Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samospalenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samospalenia. Pokaż wszystkie posty

28 października 2012

Pięć powodów aby z nadzieją patrzeć na Tybet

W niezwykle trudnym czasie, gdy docierają do nas co nowsze doniesienia o kolejnych samospaleniach w Tybecie, gdy do głowy przychodzi raczej „Raport z oblężonego miasta” Herberta, tekst Tendora, szefa Students for a Free Tibet daje nadzieję.

W zeszłym tygodniu uczestniczyłem konferencji Światowego Ruchu na rzecz Demokracji, która odbyła się w stolicy Peru, Limie, gdzie spotkali się aktywiści, dziennikarze, parlamentarzyści, byli więźniowie polityczni z niemal każdego państwa.

Praktycznie każdy, z kim rozmawiałem chciał wiedzieć, czy nadchodząca zmiana chińskiego przywództwa przyniesie zmianę w Tybecie? Czy Xi Jinping zmieni Tybet tak, jak nie dokonał tego Hu Jintao?

“Dyktatorzy nie przynoszą zmiany,” – przypominałem, “zmiana możliwa jest dzięki ludziom, którzy zmuszają dyktatorów do działania”. „Jednak jeszcze ważniejsze,” – podkreślałem, „w Tybecie już dokonała się zmiana”. Ta zmiana jest trudna do uchwycenia, kiedy co najmniej 60 Tybetańczyków podpaliło się w imię wolności. Chociaż informacje o samospaleniach rozdzierają nasze serca – dziś dotarły informacje o czterech kolejnych – musimy wejrzeć głębiej, aby usłyszeć niezwykłe, podnoszące na duchu historie o braku współpracy [strategia bojkotu/braku współpracy z okupantem – red.], renesansie kultury, kreatywnym oporze, który przekształcił tybetański aktywizm i nieodwracalnie zmienił Tybet.
(…)
Gdy oceniamy z szerzej perspektywy oporu, widzimy że Chiny już teraz straciły Tybet; kontrolują kraj wyłącznie siłami zbrojnymi. Panowanie nad niesfornym płaskowyżem nigdy nie było słabsze, a tybetański opór mocniejszy.

Pomimo tego trudnego rozdziału w historii Tybetu, jest wiele powodów aby mieć nadzieję o tybetańską przyszłość. Poniżej wymieniam tylko pięć. Proszę, przekażcie je innym i wspierajcie światowy ruch na rzecz wolności w Tybecie.

Pięć powodów aby z nadzieją patrzeć na Tybet

Powód 1. Wolność jest zaraźliwa. Od Birmy po Tunezję, od Jemenu po Egipt, siły demokratyczne zwyciężają. Oczywiście transformacja z dyktatury do demokracji, z okupacji do wolności niesie za sobą wyzwania, ale Tybetańczycy są gotowi stawić im czoła. Wraz z rozprzestrzenianiem się fali wolności na świecie, towarzysze dyktatorzy są coraz bardziej izolowani. Ten przyrost sfery wolności i demokracji na świecie będzie miał wpływ na Tybet, Chiny i pozostałe państwa policyjne w każdym wymiarze – psychologicznym, społecznym, kulturalnym i politycznym. Chiny stoją na czele świata pozbawionego wolności, ale ten świat się kurczy, prowadząc jednocześnie do słabnięcia wewnętrznej jak i międzynarodowej legitymacji chińskiej Partii Komunistycznej.

Pierwsza praca z "harmonijnego" cyklu "hexie farm" - czyli "wodny krab" lub inaczej czytając "harmonia" - której wprowadzanie przez chińską władzę oznacza prześladowanie dysydentów. Autorem jest niejaki Szalony Krab “疯蟹”, pozostający anoni
mowym chiński rysownik. Znawcy sztuki znajdą odniesienia do "3 maja 1808" Goi. Praca zatytułowana "Zabijanie ducha Tybetu".

Powód 2. Brak współpracy w Tybecie. Lhakar, nowy oddolny ruch społeczny zainicjowany w Tybecie po powstaniu 2008 roku, obejmuje taktykę braku współpracy oraz bezpośredniej interwencji. Tybetańscy aktywiści, którzy tradycyjnie opierali swoje działania na obarczonej wysokim ryzykiem taktyce protestów, teraz wzbogacili swój arsenał o bardziej stonowane, ale silne narzędzie braku współpracy: bojkotują chiński biznes, instytucje, kulturę a nawet język. W Kardze i Ngabie Tybetańczycy unikają chińskich restauracji wybierając w zamian te prowadzone przez Tybetańczyków – to przykład ekonomicznego braku współpracy zapożyczony od Gandhiego. W Khawa Karpo, Tybetańczycy umęczeni protestowaniem przeciwko chińskim firmom wydobywczym, wrzucili do rzeki sprzęt górniczy o wartości 300 000 dolarów – to przykład bezpośredniej interwencji bez stosowania przemocy. Pośród wszystkich bezprzemocowych taktyk, odmowa współpracy oraz bezpośrednia interwencja dają najlepsze efekty w podcinaniu filarów opresji.

Powód 3: Lhakar czyni z kultury broń. Lhakar zmienił tybetańską kulturę w bezprzemocową broń, która odbiera władzę chińskiemu okupantowi i znajduje się w rękach każdego Tybetańczyka. Lhakar odwrócił bieg, trwającej pięćdziesiąt lat, chińskiej kampanii sinizacji tybetańskiej kultury. Tybetańczycy dumnie noszą tradycyjne stroje, mówią i piszą po tybetańsku, używają sztuki, literatury, poezji i muzyki aby wyrazić swoje marzenie o wolności i wiarę w Dalajlamę. Pieśni, książki i teledyski z politycznym podtekstem stały się bestsellerami i hitami w Tybecie, wskazując na renesans współczesnej tybetańskości. W przeszłości, w wielu walkach z kolonializmami, skuteczną rewolucję poprzedzało odrodzenie kultury, które nabiera tempa w Tybecie. Lhakar spowodował, że aktywizm stał się dostępny dla każdego i tani – odbywa się na rachunek chińskiego rządu.


Powód 4: Internet = informacja = wolność. Chiński rząd kontroluje Tybet, jak i Chiny, uzależniony od utrzymywania totalitarnej kontroli nad informacją i utrzymaniem mas w nieświadomości. W dzisiejszych czasach, dzięki interetowi, ta kontrola jest coraz słabsza. Chiński rząd ma we własnym narodzie znacznie potężniejszego wroga, niż dziesięć lat temu – dzięki prędkości z jaką rozchodzą się informacje. Aparat cenzury w Pekinie stale przegrywa z pomysłowością chińskich i tybetańskich obywateli sieci, którzy szukają prawdziwych informacji i nie dają się ograniczać.

Powód 5. Dyktatury także się starzeją i umierają. Totalitaryzm to ślepy zaułek. Chińska Partia Komunistyczna była w stanie przetrwać do dzisiaj korygując system, ale poprawki nie są w stanie dłużej uchronić jej od rosnącego niezadowolenia ludzi, groźnej dewastacji środowiska, endemicznej korupcji i spowalniającej gospodarki. Według chińskiego naukowca Minxin Pei, naturą dyktatur jest to że opierają się o błędne założenia, przez co ich istnienie ograniczone jest w czasie do kilku dekad, nawet jeśli chodzi o najbardziej trwałe reżimy. Związek Radziecki rozpadł się po 74 latach, reżim w Meksyku trwał 71 lat, Kuomintang 73 lata. Chińska Partia Komunistyczna liczy sobie 63 lata, i według Pei – przy dobrych wiatrach - przetrwa nie więcej niż kolejne 10 lat.

***

Tendor, Dyrektor Generalny Students for a Free Tibet, największej międzynarodowej sieci aktywistów działających na rzecz Tybetu. Urodził się w 1979 r. w Indiach, studiował stosunki międzynarodowe w USA, pracował m.in. w National Endowment for Democracy, od 2004 r. pracuje dla SFT, początkowo jako rzecznik organizacji w 2009 zastąpił Lhadon Tethong na stanowisku szefa organizacji. Autor licznych artykułów i komentarzy na tematy sytuacji w Tybecie w międzynarodowych mediach.

7 marca 2012

Płonący

Przed zbliżającą się rocznicą 10 marca i w obliczu dramatycznych doniesień z Tybetu publikujemy kolejny tekst pokazujący szerszy kontekst samospaleń Tybetańczyków. Według danych na dzień 7 marca w Tybecie podpaliło się już 26 Tybetańczyków, z czego co najmniej 19 z nich zmarło.

Tekst: Bhuchung K. Tsering, 10 lutego 2012 r.

Tapey, 27 lutego 2009
Seria samospaleń, jakie miały miejsce w ostatnim czasie, może wskazywać na radykalizację środków stosowanych w walce o Tybet. 

Tapey
Dnia 27 lutego 2009 roku dwudziestoparoletni mnich tybetański o imieniu Tapey opuścił klasztor Kirti w regionie Amdo (według dzisiejszego podziału – prowincja Syczuan) i skierował się w stronę skrzyżowania na pobliskim rynku. Jego szaty przesiąknięte były benzyną. Kiedy dotarł do skrzyżowania, podpalił się i wykrzykując slogany, rozpostarł samodzielnie wykonaną flagę tybetańską ze zdjęciem Dalajlamy. Jednak nim ktokolwiek go usłyszał, interweniowały służby Ludowej Policji Zbrojnej. Funkcjonariusze otworzyli ogień do Tapeya. Kiedy runął na ziemię, zabrali go z miejsca wydarzenia.

Jak miało się okazać, całe zajście było pierwszym z wielu samospaleń w rejonach tybetańskich. Stworzyło także precedens, który wyznaczył nowy kierunek w działaniach na rzecz Tybetu. W marcu 2011 roku kolejny Tybetańczyk, Phuntsok, dokonał samospalenia; w styczniu 2012 roku co najmniej piętnaście następnych osób zrobiło to samo. Potwierdzono śmierć dwunastu spośród nich. Nawet obecnie, podczas mojej pracy nad niniejszym tekstem w pierwszym tygodniu lutego, pojawiają się informacje o trzech kolejnych Tybetańczykach, którzy się podpalili, żądając powrotu Dalajlamy do Tybetu i przywrócenia wolności narodowi tybetańskiemu.

Phuntosk
Większość osób, które dokonały samospalenia, pochodziła z klasztoru Kirti. Jak powiedział opat klasztoru Kirti Rinpocze, obecnie mieszkający w Dharamsali, samospalenia to efekt krzywd wyrządzonych trzem kolejnym pokoleniom Tybetańczyków. W latach trzydziestych XX wieku pierwsze z tych pokoleń ucierpiało, kiedy chińscy komuniści przeprowadzili nalot na rejon Kirti podczas akcji przegrupowania armii – tzw. „Długiego Marszu”. W latach sześćdziesiątych następne pokolenie doświadczyło ciężkich czasów rewolucji kulturalnej. Wreszcie w latach dziewięćdziesiątych trzecie pokolenie Tybetańczyków zostało objęte wprowadzonym przez chiński rząd programem tak zwanej edukacji patriotycznej i kampanii towarzyszących.

Początkowo reakcja rządu na niedawną serię samospaleń opierała się na zaprzeczaniu. Wobec kolejnych takich incydentów władze usiłowały zmyć z siebie winę, wydając upokarzające Tybetańczyków oświadczenia, według których dokonujący aktów samospalenia to przestępcy, a ich działaniami steruje „klika Dalaja”. Próbowano także pomniejszać znaczenie polityczne tych protestów, przedstawiając je jako demonstracje o charakterze gospodarczym i sugerując, że są skutkiem globalizacji – jednak nigdy nie powiedziano dokładnie, jaki miałby być związek między jednym a drugim. Odpierając zarzuty zaniedbania Tybetu, władze Chin podkreślają pomoc finansową świadczoną na rzecz Tybetańczyków.

Bardzo istotnym czynnikiem wobec szeregu samospaleń jest fakt, że łącząc kwestię Tybetu z przetrwaniem Komunistycznej Partii Chin, rząd sam wpędza się w pułapkę. Władze nie dostrzegają, że religia i kultura są kluczowe dla tożsamości tybetańskiej, a zatem przyjął, że wierność tybetańskiej obyczajowości i posłuszeństwo wobec Partii wzajemnie się wykluczają.

Nacjonalizm kwitnie
Dziś chiński rząd samo istnienie odrębnej tożsamości tybetańskiej postrzega jako deklarację polityczną. Idąc tym tokiem, władze Chin usiłują zerwać więzi między Dalajlamą jako symbolem tybetańskiej tożsamości a Tybetańczykami. W ramach tych starań portrety Dalajlamy objęto stałym zakazem. Według informacji napływających z Tybetu ci spośród Tybetańczyków, którzy w styczniu udali się do Indii, aby pobrać nauki Kalaczakry od Dalajlamy, od powrotu do kraju są przetrzymywani w aresztach i przesłuchiwani, a poświęcone ochronne sznurki religijne są konfiskowane. Ponieważ większość przypadków samospaleń miała miejsce w regionach tybetańskich, które pozostawały poza zasięgiem wpływów rządu tybetańskiego w momencie przejęcia władzy przez chińskich komunistów, związek między mieszkającymi tam Tybetańczykami a Lhasą czy Dalajlamą powinien być interpretowany przez Chiny w kategoriach duchowych i kulturowych, nie zaś politycznych.

Polityka Chin doprowadziła zatem do nasilenia, jeśli nie powstania, tybetańsko-buddyjskiego nacjonalizmu. Zdecydowane środki, jakie Chińczycy krótkowzrocznie przedsięwzięli wobec buddyzmu tybetańskiego, paradoksalnie spowodowały poczucie jedności wśród Tybetańczyków, teraz dalece bardziej skłonnych do solidaryzowania się, zarówno w obrębie Tybetańskiego Regionu Autonomicznego (TRA), jak i na pozostałych tradycyjnie tybetańskich terenach – a zatem sprowokowały działania, od których Chiny przede wszystkim próbowały odwieść Tybetańczyków. Wprowadzając w grudniu 2011 roku nakaz wywieszania w klasztorach tybetańskich portretów czterech chińskich przywódców – Mao Zedonga, Denga Xiaopinga, Jianga Zemina i Hu Jintao – w ramach dekretu dziewięciu własności, administracja TRA tylko wzmocniła te reakcje.

Tymczasem religijna podstawa, na jakiej opiera się tożsamość tybetańska, powinna być wyraźnie widoczna dla chińskich władz komunistycznych już od roku 1950, kiedy to Chiny dokonały inwazji na Tybet. Nacjonalizm tybetański początkowo skupiał się właśnie na religii. Chińscy najeźdźcy nazywani byli „tendra” – „wróg wiary”, a najbardziej znane przypadki tybetańskiego oporu określano jako „tensung thanglang maggar” – „ochotnicze siły walki o obronę wiary”.

W tym roku natomiast chińscy przywódcy wysłani do klasztorów tybetańskich na chiński Nowy Rok, zwany także Świętem Wiosny, bez najmniejszych skrupułów przekazali prawdziwe przesłanie „tenlhing sung-kyong” – „podtrzymania stabilności” i wręczyli mnichom premie, które miały ich zachęcić do zachowania pokoju. To mówi bardzo wiele o tym, na ile szczerze Chińczycy wprowadzili obowiązującą w Tybecie nadrzędną zasadę, zgodnie z którą nawet dziś, po pięćdziesięciu latach, głównym przesłaniem chińskich przywódców jest „stabilność”.

Ofiara światła
Ostatnie samospalenia miały miejsce w odległych regionach. Ponadto w większości przypadków ci, którzy zdecydowali się na ten akt, nie pozostawili żadnych oświadczeń, z których wynikałoby, że celem ich działania było skupienie uwagi na nich samych albo ich sprawie. Przeciwnie – byli to ludzie, którzy po prostu odczuwali potrzebę pewnej walki z niesprawiedliwością, jaka ich spotykała. Nagranie, na którym Sonam Wangyal Sopa Rinpocze (znany szerzej jako Sobha Tulku) przedstawił ostatnią wolę przed śmiercią w wyniku samospalenia dnia 8 stycznia 2012 roku, jest prawdopodobnie jedynym jak dotąd fizycznym dokumentem, jaki pozostawiono. Sobha Tulku mówi w nim:

„Ten rok przyniósł śmierć tak wielu tybetańskich bohaterów. Ofiaruję swoje ciało, aby całym sobą okazać solidarność z nimi i aby wyrazić swój żal przez ten najwyższy z tantrycznych honorów ofiarowania własnego ciała. Nie chcę w ten sposób pozyskać dla siebie sławy ani chwały.”

Analiza tego, jak wietnamski mistrz buddyjski Thích Nhất Hạnh opisał samospalenia w Wietnamie w latach sześćdziesiątych XX wieku może pomóc lepiej zrozumieć słowa Sobhy Tulku. W 1965 roku w liście do działacza na rzecz praw obywatelskich, Martina Luthera Kinga Juniora, Thích Nhất Hạnh tłumaczył:

„Wierzę całym sercem, że mnisi, którzy się podpalili, nie chcieli doprowadzić do śmierci swoich prześladowców, a jedynie do zmiany w ich polityce. Ich wrogami nie byli ludzie, ale nietolerancja, fanatyzm, dyktatura, chciwość, nienawiść i dyskryminacja, które kryją się w sercu człowieka.”

Sobha Tulku podzielał te odczucia: „Oddaję swoje ciało jako ofiarę światła, by rozproszyła mrok i uwolniła wszystkie istoty od cierpienia.”

Tybetańczycy, którzy dokonali aktu samospalenia, wyrazili swój sprzeciw wobec politycznej, kulturalnej, religijnej i społecznej niesprawiedliwości, której korzenie sięgają tak głęboko, że nie zrekompensuje jej jakikolwiek postęp materialny. Opublikowany 31 stycznia 2012 roku na łamach New York Times artykuł „Polityka godności” autorstwa amerykańskiego felietonisty Thomasa L. Friedmana, choć poświęcony Egipcie i Rosji, można odnieść także do sprawy Tybetu. Friedman pisał:

„Wybuchy polityczne w obydwu krajach nie są wynikiem żadnej konkretnej ideologii, ale raczej zupełnie ludzkiego odruchu dążenia do godności i sprawiedliwości. Upokorzenie jest siłą najbardziej niedocenianą w polityce. Ludzie zniosą biedę, głód i ból. Będą wdzięczni za miejsca pracy, samochody i świadczenia. Ale jeżeli otwarcie każe im się bez końca brać udział w ustawionej grze albo traktuje się ich jak bydło przekazywane z rąk przywódcy do rąk jego syna albo innego polityka, w końcu coś w nich wybuchnie.”

W pewnym sensie obecne przypadki samospaleń mogą być kształtującą się właśnie nową formą tybetańsko-buddyjskiej teologii wyzwolenia. Zgodnie z wykładnią ojca Gustavo Gutiérreza, zakonnika peruwiańskiego, któremu przypisuje się termin teologii wyzwolenia, jest ona skupiona wokół idei emancypacji ludzi ubogich, żyjących na marginesie społeczeństwa, dręczonych przez „tych, którzy ograniczają ich zdolność do rozwoju w wolności i godności”. Także Deane William Ferm, badacz w dziedzinie religioznawstwa, w „Teologiach wyzwolenia trzeciego świata” (ang. „Third World Libertation Theologies”) pisze, że teologia wyzwolenia „podkreśla wyzwolenie z wszelkiego ucisku: społecznego, gospodarczego, politycznego, rasowego, płciowego, środowiskowego, religijnego”. Te formy prześladowania są integralnymi częściami okoliczności, w jakim tybetańscy buddyści dokonali aktów samospalenia.

Ojciec Gutiérrez wspominał również o „obserwowaniu kilku nowych przejawów teologii tej w innych kontekstach i na innych kontynentach – w Ameryce Północnej, Ameryce Łacińskiej, Afryce i Azji.” Obecnie mamy do czynienia z wersją tybetańską teologii wyzwolenia, zbliżoną do „buddyzmu zaangażowanego” wyznawanego przez buddyjskich działaczy politycznych m.in. na Sri Lance, w Tajlandii czy Wietnamie.

Rewolucja campy 
Rządy różnych państw także zwracają uwagę na to, jak rozwija się sytuacja w Tybecie. Choć tygodnik Time umieścił tybetańskie samospalenia na liście dziesięciu najważniejszych wydarzeń roku 2011, które zostały najsłabiej odnotowane w mediach („Top 10 Underreported Stories”), informacje, jakimi dysponujemy, wskazują, że w rzeczywistości zajścia te wywołały gorącą dyskusję w kręgach rządowych w wielu stolicach, a także w ambasadach tych państw w Pekinie. Władze są przede wszystkim zaniepokojone możliwymi scenariuszami dalszych wydarzeń. Kiedy miały miejsce ostatnie samospalenia, specjalny wysłannik Komunistycznej Partii Chin odbywał właśnie wizytę w Niemczech; usiłował wtedy przeforsować w niemieckim rządzie punkt widzenia partii.

Rzeczywiście jeśli obecne samospalenia miałyby być zapowiedzią radykalnego ruchu tybetańskiego, to rząd chiński jest w ogromnym błędzie, sądząc, że nurt ten można zatrzymać poprzez nakładanie restrykcji dotyczących przepływu osób albo Internetu i innych środków komunikacji. Tybetańczycy będą poszukiwać różnych sposobów, aby zabrać głos – i znajdą je. Po powszechnym powstaniu tybetańskim w 2008 roku chińskie władze uznały, że wyjściem z sytuacji było stłumienie zamieszek siłą. Jednak samospalenia wyraźnie pokazały, że nie było to trwałe rozwiązanie problemu. Dlatego też ostre ograniczenia nakładane przez Chińczyków w ostatnim czasie doprowadzą jedynie do nasilenia poczucia niesprawiedliwości i dyskryminacji wśród Tybetańczyków. Pomijając dążenia polityczne, tak długo, jak Tybetańczykom będzie się odbierać możliwość życia na zasadach równości, poszanowania i godności, będą oni podejmować wszelkie działania, by dać ujście swoim uczuciom – to oczywiste.

Chiński pisarz, Wan Lixiong, zaproponował niedawno ciekawe rozwiązanie w zamieszczonym w Internecie tekście pt. „Co pozostaje poza samospaleniem?”. Wang pisze, że trzeba pokazać Tybetańczykom sposób na znajdowanie odpowiedzi. Uważa, że „zażegnywanie kryzysu w Tybecie należy zacząć od przyznania niezależności na poziomie lokalnym”. Odwołuje się przy tym do ostatnich wydarzeń w wiosce Wukan w prowincji Guangdong, gdzie ludność poprzez ruch oddolny uzyskała prawo wyboru lokalnych władz. Wang napisał:

„Miejscowości tybetańskie mają takie same uwarunkowania, jak Wukan. Jeśli to samo uda się jednej tybetańskiej wsi, to już będzie sztandarowy początek. Jeśli dziesięciu wsiom – to będzie jak płomień w ciemności. A jeśli stu wsiom – dla Tybetu wzejdzie prawdziwa autonomia, by objąć cały kraj.”

Oczywiście Tybetu nie można porównać do żadnej innej chińskiej prowincji, a buddyzm tybetański to nie chrześcijaństwo. Jak w listopadzie 2011 roku Christian Caryl napisał dla czasopisma „Foreign Policy”, „historia serii samospaleń jako aktów politycznych pokazała, że ich następstwa trudno przewidzieć. Podpalenie się może doprowadzić do protestów politycznych na szeroką skalę, ale wcale nie musi.”

Thupten Ngodup
Tybetańczycy powinni rozważyć te ostrzeżenia. Kiedy w 1998 roku pierwszy Tybetańczyk, Thupten Ngodup, dokonał samospalenia, doprowadziło to do głębokiej refleksji wśród jego rodaków. Autor niniejszego tekstu, pisząc wtedy dla serwisu „Tibetan Review”, ostrzegał przed reakcjami, poprzez które mimowolnie gloryfikuje się śmierć:

„Działanie Thuptena Ngodupa wynikało z odwagi płynącej z jego przekonań. Inna interpretacja, kładąca nacisk na krótkotrwałe cele polityczne, nie oddawałaby sprawiedliwości Thuptenowi wobec jego decyzji. Nie powinniśmy uznać tego posunięcia za wzór... do naśladowania przez innych Tybetańczyków walczących o wolność.”

Stwierdzenia te są aktualne także i dziś.

Jednak podobnie jak samospalenia dokonywane przez Wietnamczyków stały się symbolem wietnamskiego oporu, tak samospalenia Tybetańczyków symbolizują radykalizację tybetańskiej walki i zwrot w działaniach. Świat tybetańskich mediów nazwał serię samospaleń „rewolucją campy”, nawiązując do mąki z prażonego jęczmienia, stanowiącej podstawowe pożywienie Tybetańczyków. W grudniu 2011 roku ukazał się raport ujawniający, że Tapey, mnich wspomniany powyżej, którego miejsce pobytu ukrywano, był poddawany leczeniu w chińskim szpitalu wojskowym. Może Tapey dojdzie do zdrowia, ale mające teraz miejsce samospalenia mogą być tylko wierzchołkiem góry lodowej. Cała reszta oraz to, jak sobie z nią radzić – to wyzwanie zarówno dla narodu tybetańskiego, jak i dla chińskiego rządu.

* * *
Poniższy artykuł został pierwotnie opublikowany przez serwis Himal.

Bhuchung K. Tsering jest wiceprzewodniczącym International Campaign for Tibet (Międzynarodowa kampania na rzecz Tybetu) oraz komentatorem zajmującym się tematyką Tybetu.

Tłumaczenie: MP
Tłumaczenia wszystkich fragmentów książek i artykułów – własne.

21 lutego 2012

Losar 2012 - Rok Wodnego Smoka 2139


W tą środę, 22 lutego, Tybetańczycy w Tybecie i na całym świecie obchodzą Losar – księżycowy Nowy Rok, rozpocznie się Rok Wodnego Smoka, 2139 według kalendarza tybetańskiego.

Losar to tradycyjnie święto rodzinne, czas pielgrzymek, obrzędów religijnych i wydarzeń kulturalnych. Jednak tego roku, podobnie jak w latach ubiegłych, Losar nabiera nowego znaczenia, dedykowany jest myślom o braterstwie i solidarności z Tybetańczykami i ich pokojowy oporem przeciwko chińskiej okupacji. Informacje o jej dramatycznych skutkach docierają do nas w strzępach z odciętego od świata Tybetu.

Od 2009 roku ponad 23 Tybetańczyków:  mniszek, mnichów, świeckich – w tym bardzo młode osoby, ale też wysocy rangą duchowni – targnęło się na swoje życie. Śmierć 15 z nich potwierdzają niezależne raporty. Co najmniej 10 Tybetańczyków podpaliło się od 1 stycznia tego roku, z czego 7 zmarło.

Obserwujemy bezprecedensowe akty oporu i niezgody na wzbierającą falę opresji, podejmowane w trudnej do ogarnięcia myślami formie. Chińskie władze kontynuują odpowiedź wysyłając wojsko, uzbrojoną policję, bezpiekę, prowadząc kampanie propagandowe i ‘reedukacyjne’. Docierają do nas informacje o strzelaniu do nieuzbrojony demonstrantów, o falach aresztowań i tortur w więzieniach. Tybet ponownie odcięty jest od świata, a my z drżeniem serca czekamy na każdą informację, jej potwierdzenie, śledzimy liczby protestów, zabitych, uwięzionych…

Lama Sopa (na zdjęciu po lewej), szanowany w swojej społeczności duchowny, który podpalił się w proteście i zginął 8 stycznia, pozostawiając po sobie niezwykłe nagranie, wzywające Tybetańczyków do jedności i do budowania tybetańskiej narodowości: „Poświęcam swoje ciało i składam ofierze światło, aby rozproszyć ciemności” – powiedział.

Niezależnie od tego, co osobiście sądzicie o samopodpaleniach jako formie protestu, jest pewne, że nie możemy się spodziewać szybkiego zakończenia tej tragicznej fali. Dowiedzieliśmy się o sześciu takich przypadkach tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Widzimy także eskalację innych form protestu. Od początku roku dotarły do nas informacje o ponad 12 masowych demonstracjach, wiele z nich niemających związku z samopodpaleniami.

Działamy i zadajemy sobie jednocześnie pytanie o skuteczność naszych działań. O milczenie polskich polityków, zainteresowanie mediów, o to co wydarzy sie dalej. Jednak wierzymy w głęboki sens naszej odpowiedzi, nawet jeśli nie wydaje się wielka, na smutne wieści płynące zza Himalajów. W Tybecie liczą się dla nas poszczególni ludzie, w Polsce liczą się poszczególne akty solidarności.

Ten Losar, Tybetańczycy w Tybecie jak i na całym świecie ogłosili czasem żałoby, proszą o pamięć i modlitwę, utrzymanie atmosfery, oddającej sytuację w Tybecie. W tym roku Losar przypada także w Lhakar (http://lhakar.org) – białą środę – dzień tygodnia, który dla wielu Tybetańczyków stał się okazją do celebrowania swojej tybetańskiej tożsamości i jedności. Tybetańczycy uważają środę za dzień dedykowany Dalajlamie, dzień, w którym poprzez zainicjowany w Tybecie oddolny ruch promuje się tybetańskość

Myśląc o naszych przyjaciołach Tybecie, zachęcamy do wykonania małego gestu dla uczczenia Losaru, w podobny sposób jak świętują Tybetańczycy; okres noworoczny trwa przez najbliższe 15 dni:

- zapalenie świecy (lub maślanej lampki), podobnie jak czynią Tybetańczycy,
- zawieszenie białej szarfy Khata na drzwiach, podobnie jak Tybetańczycy,
- wywieszenie zdjęcia Dalajlamy, ponieważ Tybetańczykom odmawia się tego prawa,
- wywieszenie flagi Tybetu, za co w Tybecie można zostać trafić do więzienia,

Być może takie działanie wzbudzi ciekawość Waszych bliskich lub sąsiadów, to dobra okazja, aby złożyć im noworoczne życzenia i opowiedzieć o losie Tybetańczyków.

Zachęcamy także do przyłączenia się do akcji, które w różnych miastach Polski będą się odbywać 10 marca tego roku. Więcej informacji podamy wkrótce. Zapraszamy na jutrzejszą akcję w Warszawie.

Na koniec w imieniu Fundacji Inna Przestrzeń, wolontariuszy i aktywistów Programu Tybetańskiego oraz redakcji Tybet.bloga, pragnę złożyć noworoczne, pełne smutku i solidarności życzenia Tybetańczykom w Tybecie, na wychodźstwie, w Polsce. Możecie liczyć na nasze myśli i nieustające działania. Dopóki Tybet nie będzie wolny!

Składam także życzenia Buddystom tradycji tybetańskiej w Polsce obchodzącym Losar i przekazuję prośbę tybetańskiego Premiera o modlitwy za Tybetańczyków, którzy stracili życie lub cierpią prześladowania w Tybecie.

Dziękuję też wszystkim aktywistom, wolontariuszom, donorom, członkom Klubu Przyjaciół za Wasze nieustające wsparcie i działania.

Tashi Delek

Piotr Cykowski

18 stycznia 2012

Czy samospalenia są zgodne z nauką buddyjską

Niestety wraz z informacjami o dokonaniu kolejnego samospalenia w Tybecie przez 42-letnigo mnicha Nyage Sonamdrugyu, wraca temat relacji tych dramatycznych aktów z ideą buddyzmu. Poniżej przedstawiamy tekst Jamyanga Norbu na ten temat i zapraszamy do dyskusji.


--------------------------------------------
Żydowskie słowo „chutzpah” (wym. hucpa) ma to samo znaczenie, co tybetańskie słowo "hamba", jest nawet podobne do niego w wymowie. Żydowski humorysta – Leo Rosten(1), definiuje hucpę jako "zachowanie człowieka, który zabiwszy swoją matkę i ojca, prosi o łaskę sądu, bo jest sierotą."

Dai Qingli, urzędnik ambasady Chin w Wielkiej Brytanii świetnie wpisał się w tą definicję w opublikowanym przez Guardiana (25 listopada 2011) liście pod tytułem "Tybetańskie śmierci naruszają ideę buddyzmu” Dai napisał: "samospalenia mnichów i mniszek były naprawdę tragiczne. Były też drastycznym pogwałceniem ducha pokoju i tolerancji, która definiuje buddyzm tybetański i jako takie akty te spotkały się z gniewem i dezaprobatą lokalnej ludności i społeczności religijnej".

Bhuchung K. Cering z International Campaign for Tibet (ICT) wypowiedział się w podobnym tonie w swoim artykule "Ten Chińczyk ma rację w sprawie samospaleń w Tybecie!". "Wczoraj, tj. 01 grudnia 2011, w People’s Daily(2) przeczytałem artykuł „renomowanego tybetologa” Li Dechenga dotyczący samospaleń w Tybecie, w którym twierdzi on, że działania te są sprzeczne z „etyką buddyjską” i że „w buddyzmie, a szczególnie w jego tybetańskiej odmianie, pisma nigdy nie zachęcały do zabójstwa i samobójstwa; nie ma też żadnego dogmatu, który namawiałby do zabicia kogoś lub popełnienia samobójstwa." - niewątpliwie, zgadzam się z nim w tej kwestii. Bhuchung odpowiada na żądanie Chińczyka, by zwrócono uwagę na kwestię samospaleń ponieważ „jest to ważny problem społeczny oddziałujący na przyszłość Chin”. Próbuje także wyjaśnić, dlaczego Tybetańczycy, przytaczając dokładnie jego słowa – „bawią się” w takie rzeczy. Bhuchung i jego koledzy z ICT mogą nie aprobować samospaleń ale powinni sobie uświadomić, że mnisi i mniszki rzadko „bawią się" w jakikolwiek sposób.

Dalajlama nieco staranniej dobierał słowa. W swoim oświadczeniu z 21 listopada powiedział, że nie zachęcał protestujących przeciwko kontroli Chin w Tybecie do podejmowania samospaleń i zakwestionował przydatność tego typu działań jako narzędzi protestu. Zdawał sobie sprawę z odwagi mnichów i mniszek, ale sugerował też, że działania te nie były zgodne z duchem buddyzmu.

Czy samospalenia są zgodne z nauką buddyjską?

W 1963 roku wietnamski mnich Thich Quang Duc, podpalił się na ruchliwym skrzyżowaniu Saigonu. Na nagrodzonej Pulitzerem fotografii Malcolma Browne’a widzimy mnicha siedzącego spokojnie w pozycji lotosu otoczonego przez płomienie; zdjęcie to stało się sensacją na całym świecie i przyczyniło się do upadku reżimu Diema. W tym czasie Pekin otwarcie pochwalał działania mnicha w Wietnamie i rozprowadzał zdjęcie w całej Azji i Afryce w milionach (pirackich) egzemplarzy jako dowód „amerykańskiego imperializmu”. Inni wietnamscy mnisi i mniszki również podpalali się w proteście przeciwko wojnie.

Samospalenie wydają się być niezwykłe choć akceptowane w tradycjach buddyjskich w Chinach i Azji Południowo-Wschodniej. W historii Chin znanych jest wiele przypadków, zwłaszcza w okresie Qing, stosowania takich aktów jako narzędzia politycznego protestu (Burning for the Buddha: Self-immolation in Chinese Buddhism by James A. Benn). W 1948 roku w Harbinie mnich usiadł w pozycji lotosu na stosie trocin i nasączonych olejem sojowym i podpalił się w proteście przeciwko sposobowi, w jaki komuniści Mao Zedonga traktowali buddyzm.

Główną inspiracją dla tej praktyki wydają się być nauki zawarte w Sutrze Lotosu (tyb. chos dam pad-ma dkar po'i mdo). Jeden z rozdziałów tej sutry opowiada historię życia Bodhisattwy Króla Medycyny, który pokazał swój wgląd w bezinteresowną naturę swego ciała rytualnie podpalając się i szerząc „Światło Dharmy” przez 1200 lat.

Wydaje mi się jednak, że duchowa motywacja dla ofiary naszych młodych mnichów i mniszek w Tybecie może pochodzić z innego kierunku. Czterdzieści pięć kilometrów na południowy-wschód od Katmandu znajduje się jedno z najbardziej popularnych wśród Tybetańczyków odwiedzających Nepal, miejsc pielgrzymek. Wzgórze Namo Budda (zwane po tybetańsku Tagmo Lujin) jest, zgodnie z nauką Sutry Złotego Światła (Phags pa gser 'od dam pa'i mdo) miejscem, w którym Budda (w poprzednim wcieleniu) oddał swoje ciało by nakarmić głodującą tygrysicę i jej cztery młode. Jest to bardzo popularna Dżataka(3), znana wszystkim Tybetańczykom i często podawana przez nich jako przykład poświęcenia i bezinteresownego zachowania. Istnieją inne takie Dżataki lub Apadany - opowieści o tym, jak Budda oddał życie za innych. Jedną z bardziej znanych jest mahakapi jataka - opowieść o Wielkim Królu Małp, który zginął ratując życie swoich „80.000” poddanych.

Odważne działania trzynastu mnichów(4), którzy dokonali samospalenia w Tybecie musi być postrzegana w tym konkretnym świetle doktryny. Zdecydowanie nie zgadzam się z opinią rozpowszechnianą przez niektórych ludzi, że mnisi i mniszki podpalają się z rozpaczy, iż nie mogą praktykować swojej religii. Gdyby to było ich głównym problemem to logicznym kierunkiem działania byłaby ucieczka do Indii tak, jak zrobiło to wielu innych. Klasztor Kirti, skąd pochodzi większość z 13 młodych mnichów, ma duży oddział w Dharamsali, gdzie przyjęto by ich z otwartymi ramionami.

Musimy widzieć samospalenia w Tybecie jako działania podejmowane dla dobra innych, w imię wolności i niepodległości Tybetu (co niektórzy z protestujących mnichów wyraźnie sygnalizują). Nawet domaganie się przez nich powrotu Dalajlamy, należy interpretować jako wezwanie do przywrócenia niezależnego Tybetu. Dalajlama bowiem uważany jest za prawowitego władcę niepodległego Tybetu i działania te powinny być interpretowane w ten sposób, a nie jako domaganie się powrotu samego duchowego przywódcy, co próbują czynić osoby chcące odpolitycznić ostatnie wydarzenia.

Akty samospalenia są nie tylko niekwestionowanie buddyjskie, ale pochodzą z bohaterskiej i nastawionej na działanie tradycji buddyzmu. Niektórzy badacze uważają to podejście za bardziej zbliżone do pierwotnych nauk Buddy niż pasywne, nawet eskapistyczne oblicze buddyzmu, które zyskało powszechną, zwłaszcza na Zachodzie, akceptację.

Historyczny Budda był członkiem klasy wojowników – Kshatriya. Choć przyjmował do Sanghi ludzi ze wszystkich klas i kast, zwracał się do swoich uczniów tymi słowy: „wszyscy jesteśmy Kshatriya". Robił to, oczywiście, nie dla podkreślenia własnej kasty, ale prawdopodobnie by położyć nacisk na wagę zaangażowania i odwagi, jakiej wymagał od swych uczniów. Sutry mówią nam, że Siddhartha był wysokim mężczyzną o mocnej budowie ciała, wyszkolonym w sztukach walki, w których celował, pokonał wielu wojowników Szakja by zdobyć rękę księżniczki Yashodhary. Odwagę wojownika i zaangażowanie widać było w jego pierwszej próbie osiągnięcia oświecenia, co ilustruje wizerunek Buddyy z Gandhary – po sześciu latach umartwiania się jego ciało składa się jedynie ze skóry i kości. Nawet, gdy zdał sobie sprawę, że pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem jego zaangażowanie i odwaga nie zmalały. Kolejne podejście – „Droga Środka” – nie było wymówką dla bezczynności, osłabienia lub impotencji. Kiedy koniec końców Siddhartha usiadł pod drzewem Bodhi miał niezachwianą pewność, że chce osiągnąć oświecenie. Opisuje to piękny i dramatyczny werset spisany przez pierwszych kompilatorów sutry. "Niech krew wyschnie, niech uschnie me ciało, ale nie ruszę się z tego miejsca póki nie osiągnę oświecenia." Kilka przydomków jakimi określa się Buddę, zdają się odzwierciedlać cechy jego charakteru – Dżina – zdobywca, czy Mahavira – wielki bohater (są to także przydomki twórcy Dżinizmu). Bodhisattwę jako bohatera definiuje wyraźnie fragment Prajanaparamity; dowiadujemy się z niego że ma on bez lęku wyprowadzić wszystkie czujące istoty z głębokich lasów samsary, walcząc z „wrogimi siłami”. Na koniec tego fragmentu Budda pyta swojego ucznia Subhuti – „Jeśli więc staną przeciwko niemu nieprzebrane hordy wrogów, to czy ten bohaterski człowiek opuści rodzinę i sam ucieknie z lasu?” Subhuti odpowiedział – „Nie, Panie”.

Czy historyczny Budda, prześladowany przez bandytów i mordercę Angulimalę, uciekł lub pozostawił rozwiązanie tego problemu innym? Nie – stawił opór i pokonał zabójcę przez to, co tradycyjnie uważane jest za magiczną moc. Nieważne, jak szybko Angulimala podbiegał do spacerującego Buddy, nigdy nie mógł go dogonić. O sto lat wcześniej grecki filozof Zenon(5) dowodził w swoim "Paradoksie czasu", że Achilles nigdy nie dogoni żółwia. Współcześni fizycy określają to mianem „Kwantowego Paradoksu Zenona” (Quantum Zeno effect), nazwą, którą stworzyli E. C. G. Sudarshan i B. Misra dla opisania "tłumienia jednostkowego rozwoju czasu spowodowanego przez dekoherencję kwantową..."

W innej opowieści, w jednym ze swoich poprzednich żywotów Budda płynąc statkiem zabił seryjnego mordercę, by ratować życie innych podróżnych na pokładzie. Kontekst, w którym Budda opowiedział tę apadanę swoim uczniom jest ciekawy i istotny dla wywodu który prowadzę. Pewnego dnia jeden z uczniów zauważył, że Budda ma rany poranione nogi. Uczeń zapytał, jak coś takiego mogło się przydarzyć komuś, kto osiągnął stan nirwany i Budda opowiedział im całą historię. Płynie z niej lekcja, że nie można całkowicie uciec od konsekwencji gwałtownego czynu, nawet jeśli jego realizacja jest konieczna i sprawiedliwa. Ale innym logicznym wnioskiem z tej historii jest, że jeśli Budda wybrałby ze względu na tchórzostwo lub z powodów etycznych, nie zabijanie mordercy, a przez to narażenie życia wielu ludzi, dopuściłby się daleko bardziej niemoralnego i złego czynu.

Jest to w swojej istocie głęboko przemyślana i dynamiczna interpretacja buddyjskiego działania bez przemocy, jakże różna od biernej, wygodnej, odkażonej, umywającej ręce i ze swej natury egoistycznej interpretacji Dharmy dominującej we współczesnym świecie buddyjskim. Zauważalny aspekt buddyzmu "New Age" to jego zainteresowanie pieniędzmi, sławą i swoistym tanim intelektualizmem rozpowszechnianym przez kiepskie poradniki z chwytliwymi tytułami w stylu Zen (Obserwując obserwującego, Cichy umysł, święty umysł, Życie dzięki śmierci i tak dalej). Coś takiego jest, jak sądzę, najbardziej rozpowszechnione w zinstytucjonalizowanych religiach na całym świecie i zajmowanie się tym jest stratą czasu. Wydaje mi się, że Tybetańczycy zgodzą się ze mną potępiając nauczycieli buddyjskich pobierających wysokie opłaty za udział w prowadzonych przez siebie ceremoniach, zniechęcanie, a czasami zakazywanie ludziom udziału w działaniach politycznych nawet na rzecz wolnego Tybetu i praw człowieka.

I jak można się z nimi spierać, skoro nawet były premier rządu emigracyjnego, tybetański lama i gesze nie tylko nie uczestniczy w żadnych akcjach na rzecz Tybetu, ale także zakazuje Tybetańczykom demonstrowania podczas wizyt chińskich przywódców na Zachodzie.

A równocześnie europejska telewizja pokazała Samdonga Rinpocze gdy w 2006 roku był jednym z przywódców demonstracji w Indiach przeciwko wiodącej w branży rolnej szwajcarskiej firmie SYNGENTA, której sprzeciwiają się indyjscy ekolodzy. Może więc płynie z tego duchowa nauka, że działalność polityczna jest dopuszczalne tak długo, jak długo to jest modne, rentowne i nie denerwuje Pekiniu. Dalajlama publicznie przyłączył się do opozycji protestującej przeciwko planom wybudowania ropociągu z Alberty do Teksasu. Nie mogę się nie zgadzać z Dalajlamą w tej kwestii, ale chciałbym żeby Jego Świątobliwość tak sprzeciwiał się Olimpiadzie w Pekinie albo planom budowy chińskiej kolei do Tybetu(6).

Jednak najbardziej cyniczną rzeczą jaką widziałem ostatnio, zwłaszcza w odniesieniu do samospaleń, było pismo z prośbą o wsparcie finansowe wysłane przez International Campaign for Tibet (ICT), w którym prosi się ludzi o wpłacanie pieniędzy, ponieważ „... podpaliło się 13 Tybetańczyków”. Pismo wystosowane przez organizację, która sprzeciwia się walce o niepodległość Tybetu i których ważny urzędnik napisał entuzjastyczny artykuł popierający chińską krytykę samospaleń, jako sprzecznych z buddyzmem.

------------------------

Jamyang Norbu – tybetański intelektualista, pisarz i działacz polityczny. W młodości walczył w Tybetańskim Ruchu Oporu w Mustangu, później był twórcą i dyrektorem Instytutu Amnye Machen. Od ponad 40 lat mieszka na emigracji – obecnie w Stanach Zjednoczonych. Jest autorem bloga Shadow Tibet na którym opublikowana została oryginalna wersja artykułu.

------------------------


Przypisy tłumacza:
1). Leo Rosten – urodzony w 1908 r. w Łodzi, zmarł w 1997 r. w Nowym Jorku, nauczyciel akademicki, pisarz, dziennikarz. 
2). Rénmín Rìbào – dziennik Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin wydawany w językach: chińskim, angielskim, japońskim, rosyjskim, francuskim, hiszpańskim i arabskim. 
3). Dżataka – opowieści o poprzednich wcieleniach Buddy
4). Obecnie możemy mówić już o 16 osobach. Pierwszego samospalenia dokonał w lutym 2009 r. Tapey - mnich z klasztoru Kirti. W czasie ostatnich dwunastu miesięcy podpaliło się 15 kolejnych mnichów i mniszek. 
5). Chodzi o Zenona z Elei (490-430 r. p.n.e.) filozofa greckiego, który twierdził, iż byt jest jeden, niezmienny a wszelka obserwowalna zmienność (w tym ruch) jest złudzeniem i jako sprzeczna wewnętrznie nie istnieje.
6). Kolej ułatwia masowe przesiedlenia Chińczyków Han do Tybetu


tłumaczenie T.T

14 grudnia 2011

Usłyszcie ich krzyk

Zdecydowaliśmy sie na publikację tekstu Bartka Dobrocha, który ukazal się w nr 50 Tygodnika Powszechnego. Tekst wazny i niestety jedyny w polskich mediach, ktory w tak kompleksowy i rzetelny sposob potraktował bezprecedensowe wydarzenia jakie mają obecnie miejsce w Tybecie. Artykuł uzupełniliśmy dostępnymi materiałami graficznymi.

Film jest krótki, trwa niespełna trzy minuty, jego jakość jest niska. Ale i tak jest jednym z najlepszych dowodów wydarzeń, które od kilku miesięcy wstrząsają Tybetem.

Film pojawił się w internecie pod koniec listopada. Pierwsze 20 sekund wstrząsa. Spomiędzy palców anonimowej dłoni, kryjącej telefon komórkowy – to nim nagrano ów film – ukazuje się obraz. Skrzyżowanie ulic. Ze środka kadru bucha ogień. W nim postać: nieruchoma, czarna. Płomienie obejmują ją, wzbijają się słupem ponad jej głowę. W końcu gwałtownie, jakby jednym postrzałem, powalają na ziemię ludzki kształt. Życie.


Reszta nagrania to modły, płacz i morze świec w rękach ludzi na świątynnym placu. I kolumna jadących ulicami chińskich aut-więźniarek. Sfilmowane zgromadzenie, liczące może nawet 10 tys. Tybetańczyków, miało miejsce 6 listopada na terenie klasztoru Nyitso w Tawu. „Na ulicach roi się od chińskich służb bezpieczeństwa. Kino w pobliżu klasztoru przeobrażono w bazę wojskową” – donosiła organizacja Students for a Free Tibet. Właśnie w tym mieście – położonym w Kardze, autonomicznej tybetańskiej prefekturze prowincji Syczuan w zachodnich Chinach – trzy dni wcześniej aktu samospalenia dokonała 35-letnia mniszka Palden Choetso.


Tenizn Phuntsok

Natomiast w miniony piątek, 2 grudnia, amerykańska Kampania na rzecz Tybetu poinformowała, że w pobliżu klasztoru Karma w regionie Czamdo podpalił się 40-letni były mnich Tenzin Phuntsog; mężczyzna przeżył, z ciężkimi poparzeniami trafił do szpitala. [Według ostatnich doniesień Tenzin Phuntsog zmarł w szpitalu pięć dni później, stając się siódmą znaną ofiarą serii samopodpaleń - red.]

To już dwunasta osoba, która w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy podjęła taki desperacki krok na terenie Tybetu. A ściślej: dwóch prefektur Syczuanu, leżących w obrębie historycznego tybetańskiego regionu Kham. Co najmniej sześć nie przeżyło.

Mapa pokazująca miejsca protestów - samopodpaleń w Tybecie. Źródło: ICT
Tenzin Wangmo oddała życie

Tsewang Norbu
Z klasztoru Nyitso wywodził się też Tsewang Norbu. Korpulentny, uśmiechający się na zdjęciu, podpalił się 15 sierpnia. Nazwiska innych mnichów i mniszek, którzy w podobny sposób zaprotestowali przeciw chińskiej okupacji Tybetu, wymienia np. „Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie Tybetu, w szczególności samospalenia mniszek i mnichów”.

Khayang, źródło: TCHRD
Choepel, źródło TCHRD
 Dwóch byłych mnichów klasztoru Kirti, 19-letni Choepel i 18-letni Kayang, którzy podpalili się 7 października, zmarło w szpitalu. Inni mnisi z Kirti, 17-letni Kelsang Wangchuk i 19-letni Norbu Damdrul, którzy podpalili się 3 i 15 października, prawdopodobnie przeżyło. Pierwszy został porwany przez chińskich żołnierzy, którzy ugasili ogień – i ciężko pobili Wangchuka; dalszy los obu nie jest znany.

Samopodpalenie 25 października przeżył prawdopodobnie też Dawa Tsering, 38-letni mnich z prefektury Kardze. Dokonał go podczas religijnego rytuału w klasztorze, na oczach setek ludzi. Poparzonego, mnisi ukryli w budynkach klasztornych, które wkrótce otoczyła policja; dalszych informacji o jego losie brak. Kilka dni wcześniej podobnego aktu – ze skutkiem śmiertelnym – dokonała 20-letnia mniszka Tenzin Wangmo, pierwsza Tybetanka, która uciekła się do tak radykalnego protestu.

Dawa Tsering

Pierwszym zaś w tym roku był Phuntsog. 20-latek nieprzypadkowo wybrał datę 16 marca: tego dnia w 2008 r. w mieście Ngaba policja stłumiła protesty duchownych i świeckich. Wśród zabitych były ciężarna kobieta, 5-letnie dziecko i 16-letnia uczennica. Dlatego gdy teraz, trzy lata później – jak pisze blogerka i poetka tybetańska Oser – „wielu Tybetańczyków uczciło pamięć ofiar, zapalając w świątyniach i domach maślane lampki, Phuntsog – mnich klasztoru Kirti – oddał im cześć, podpalając siebie”.

Phuntsok

Samobójstwo: apel polityczny

Władze nie ukrywały samobójstwa Phuntsoga. Doniosła o nim nawet rządowa agencja Xinhua, przedstawiając jednak mnicha jako osobę psychicznie chorą, a nawet sugerując, że klasztor ponosi współwinę za tę śmierć. Podobna sytuacja miała miejsce już w 2009 r., gdy podpalił się Tapey, również mnich z klasztoru Kirti – co było pierwszym i jedynym znanym przed 2011 r. takim przypadkiem w Tybecie. Ponieważ świat obiegło zdjęcie człowieka w zakonnych szatach, płonącego na ulicy jak pochodnia, chińskie media nie zaprzeczyły wydarzeniu. Za to ukryły fakt, że mnich został postrzelony przez policjanta. „Phuntsog też nie umarł tylko od ognia. Poza poparzeniami miał rany zadane przez policjantów. Pobito go na śmierć. Zabito” – pisze Oser.


Teraz listę ofiar dopełniają dwaj nastoletni bracia Phuntsoga, Lobsang Kelsang oraz Lobsang Kunchok, którzy podpalili się 26 września na rynku w Ngabie; obaj przeżyli i zostali zabrani przez policję.
– Nic nie wskazuje, żeby oni wszyscy realizowali jakiś wspólny plan. Samobójstwo nie jest w Tybecie niczym nowym, zwłaszcza pod rządami chińskimi – ocenia Adam Kozieł z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Raport sprawozdawcy ONZ ds. wolności religii, Asmy Jahangira, z 2010 r. ujawnia listę 14 innych mnichów lub mniszek, którzy popełnili samobójstwa od 2008 r. (dokonali tego w inny sposób, nie przez samospalenie). – Nowe jest to, że ludzie odbierają sobie życie publicznie, aby stało się to przesłaniem politycznym – wyjaśnia Kozieł.

Rzeczywiście, wszystkim tegorocznym aktom samobójczym towarzyszyły apele tych mnichów i mniszek – o wolność dla Tybetu i powrót do ojczyzny Dalajlamy, duchowego przywódcy Tybetańczyków.
Jamyang Norbu, tybetański intelektualista, mieszkający na emigracji w USA, wzywa do poszanowania ofiary młodych duchownych, „tak, jak oni by chcieli, by była widziana: jako wołanie o podjęcie walki o wolność i niepodległość Tybetu”. „Bezcelowe jest interpretowanie działań podjętych przez młodych ludzi jako nawoływanie do poszanowania praw człowieka, wolności religijnej czy »autonomii« w obrębie ChRL” – twierdzi Jamyang Norbu.

Reedukacja i inwigilacja

Nie ma wątpliwości, że samospalenie jest szczególną formą odebrania sobie życia. Samobójstwo dokonywane jest zwykle we własnym imieniu; jest aktem egoistycznym. Tymczasem do samospalenia nie popycha Tybetańczyków pragnienie ucieczki przed rzeczywistością, tylko pragnienie zmiany tejże rzeczywistości – i wykrzyczenie przesłania, w imieniu towarzyszy niedoli.

Do tak skrajnych kroków skłania zaś sytuacja. Od kilku lat nawet na tle całej chińskiej tyranii, pod którą pozostaje Tybet, sąsiadujące od wschodu z terenem Autonomii Tybetańskiej prefektury Ngaba i Kardze poddane są szczególnej kontroli. Lawinowo rosną w nich nakłady władz na „bezpieczeństwo”. Klasztory, zwłaszcza Kirti, skąd wywodziło się pięciu mnichów-samobójców, obsadzone są urzędnikami i funkcjonariuszami, którzy prowadzą tzw. „edukację patriotyczną” lub po prostu inwigilację. Z kompleksu świątynnego, w którym żyło ok. 2500 mnichów, wywieziono lub/i uprowadzono w ostatnich miesiącach kilkuset z nich.

– Niektórzy z tych, którzy dokonali próby samospalenia, to mnisi wyrzuceni z klasztoru w wyniku tzw. akcji reedukacyjnej. Wykluczenie to wielki problem dla mnicha jako jednostki, jeżeli jest w klasztorze od dziecka i nie miał ani innego wykształcenia, ani zawodu – ocenia Agata Bareja-Starzyńska, tybetolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

– Tych ludzi zagnano do tak wąskiego narożnika, że wybrali ekstremalny środek protestu, do którego buddyzm z jednej strony zniechęca, uznając każde życie za cenne, a z drugiej strony patrzy z najwyższym szacunkiem na akty bezinteresownego poświęcenia – mówi Adam Kozieł.

– W buddyzmie pojawia się zawahanie, czy można coś komuś skutecznie odradzać czy doradzać, bo skutki karmiczne, czyli to, jaki ten czyn ostatecznie będzie miał efekt, nie są znane krytykującej osobie – tłumaczy Bareja-Starzyńska. – Może się okazać, że ten, kto dokonał samospalenia, to bodhisattwa, czyli ktoś, kto był w stanie przewidzieć, że to, co zrobi, przyniesie znacznie lepsze konsekwencje, niż to, że będzie żył przez kolejne 10 lat. Dlatego nawet Dalajlama nie żąda kategorycznie: „Zaprzestańcie tego!”. Mówi raczej: „Zastanówcie się”.

„Próba ognia”

Jedna z najsłynniejszych dżatak, legendarnych opowieści o poprzednich wcieleniach Buddy, przypomniana w filmie „Mały Budda” Bertolucciego, opowiada o żywocie Buddy jako bodhisattwy, który na widok tygrysicy głodującej z młodymi dał się jej pożreć – ofiarował zwierzęciu i młodym swoje ciało. Nikt nie traktuje tego w buddyzmie jako samobójstwa, ale raczej jako akt najwyższej szczodrości. A szczodrość w buddyzmie mahajany jest jedną z sześciu paramit, czyli doskonałości prowadzących do osiągnięcia oświecenia.

„Kto dziś pamięta, że pierwszego aktu samospalenia dokonał mnich buddyjski w Chinach w 397 r. n.e.?” – pyta w ogłoszonym w „The Hindustan Times” tekście pt. „Tybet. Próba ognia” pisarz i aktywista Tenzin Tsundue. I powołuje się na esej mieszkającego w Kanadzie chińskiego historyka Jan Yun-hua, zatytułowany „Buddyjskie akty samospalenia w średniowiecznych Chinach”, w którym Yun-hua podaje przykłady 50 mnichów poddających się takiej „próbie ognia”.

Tenzin Tsundue pisze: „Idea wang-shen czy yi-shen – dosłownie oznaczająca »opuścić lub utracić ciało« – czerpała głównie z pochodzącego z Indii buddyjskiego tekstu „Sutry Lotosu”. Przytoczona jest w nim historia Bhaisajyaraja, który osiągnął stan bodhisattva, dokonując samopodpalenia. Zgodnie z wierzeniami jego głębokie oddanie spowodowało, że ogień trawił jego ciało przez 1200 lat”.

Dlatego także w duchu ofiary, owego „głębokiego oddania”, wietnamski mistrz buddyzmu Thich Nhat Hanh komentował najsłynniejszy akt samospalenia w dziejach – dokonany przez swego rodaka, mnicha Thich Quang Duca z klasztoru w Hue.

Tchic Quang Duc, fot. Malcolm Browne
11 czerwca 1963 r. Duc zatrzymał swe auto na skrzyżowaniu ulic niedaleko buddyjskiej pagody w Sajgonie. Jeden z towarzyszących mu mnichów położył na asfalcie poduszkę, na której Duc usiadł w medytacyjnej pozycji lotosu. Grupa mnichów otoczyła go szczelnym kordonem, a jeden z nich wylał na modlącego się Duca kanister benzyny. A ten – protestując przeciw represyjnej polityce prezydenta Wietnamu Południowego i prześladowaniu buddystów – zapalił zapałkę.

„Krzyk zwykłego człowieka”

Przed przybyciem do Sajgonu Duc zadbał o rozgłos dla swego protestu, powiadamiając m.in. fotografa Malcolma Browna. Ten przyznał później: „Po latach mam jednak poczucie, że przyczyniłem się do tej śmierci. Że ten stary mnich nie zrobiłby tego, nie będąc pewnym obecności reportera, który przekaże jego świadectwo światu”.

Czarno-białe zdjęcie Browna nagrodzono Pulitzerem i World Press Photo. Dziś znane jest też z okładki albumu grupy Rage Against The Machine i singla „Killing In The Name”, który został „hymnem” rockowego buntu niecałe 30 lat po tym, jak Duc popełnił samobójstwo.

Jego samospalenie doczekało się naśladowców w Wietnamie i miało zapewne jakiś udział – dziś powiedzielibyśmy: wizerunkowy – w odwróceniu sympatii społeczeństw Zachodu od Wietnamu Południowego, walczącego wtedy, przy wsparciu wojsk zachodnich (głównie USA) z agresją komunistycznego Wietnamu Północnego.

Ryszard Siwiec, źródło: Wikipedia
Ale po podobny gest rozpaczy sięgano także na innych kontynentach i w innych okolicznościach. Także w Polsce: we wrześniu 1968 r., podczas dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, w proteście przeciw agresji Układu Warszawskiego na Czechosłowację podpalił się Ryszard Siwiec. W 1980 r. na krakowskim Rynku przeciw przemilczeniu zbrodni katyńskiej zaprotestował – podpalając się – emerytowany piekarz Walenty Badylak, były żołnierz AK.

Podobnie jak dziś władze chińskie, rządzący PRL-em tuszowali prawdę o tych aktach, ubierając je w historie o psychicznych chorobach ich bohaterów. Dlatego do masowej świadomości postać Siwca dotarła dopiero w 1991 r. dzięki filmowi dokumentalnemu „Usłyszcie mój krzyk” w reżyserii Macieja Drygasa. Słychać w nim jego głos, nagrany wcześniej, przed śmiercią: „Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie”.

Jan Palach

Wtedy, cztery miesiące po Siwcu, samospalenia na praskim placu Wacława dokonał – w podobnym proteście – student filozofii Uniwersytetu Karola, Jan Palach. Podobnie jak kiedyś w Wietnamie i dziś w Tybecie, jego czyn znalazł w Czechosłowacji naśladowców.

Arabska inspiracja?

Dziś wielu komentatorów sądzi, że inspiracji do serii samospaleń tybetańskich mnichów i mniszek należy szukać nie w Azji, ale tysiące kilometrów stąd – w „Arabskiej Wiośnie Ludów”.

Mohamed Bouazizi
Do pierwszego samospalenia w Tybecie doszło bowiem zaledwie w dwa miesiące po tym, jak Mohamed Bouazizi, zwykły tunezyjski sprzedawca warzyw, podpalił się na znak protestu po tym, jak miejskie władze skonfiskowały mu stragan – jedyne źródło utrzymania – i dodatkowo upokorzyły go, gdy próbował interweniować u lokalnego urzędnika.

Samobójstwo Bouaziziego – który został ciężko poparzony i po kilku dniach zmarł w szpitalu – stało się iskrą, która „podpaliła” najpierw Tunezję, a potem Egipt, Libię, Bahrajn, Jemen i Syrię... Z wiadomym ciągiem dalszym.

– Władze chińskie wydają się przerażone arabską rewolucją, o czym świadczą doniesienia o ich absurdalnych ruchach – twierdzi znawca Tybetu, Adam Sanocki. – Gdy mianowicie chińscy blogerzy domagali się kontynuacji „Jaśminowej rewolucji” (jak potocznie nazwano ten zryw w Tunezji) w Chinach, władze w Pekinie zakazały nawet sprzedawania kwiatów jaśminu, powodując załamanie cen hurtowych.

Preludium rewolucji?

Tybetańczyk Jamyang Norbu uważa, że obecne samospalenia w Tybecie są preludium tego, co może nastąpić w lutym i marcu 2012 r. – w setną rocznicę zbrojnego wystąpienia przeciw chińskiemu imperium oraz powstania wolnego i niepodległego Tybetu. I jakkolwiek szokująco brzmi to w ustach Tybetańczyka, Jamyang Norbu głosi: „Być może w końcu kierownictwo walki o wolność zostało przekazane tym, którzy są gotowi za nią umrzeć”.

Co my, ludzie Zachodu, możemy zrobić w sprawie samopodpalających się Tybetańczyków – oprócz pisania kolejnych rezolucji i apeli? Możemy usłyszeć ich krzyk. Poczuć żar. Nie milczeć w obojętności – jak robią do tej pory nawet media – aby ich ofiara nie poszła na marne. Nie wzywać, jak chińskie władze, do powstrzymania tych aktów. Ale – znowu: jakkolwiek szokująco to zabrzmi – uszanować dramatyczne decyzje tych mniszek i mnichów.

Bohater-narrator „Małej Apokalipsy” Tadeusza Konwickiego, najgłośniejszej polskiej powieści z motywem samospalenia, wzywa w ostatnich słowach: „Ludzie, dodajcie sił każdemu na świecie, kto o tej porze idzie ze mną na całopalenie”.

W naszym milczeniu i bezsilności zapłonie w Tybecie jeszcze wiele ludzkich pochodni, a ich życie dopali się w bezsensie. Ale przez ciche przyzwolenie na ugaszenie tybetańskich nadziei i marzeń, iskra oddolnego gniewu może paść gdzie indziej. Na przykład na chińskie ambasady.


Bartek Dobroch - dziennikarz, współpracownik "Tygodnika Powszechnego", laureat nagrody dziennikarskiej Amnesty International "Pióro Nadziei 2009" za cykl tekstów o losach tybetańskiej diaspory w Indiach i Nepalu, nominowany do Grand Press 2010 w kategorii "wywiad".
---------------------
Działaj: poprzyj międzynarodowy apel w sprawie dyplomatycznej interwencji w Tybecie: www.StandUpForTibet.org

Wyślij list do Prezydenta RP o podjęcie pilnych działań na rzecz Tybetu.


Wspieraj działania na rzecz Tybetu!