filozofię, medycynę i tysiące dzieł literackich, a to interesuje innych.

Czy mity na temat Tybetu były inne przed 1959, w porównaniu do teraźniejszych?
Mity o Tybecie na całym świecie odzwierciedlają polityczne żądania i obsesje polityków dotyczące tego regionu. Gdy w 1930 Chiny stosowały przeciwko hasłom jedności Tybetu propagandę promującą jedność państwa chińskiego, doszukiwały się w Tybecie jedynie wspólnoty religijnej. W 1950 gdy przyszli tam antyreligijni komuniści poszukiwano pretekstu do udowodnienia, że Tybetańczycy są niesamowicie okrutnym społeczeństwem, związanym jedynie religią. Dokładnie taka sama sytuacja miała miejsce wcześniej, bo w 1903, gdy Brytyjczycy dokonali inwazji na Tybet. Demonizowali buddyzm jako zdeprawowaną, okrutną, brutalną, skorumpowaną i satanistyczną religię. Sześć miesięcy później dokonali mordu na tysiącach Tybetańczyków.
Dzisiaj, w świecie gdzie informacje rozprzestrzeniają się z prędkością światła istnieją dwa główne mity. Na pewno pierwszym z nich jest mitologizowanie religijności Tybetu. Mówi się, że Tybetańczycy są niesamowicie duchową kulturą. Jednak tamtejszy kler buddyjski zmagał się z takimi samymi problemami jak europejski, tylko może w nieco mniejszej skali. Często wspominamy o kluczowym aspekcie jakim jest zachowanie religii Tybetu. Tym sami ludzie na Zachodzie chcą pozyskiwać tybetańskich nauczycieli do swoich własnych celów, traktując ich jak „tanich psychologów”. Kolejny problem to mitologizowanie tybetańskich ofiar, wiktymizacja Tybetańczyków. Faktycznie, wcześniej za czasów Mao sytuacja była tragiczna, ale obecnie jednak sporo się zmieniło, pomimo, że rząd Chin nadal nie jest przyjazny Tybetańczykom.

Jak bardzo Tybetańczycy, którzy przybyli po 1959 roku dostosowali sie do wyobrażeń na temat Tybetu jaki już istniał na Zachodzie, a na ile starali się go zmienić aby był bliższy prawdzie o nich?
To bardzo dobre pytanie. Tybetańczycy w latach pięćdziesiątych gdy zmuszeni byli opuścić Tybet byli na emigracji mocno podzieleni. Generalizując możemy wyodrębnić dwie grupy Tybetańczyków. Jedni współpracujący z Dalajlamą i angażujący się w kwestie społeczne i polityczne. I druga grupa, która funkcjonowała w oderwaniu od społeczności tybetańskiej na uchodźstwie, podróżowała po świecie, zakładając różnego rodzaju własne interesy. Chyba większość mitów pochodzi właśnie z tej grupy. Czasem także ze środowisk przeciwnych Dalajlamie jak np. wyznawcy Szugdena, czy środowisko Szamarpy ze szkoły Kagyu.

Na ile zatem na tworzenie politycznej tożsamości Tybetańczyków wpływają zachodnie wyobrażenia i mity na ich temat?
To właśnie nazywamy brandingiem, czyż nie?... czyli to co w języku reklamy i public relations nazywamy wartością dodaną. Wszystkiemu możesz dodać wartość poprzez jakąś cechę, tak właśnie mitologizuje się Tybet, nadając mu się swego rodzaju markę. Ale jak wszędzie, branding ma też swoje negatywne znaczenie, w tym przypadku szczególnie w kontekście politycznym. Cały czas bowiem jesteśmy bombardowani informacjami, że Zachód wciąż szuka rozwiązania dla kwestii Tybetu. To mam wrażenie powoduje, że nasza i Tybetańczyków czujność w tym względzie może być nieco uśpiona. To duże wyzwanie dla nas aby przywrócić duże znaczenie dla politycznej kwestii Tybetu także wśród Tybetańczyków, czego wyrazem jest ostatnia decyzja Dalajlamy o rezygnacji z funkcji politycznych i wzmocnienie roli Premiera.

1 listopada 2010

Shugsheb największy żeński klasztor w Tybecie

Shugsheb to największy żeński klasztor w Tybecie położony 65 km od Lhasy, niemal 4450m. n.p.m. Do 2008 mieszkało tu ok. 280 mniszek. Po marcowych protestach w którym brały czynny udział, ok. 70 z nich zostało skazanych na rok lub dwa lata więzienia. Po odbyciu kary zgodnie z chińskim prawem nie mogły już wrócić do klasztoru. Zostały odesłane do swoich rodzinnych wiosek.

Aby dostać się do klasztoru należy ok. godzinę wspinać się dosyć stromym podejściem. I choć czasem na tej wysokości naprawdę nie jest łatwo warto się troszkę przemęczyć. Z jednej strony trud wynagradzają nam po drodze piękne widoki, a z drugiej dotarwszy do celu sam klasztor i panująca tam atmosfera. Dochodząc do klasztoru po lewej stronie na zboczu widzimy domki mieszkalne mniszek, a powyżej ich miejsca odosobnień. Jak na największy żeński klasztor jest obiektywnie rzecz ujmując mały. Wchodząc przez główne wejście znajdujemy się na małym dziedzińcu. Często można zobaczyć tu osły dzięki którym dociera tu jakiekolwiek zaopatrzenie. Do klasztoru doprowadzono również prąd co znacznie ułatwiło życie codzienne mniszek.
Mniszki praktykują w tradycji nyigmapa, jednej z najstarszych szkół buddyzmu tybetańskiego.

Założycielką wspólnoty, która przerodziła się w klasztor była wybitna medytująca nauczycielka Ringzin Chuni Tsampo zwana pierwszą khandro. Mniszki nie były w stanie określić wieku w jakim umarła, ale podobno było to pomiędzy 115 a 120 rokiem życia w latach osiemdziesiątych XX-go wieku.



U góry klasztoru znajdują się jej pokoje mieszkalne i miejsce gdzie medytowała. Na jednym z ołtarzy można zobaczyć obok jej czarnobiałego zdjęcia kolorowa fotkę młodego chłopaka. Został on rozpoznany jako inkarnacja khandro. Niestety odnaleziono go zbyt późno aby rozpocząć klasztorne życie i cykl przygotowań aby przejąć rolę wielkiej nauczycielki. Obecnie żyje życiem świeckim poza klasztorami i pracuje w jednym z banków w Lhasie. Udając się w 45 min. spacer w górę klasztoru możemy odwiedzić Gangri Tokar, miejsce gdzie khandro medytowała wraz z mistrzem dzogchen. Stąd rozpościera się piękny widok na dolinę Kyi-chu oraz jedyny ośnieżony na horyzoncie szczyt Nojin Kangtsang 7191 m. n.p.m.. Znajduje się ona na drodze z Lhasy do Gyance i jest to święta góra w tradycji bon.


Na zboczu sąsiadującym z klasztorem usytuowane są maleńkie domki mniszek. Żyją w nich niesłychanie skromnie. Składają się zazwyczaj z dwóch lub trzech pomieszczeń: pokoju mieszkalnego, świętego kąta lub osobnego pokoiku modlitwy oraz przylepionego do pokoju mieszkalnego ale mającego osobne wejście z zewnątrz (bez połączenia z pokojem mieszkalnym) pomieszczenia gospodarczego. Ciekawostką jest to, iż jedyny piec znajduje się zazwyczaj nie pokoju mieszkalnym tylko gospodarczym a ciepła przechodzi tylko poprzez ścianę.
Po marcowych protestach w 2008 roku z mniszkami żyję dwóch tajnych policjantów. Teoretycznie zajmują sie kwestiami administarcyjnymi praktycznie nikt nie ma watpliwoci po co tam są.


31 sierpnia 2010

Lhasa, z cyklu historie prawdziwe, czyli zastanów się komu podajesz rękę

Peme poznałem na Barkhorze w centrum tybetańskiego getta w Lhasie, nieopodal świątyni Jokhang. Zapoznała nas zaprzyjaźniona z nami koleżanka, co pozwoliło szybko nawiązać relację opartą na wzajemnym zaufaniu. Zaprzyjaźniliśmy się na wspólnej herbacie, gdy okazało się, że łączy nas także zainteresowanie tradycją bon buddyzmu tybetańskiego. Moja rozmówczyni nie pochodzi z centralnego Tybetu. Do Lhasy przybyła kilka lat temu z małej wioski położonej w Amdo. Szybko się zaaklimatyzowała, nauczyła stołecznego języka. Postanowiła otworzyć własną herbaciarnię nieopodal klasztoru Drepung, kilka kilometrów od centrum Lhasy, gdzie mieszkała. Początki były trudne ale miejsce głównie za sprawą odwiedzających go w dużej ilości pielgrzymów zarabiało na siebie. Pema zaklimatyzowała się w Lhasie, sprowadziła swoich rodziców, poznała mnóstwo znajomych i odnalazła przyjaciół z jej rodzinnych stron. Układało się nienajgorzej. Podczas jednego z wieczorów spędzanych w swojej herbaciarni bardzo dobry kolega poprosił ją o telefon komórkowy z którego chciał skorzystać. Po chwili go oddał i Pema zapomniała o całej jakże zwyczajnej sytuacji. Po mniej więcej dwóch miesiącach odwiedziło ją dwóch mężczyzn i kobieta. Wzięli ją na komisariat w celu zadania kilku pytań na temat prowadzonej przez nią działalności gospodarczej. Na miejscu spotkała swojego kolegę, a wspomniani cywilni funkcjonariusze poprosili ją o pokazanie telefonu komórkowego. Miała pecha bo w momencie gdy zaprzeczyła, że go ma zadzwoniła do niej koleżanka. Policjanci bardzo szybko odnaleźli w jej telefonie zdjęcie JŚ Dalajlamy, Karmapy i kilka patriotycznych tybetańskich pieśni. Pema wraz z koleżanką która do niej dzwoniła znalazła się na 15 dni w areszcie. Trzy razy dziennie na śniadanie, obiad i kolację dostawały jedynie letnia wodę i kawałek tybetańskiego chleba. Na koniec musiała za „wyżywienie” zapłacić w sumie 150 Yuanów, czyli po 10 Yuanów dziennie, co w sumie jak na warunki chińskie nie jest małą sumą, szczególnie w kontekście jakości wyżywienia, które otrzymywała. Po tym incydencie kazano jej zamknąć pijalnię herbaty i zakazano przebywać poza centrum Lhasy – czyli miejscem gdzie była zameldowana. Nie odzyskała także swojego telefonu ale co najgorsze straciła zaufanie do przyjaciół. Dzisiaj w nowym telefonie pomimo tego doświadczenia nadal trzyma zakazane pieśni i zdjęcia Dalajlamy. Jest tylko ostrożniejsza z dzieleniem się dobrami techniki. Herbaciarnia istnieje nadal. Tyle że z inna nazwą i z chińskim właścicielem.

24 maja 2010

Sinizacja na miękko, czyli jak nowe technologie zmieniają młode pokolenia Tybetańczyków


Nowe technologie zmieniają świat. Na naszych oczach zachodzi rewolucja, która nie tylko zmienia metody komunikacji ale przede wszystkim sposób myślenia pokoleń. Amerykański projektant gier komputerowych Mark Prensky zauważył to już w 2001 roku opisując podział jaki jego zdaniem wytworzył się pomiędzy pokoleniami na wskutek coraz powszechniejszych na świecie sposobów komunikacji z wykorzystaniem nowych technologii. Z jednej strony zauważył, że istnieje pokolenie cyfrowych tubylców (Digital natives) - osób które od najmłodszych lat poruszają się w świecie technologii cyfrowych i elektronicznych gadżetów - oraz cyfrowych imigrantów (Digital imigrants) - ludzi z poprzedniej epoki dla których zagłębienie się w świat cyfrowy stanowi często barierę nie do przebycia. Fakt, że być może czytacie te zadania na naszym blogu oznacza, jak się zapewne domyślacie, że zaliczamy się do pokolenia cyfrowych tubylców. I jeżeli możemy założyć generalnie, że rewolucja która zaszła w tym względzie na świecie przynosi pozytywne skutki, tak wiele osób pewnie byłaby w stanie wymienić wiele jej negatywnych aspektów. Jeden z nich miałem okazję zaobserwować podczas mojego marcowego pobytu w Tybecie.

Młode pokolenia Tybetańczyków podobnie jak reszta ich rówieśników na świecie jest bardzo ciekawa i otwarta na nowe technologie. Oczywiście z wielu względów mają bardzo ograniczony dostęp do np. Internetu czy elektronicznych gadżetów. Z jednej strony Internet jest w Lhasie bardzo drogi (oczywiście jak na tamtejsze warunki), a z drugiej mocno monitorowany, cenzurowany przez ChRL i przez to dla użytkowników niebezpieczny. Tak się złożyło, że przybyliśmy do Lhasy w kilka dni po wizycie Dalajlamy w Waszyngtonie. Wielu młodych Tybetańczyków pytało czy to prawda, że doszło do jego spotkania z Barackiem Obamą i jaki miało przebieg. Oczywiście dla nas, osób funkcjonujących w świecie łatwego dostępu do informacji to pytanie mogło być zaskakujące.

Pomimo, że rynek elektronicznych gadżetów zalany jest przez chińskie podróbki to ich ceny wciąż dla Tybetańczyków są barierą nie do przebycia. Stąd wszelkiego rodzaju odtwarzacze mp3 i inne tego typu gadżety nie są tam zbytnio popularne. Jest natomiast jedna rzecz, która zdominowała młodych Tybetańczyków – telefon komórkowy. Ze względu na niskie ceny użytkowania ma go praktycznie każdy. Oczywiście najbardziej popularne są SMS-y. Nie ma w tym nic dziwnego, przy czym tam cyfrowa rewolucja ma także drugie dno. Wszystkie gadżety elektroniczne w tym przede wszystkim telefony komórkowe obsługiwane mogą być bowiem tylko w języku chińskim.

W świecie realnym Tybetańczycy mają czasem problem w porozumiewaniu się. Przykładowo osoby pochodząca z Kham, Amdo czy Lhasy podczas wspólnej biesiady posługując się rodzimymi dialektami nie są w stanie siebie zrozumieć. Dlatego najczęściej w stolicy wszyscy uczą się tamtejszego dialektu. Oczywiście w gronie znajomych czy przyjaciół z tego samego regionu najczęściej wraca się do rodzimego języka stron z których się pochodzi. Telefony komórkowe i inne gadżety nie dają już takie wyboru. Chcąc bowiem wysłać SMS-a należy używać tylko i wyłącznie języka chińskiego. I także poprzez nowe technologie staje się on integralną częścią podczas rozmów, często jw. Postaci pojedynczych słów czy tez całych zdań. Są pewne tematy, np. właśnie z dziedziny nowych technologii, na które Tybetańczycy znają tylko chińskie określenia. I tak po cichu tylnymi drzwiami poprzez zabawę i fascynację elektronicznymi gadżetami Tybetańczycy łatwo i bezboleśnie sinizują swój język. Co gorsza z tym nie można i nie da się walczyć. Obecnie młode pokolenia Tybetańczyków posługują się mieszanką języka będącą wypadkową dialektu lhaskiego z domieszką chińskiego i słów z ich rodzimych stron, jeżeli nie urodzili się w stolicy. Nowe technologie zakorzenione u nas na dobre, a tam coraz mocniej obecne zmieniają coraz to nowsze pokolenia. Przy czym w Tybecie cyfrowi tubylcy coraz bardziej stają się Chińczykami.