Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rangzen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rangzen. Pokaż wszystkie posty

14 grudnia 2011

Usłyszcie ich krzyk

Zdecydowaliśmy sie na publikację tekstu Bartka Dobrocha, który ukazal się w nr 50 Tygodnika Powszechnego. Tekst wazny i niestety jedyny w polskich mediach, ktory w tak kompleksowy i rzetelny sposob potraktował bezprecedensowe wydarzenia jakie mają obecnie miejsce w Tybecie. Artykuł uzupełniliśmy dostępnymi materiałami graficznymi.

Film jest krótki, trwa niespełna trzy minuty, jego jakość jest niska. Ale i tak jest jednym z najlepszych dowodów wydarzeń, które od kilku miesięcy wstrząsają Tybetem.

Film pojawił się w internecie pod koniec listopada. Pierwsze 20 sekund wstrząsa. Spomiędzy palców anonimowej dłoni, kryjącej telefon komórkowy – to nim nagrano ów film – ukazuje się obraz. Skrzyżowanie ulic. Ze środka kadru bucha ogień. W nim postać: nieruchoma, czarna. Płomienie obejmują ją, wzbijają się słupem ponad jej głowę. W końcu gwałtownie, jakby jednym postrzałem, powalają na ziemię ludzki kształt. Życie.


Reszta nagrania to modły, płacz i morze świec w rękach ludzi na świątynnym placu. I kolumna jadących ulicami chińskich aut-więźniarek. Sfilmowane zgromadzenie, liczące może nawet 10 tys. Tybetańczyków, miało miejsce 6 listopada na terenie klasztoru Nyitso w Tawu. „Na ulicach roi się od chińskich służb bezpieczeństwa. Kino w pobliżu klasztoru przeobrażono w bazę wojskową” – donosiła organizacja Students for a Free Tibet. Właśnie w tym mieście – położonym w Kardze, autonomicznej tybetańskiej prefekturze prowincji Syczuan w zachodnich Chinach – trzy dni wcześniej aktu samospalenia dokonała 35-letnia mniszka Palden Choetso.


Tenizn Phuntsok

Natomiast w miniony piątek, 2 grudnia, amerykańska Kampania na rzecz Tybetu poinformowała, że w pobliżu klasztoru Karma w regionie Czamdo podpalił się 40-letni były mnich Tenzin Phuntsog; mężczyzna przeżył, z ciężkimi poparzeniami trafił do szpitala. [Według ostatnich doniesień Tenzin Phuntsog zmarł w szpitalu pięć dni później, stając się siódmą znaną ofiarą serii samopodpaleń - red.]

To już dwunasta osoba, która w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy podjęła taki desperacki krok na terenie Tybetu. A ściślej: dwóch prefektur Syczuanu, leżących w obrębie historycznego tybetańskiego regionu Kham. Co najmniej sześć nie przeżyło.

Mapa pokazująca miejsca protestów - samopodpaleń w Tybecie. Źródło: ICT
Tenzin Wangmo oddała życie

Tsewang Norbu
Z klasztoru Nyitso wywodził się też Tsewang Norbu. Korpulentny, uśmiechający się na zdjęciu, podpalił się 15 sierpnia. Nazwiska innych mnichów i mniszek, którzy w podobny sposób zaprotestowali przeciw chińskiej okupacji Tybetu, wymienia np. „Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie Tybetu, w szczególności samospalenia mniszek i mnichów”.

Khayang, źródło: TCHRD
Choepel, źródło TCHRD
 Dwóch byłych mnichów klasztoru Kirti, 19-letni Choepel i 18-letni Kayang, którzy podpalili się 7 października, zmarło w szpitalu. Inni mnisi z Kirti, 17-letni Kelsang Wangchuk i 19-letni Norbu Damdrul, którzy podpalili się 3 i 15 października, prawdopodobnie przeżyło. Pierwszy został porwany przez chińskich żołnierzy, którzy ugasili ogień – i ciężko pobili Wangchuka; dalszy los obu nie jest znany.

Samopodpalenie 25 października przeżył prawdopodobnie też Dawa Tsering, 38-letni mnich z prefektury Kardze. Dokonał go podczas religijnego rytuału w klasztorze, na oczach setek ludzi. Poparzonego, mnisi ukryli w budynkach klasztornych, które wkrótce otoczyła policja; dalszych informacji o jego losie brak. Kilka dni wcześniej podobnego aktu – ze skutkiem śmiertelnym – dokonała 20-letnia mniszka Tenzin Wangmo, pierwsza Tybetanka, która uciekła się do tak radykalnego protestu.

Dawa Tsering

Pierwszym zaś w tym roku był Phuntsog. 20-latek nieprzypadkowo wybrał datę 16 marca: tego dnia w 2008 r. w mieście Ngaba policja stłumiła protesty duchownych i świeckich. Wśród zabitych były ciężarna kobieta, 5-letnie dziecko i 16-letnia uczennica. Dlatego gdy teraz, trzy lata później – jak pisze blogerka i poetka tybetańska Oser – „wielu Tybetańczyków uczciło pamięć ofiar, zapalając w świątyniach i domach maślane lampki, Phuntsog – mnich klasztoru Kirti – oddał im cześć, podpalając siebie”.

Phuntsok

Samobójstwo: apel polityczny

Władze nie ukrywały samobójstwa Phuntsoga. Doniosła o nim nawet rządowa agencja Xinhua, przedstawiając jednak mnicha jako osobę psychicznie chorą, a nawet sugerując, że klasztor ponosi współwinę za tę śmierć. Podobna sytuacja miała miejsce już w 2009 r., gdy podpalił się Tapey, również mnich z klasztoru Kirti – co było pierwszym i jedynym znanym przed 2011 r. takim przypadkiem w Tybecie. Ponieważ świat obiegło zdjęcie człowieka w zakonnych szatach, płonącego na ulicy jak pochodnia, chińskie media nie zaprzeczyły wydarzeniu. Za to ukryły fakt, że mnich został postrzelony przez policjanta. „Phuntsog też nie umarł tylko od ognia. Poza poparzeniami miał rany zadane przez policjantów. Pobito go na śmierć. Zabito” – pisze Oser.


Teraz listę ofiar dopełniają dwaj nastoletni bracia Phuntsoga, Lobsang Kelsang oraz Lobsang Kunchok, którzy podpalili się 26 września na rynku w Ngabie; obaj przeżyli i zostali zabrani przez policję.
– Nic nie wskazuje, żeby oni wszyscy realizowali jakiś wspólny plan. Samobójstwo nie jest w Tybecie niczym nowym, zwłaszcza pod rządami chińskimi – ocenia Adam Kozieł z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Raport sprawozdawcy ONZ ds. wolności religii, Asmy Jahangira, z 2010 r. ujawnia listę 14 innych mnichów lub mniszek, którzy popełnili samobójstwa od 2008 r. (dokonali tego w inny sposób, nie przez samospalenie). – Nowe jest to, że ludzie odbierają sobie życie publicznie, aby stało się to przesłaniem politycznym – wyjaśnia Kozieł.

Rzeczywiście, wszystkim tegorocznym aktom samobójczym towarzyszyły apele tych mnichów i mniszek – o wolność dla Tybetu i powrót do ojczyzny Dalajlamy, duchowego przywódcy Tybetańczyków.
Jamyang Norbu, tybetański intelektualista, mieszkający na emigracji w USA, wzywa do poszanowania ofiary młodych duchownych, „tak, jak oni by chcieli, by była widziana: jako wołanie o podjęcie walki o wolność i niepodległość Tybetu”. „Bezcelowe jest interpretowanie działań podjętych przez młodych ludzi jako nawoływanie do poszanowania praw człowieka, wolności religijnej czy »autonomii« w obrębie ChRL” – twierdzi Jamyang Norbu.

Reedukacja i inwigilacja

Nie ma wątpliwości, że samospalenie jest szczególną formą odebrania sobie życia. Samobójstwo dokonywane jest zwykle we własnym imieniu; jest aktem egoistycznym. Tymczasem do samospalenia nie popycha Tybetańczyków pragnienie ucieczki przed rzeczywistością, tylko pragnienie zmiany tejże rzeczywistości – i wykrzyczenie przesłania, w imieniu towarzyszy niedoli.

Do tak skrajnych kroków skłania zaś sytuacja. Od kilku lat nawet na tle całej chińskiej tyranii, pod którą pozostaje Tybet, sąsiadujące od wschodu z terenem Autonomii Tybetańskiej prefektury Ngaba i Kardze poddane są szczególnej kontroli. Lawinowo rosną w nich nakłady władz na „bezpieczeństwo”. Klasztory, zwłaszcza Kirti, skąd wywodziło się pięciu mnichów-samobójców, obsadzone są urzędnikami i funkcjonariuszami, którzy prowadzą tzw. „edukację patriotyczną” lub po prostu inwigilację. Z kompleksu świątynnego, w którym żyło ok. 2500 mnichów, wywieziono lub/i uprowadzono w ostatnich miesiącach kilkuset z nich.

– Niektórzy z tych, którzy dokonali próby samospalenia, to mnisi wyrzuceni z klasztoru w wyniku tzw. akcji reedukacyjnej. Wykluczenie to wielki problem dla mnicha jako jednostki, jeżeli jest w klasztorze od dziecka i nie miał ani innego wykształcenia, ani zawodu – ocenia Agata Bareja-Starzyńska, tybetolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

– Tych ludzi zagnano do tak wąskiego narożnika, że wybrali ekstremalny środek protestu, do którego buddyzm z jednej strony zniechęca, uznając każde życie za cenne, a z drugiej strony patrzy z najwyższym szacunkiem na akty bezinteresownego poświęcenia – mówi Adam Kozieł.

– W buddyzmie pojawia się zawahanie, czy można coś komuś skutecznie odradzać czy doradzać, bo skutki karmiczne, czyli to, jaki ten czyn ostatecznie będzie miał efekt, nie są znane krytykującej osobie – tłumaczy Bareja-Starzyńska. – Może się okazać, że ten, kto dokonał samospalenia, to bodhisattwa, czyli ktoś, kto był w stanie przewidzieć, że to, co zrobi, przyniesie znacznie lepsze konsekwencje, niż to, że będzie żył przez kolejne 10 lat. Dlatego nawet Dalajlama nie żąda kategorycznie: „Zaprzestańcie tego!”. Mówi raczej: „Zastanówcie się”.

„Próba ognia”

Jedna z najsłynniejszych dżatak, legendarnych opowieści o poprzednich wcieleniach Buddy, przypomniana w filmie „Mały Budda” Bertolucciego, opowiada o żywocie Buddy jako bodhisattwy, który na widok tygrysicy głodującej z młodymi dał się jej pożreć – ofiarował zwierzęciu i młodym swoje ciało. Nikt nie traktuje tego w buddyzmie jako samobójstwa, ale raczej jako akt najwyższej szczodrości. A szczodrość w buddyzmie mahajany jest jedną z sześciu paramit, czyli doskonałości prowadzących do osiągnięcia oświecenia.

„Kto dziś pamięta, że pierwszego aktu samospalenia dokonał mnich buddyjski w Chinach w 397 r. n.e.?” – pyta w ogłoszonym w „The Hindustan Times” tekście pt. „Tybet. Próba ognia” pisarz i aktywista Tenzin Tsundue. I powołuje się na esej mieszkającego w Kanadzie chińskiego historyka Jan Yun-hua, zatytułowany „Buddyjskie akty samospalenia w średniowiecznych Chinach”, w którym Yun-hua podaje przykłady 50 mnichów poddających się takiej „próbie ognia”.

Tenzin Tsundue pisze: „Idea wang-shen czy yi-shen – dosłownie oznaczająca »opuścić lub utracić ciało« – czerpała głównie z pochodzącego z Indii buddyjskiego tekstu „Sutry Lotosu”. Przytoczona jest w nim historia Bhaisajyaraja, który osiągnął stan bodhisattva, dokonując samopodpalenia. Zgodnie z wierzeniami jego głębokie oddanie spowodowało, że ogień trawił jego ciało przez 1200 lat”.

Dlatego także w duchu ofiary, owego „głębokiego oddania”, wietnamski mistrz buddyzmu Thich Nhat Hanh komentował najsłynniejszy akt samospalenia w dziejach – dokonany przez swego rodaka, mnicha Thich Quang Duca z klasztoru w Hue.

Tchic Quang Duc, fot. Malcolm Browne
11 czerwca 1963 r. Duc zatrzymał swe auto na skrzyżowaniu ulic niedaleko buddyjskiej pagody w Sajgonie. Jeden z towarzyszących mu mnichów położył na asfalcie poduszkę, na której Duc usiadł w medytacyjnej pozycji lotosu. Grupa mnichów otoczyła go szczelnym kordonem, a jeden z nich wylał na modlącego się Duca kanister benzyny. A ten – protestując przeciw represyjnej polityce prezydenta Wietnamu Południowego i prześladowaniu buddystów – zapalił zapałkę.

„Krzyk zwykłego człowieka”

Przed przybyciem do Sajgonu Duc zadbał o rozgłos dla swego protestu, powiadamiając m.in. fotografa Malcolma Browna. Ten przyznał później: „Po latach mam jednak poczucie, że przyczyniłem się do tej śmierci. Że ten stary mnich nie zrobiłby tego, nie będąc pewnym obecności reportera, który przekaże jego świadectwo światu”.

Czarno-białe zdjęcie Browna nagrodzono Pulitzerem i World Press Photo. Dziś znane jest też z okładki albumu grupy Rage Against The Machine i singla „Killing In The Name”, który został „hymnem” rockowego buntu niecałe 30 lat po tym, jak Duc popełnił samobójstwo.

Jego samospalenie doczekało się naśladowców w Wietnamie i miało zapewne jakiś udział – dziś powiedzielibyśmy: wizerunkowy – w odwróceniu sympatii społeczeństw Zachodu od Wietnamu Południowego, walczącego wtedy, przy wsparciu wojsk zachodnich (głównie USA) z agresją komunistycznego Wietnamu Północnego.

Ryszard Siwiec, źródło: Wikipedia
Ale po podobny gest rozpaczy sięgano także na innych kontynentach i w innych okolicznościach. Także w Polsce: we wrześniu 1968 r., podczas dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, w proteście przeciw agresji Układu Warszawskiego na Czechosłowację podpalił się Ryszard Siwiec. W 1980 r. na krakowskim Rynku przeciw przemilczeniu zbrodni katyńskiej zaprotestował – podpalając się – emerytowany piekarz Walenty Badylak, były żołnierz AK.

Podobnie jak dziś władze chińskie, rządzący PRL-em tuszowali prawdę o tych aktach, ubierając je w historie o psychicznych chorobach ich bohaterów. Dlatego do masowej świadomości postać Siwca dotarła dopiero w 1991 r. dzięki filmowi dokumentalnemu „Usłyszcie mój krzyk” w reżyserii Macieja Drygasa. Słychać w nim jego głos, nagrany wcześniej, przed śmiercią: „Usłyszcie mój krzyk, krzyk szarego, zwyczajnego człowieka, syna narodu, który własną i cudzą wolność ukochał ponad wszystko, ponad własne życie”.

Jan Palach

Wtedy, cztery miesiące po Siwcu, samospalenia na praskim placu Wacława dokonał – w podobnym proteście – student filozofii Uniwersytetu Karola, Jan Palach. Podobnie jak kiedyś w Wietnamie i dziś w Tybecie, jego czyn znalazł w Czechosłowacji naśladowców.

Arabska inspiracja?

Dziś wielu komentatorów sądzi, że inspiracji do serii samospaleń tybetańskich mnichów i mniszek należy szukać nie w Azji, ale tysiące kilometrów stąd – w „Arabskiej Wiośnie Ludów”.

Mohamed Bouazizi
Do pierwszego samospalenia w Tybecie doszło bowiem zaledwie w dwa miesiące po tym, jak Mohamed Bouazizi, zwykły tunezyjski sprzedawca warzyw, podpalił się na znak protestu po tym, jak miejskie władze skonfiskowały mu stragan – jedyne źródło utrzymania – i dodatkowo upokorzyły go, gdy próbował interweniować u lokalnego urzędnika.

Samobójstwo Bouaziziego – który został ciężko poparzony i po kilku dniach zmarł w szpitalu – stało się iskrą, która „podpaliła” najpierw Tunezję, a potem Egipt, Libię, Bahrajn, Jemen i Syrię... Z wiadomym ciągiem dalszym.

– Władze chińskie wydają się przerażone arabską rewolucją, o czym świadczą doniesienia o ich absurdalnych ruchach – twierdzi znawca Tybetu, Adam Sanocki. – Gdy mianowicie chińscy blogerzy domagali się kontynuacji „Jaśminowej rewolucji” (jak potocznie nazwano ten zryw w Tunezji) w Chinach, władze w Pekinie zakazały nawet sprzedawania kwiatów jaśminu, powodując załamanie cen hurtowych.

Preludium rewolucji?

Tybetańczyk Jamyang Norbu uważa, że obecne samospalenia w Tybecie są preludium tego, co może nastąpić w lutym i marcu 2012 r. – w setną rocznicę zbrojnego wystąpienia przeciw chińskiemu imperium oraz powstania wolnego i niepodległego Tybetu. I jakkolwiek szokująco brzmi to w ustach Tybetańczyka, Jamyang Norbu głosi: „Być może w końcu kierownictwo walki o wolność zostało przekazane tym, którzy są gotowi za nią umrzeć”.

Co my, ludzie Zachodu, możemy zrobić w sprawie samopodpalających się Tybetańczyków – oprócz pisania kolejnych rezolucji i apeli? Możemy usłyszeć ich krzyk. Poczuć żar. Nie milczeć w obojętności – jak robią do tej pory nawet media – aby ich ofiara nie poszła na marne. Nie wzywać, jak chińskie władze, do powstrzymania tych aktów. Ale – znowu: jakkolwiek szokująco to zabrzmi – uszanować dramatyczne decyzje tych mniszek i mnichów.

Bohater-narrator „Małej Apokalipsy” Tadeusza Konwickiego, najgłośniejszej polskiej powieści z motywem samospalenia, wzywa w ostatnich słowach: „Ludzie, dodajcie sił każdemu na świecie, kto o tej porze idzie ze mną na całopalenie”.

W naszym milczeniu i bezsilności zapłonie w Tybecie jeszcze wiele ludzkich pochodni, a ich życie dopali się w bezsensie. Ale przez ciche przyzwolenie na ugaszenie tybetańskich nadziei i marzeń, iskra oddolnego gniewu może paść gdzie indziej. Na przykład na chińskie ambasady.


Bartek Dobroch - dziennikarz, współpracownik "Tygodnika Powszechnego", laureat nagrody dziennikarskiej Amnesty International "Pióro Nadziei 2009" za cykl tekstów o losach tybetańskiej diaspory w Indiach i Nepalu, nominowany do Grand Press 2010 w kategorii "wywiad".
---------------------
Działaj: poprzyj międzynarodowy apel w sprawie dyplomatycznej interwencji w Tybecie: www.StandUpForTibet.org

Wyślij list do Prezydenta RP o podjęcie pilnych działań na rzecz Tybetu.


Wspieraj działania na rzecz Tybetu!

19 października 2011

Rangzen mero – trudna droga do wolności

Publikujemy kolejny, krytyczny artykuł Jamyanga Norbu. Nawiązuje on do ostatnich dramatycznych protestów w Ngaba, a także stanowi kontynuację serii artykułów poświęconych zmianom w tybetańskich władzach na emigracji. W połączeniu z oświadczeniem Dalajlamy o przyszłości wypełnianej przez niego funkcji, zmiany te stanowią najważniejsze wydarzenia w tybetańskiej historii. Stąd wydaje nam się istotne, aby prezentować różne, także te krytyczne głosy w tej sprawie.


-----------------------------------

W połowie grudnia ubiegłego roku, Mohamed Bouazizi – skromny tunezyjski sprzedawca warzyw, podpalił się na znak protestu przeciwko skonfiskowaniu jego majątku oraz nieustającemu nękaniu i poniżaniu przez policję i lokalne władze. Wydarzenie to zapoczątkowało falę protestów, które doprowadziły do upadku autokratycznego reżimu i ochrzczone zostało mianem „jaśminowej rewolucji”. „Jaśminowa rewolucja” zwana też „Arabska wiosną” zaowocowała pokojową rewolucją w Egipcie, zbrojnym powstaniem w Libii (zakończona upadkiem dyktatora), wystąpieniami w Bahrainie, Syrii i Jemenie, demonstracjami w Izraelu, Algierii, Iraku, Jordanii, Maroku i Omanie.


W 12 dni po śmierci Mohameda Bouaziziego, w Tybecie rozpoczęła się fala samospaleń, póki co miało doszło do 8 tego typu wydarzeń*. “15 października 2011 r. o 11:50, były mnich klasztoru Kirti – Norbu Damdul podpalił się w centrum miasta Ngaba. Płonąc Norbu Damdul wznosił okrzyki: „całkowita wolność dla Tybetu’ i „powrót Dalajlamy do Tybetu””.
Norbu Damdul
Inne dwa samospalenia miały miejsce tydzień temu – 7 października. „Około 11:30 czasu lokalnego, 19-letni Choephel i 18-letni Khayang – mnisi z Kirti, podpalili się w centrum Ngaba”. „Świadkowie poinformowali, że stojąc w płomieniach mnisi nawoływali Tybetańczyków do zjednoczenia i powstania przeciwko chińskiemu rządowi, domagali się także wolności dla Tybetu i powrotu Dalajlamy z wygnania”.

Trzy dni wcześniej, 3 października, około 14 czasu lokalnego, młodziutki nowicjusz „Kesang Wangchuk przemaszerował ulicami Ngaba niosąc portret Dalajlamy i wznosząc okrzyki przeciwko rządom Chińczyków w Tybecie, po czym podpalił się”.
Kesang Wangchuk
W ubiegłym miesiącu – 26 września, 2 nastoletnich mnichów z klasztoru Kirti - Lobsang Kalsang i Lobsang Kunchok, „podpaliło się w centrum miasta Ngaba. Ich dalsze losy i stan zdrowia nie są znane”.
Lobsang Kunchok i Lobsang Kalsang 
Samospalenie Lobsanga Kunchoka, film przemycony z Tybetu

18 sierpnia, tybetańsku mnich z klasztoru Nyitso w Tawu - Tsewang Norbu (lat 29), zmarł po tym jak, podpalił się domagając się „wolności wżynania, niepodległości Tybetu i powrotu Dalajlamy”.
Tsewang Norbu
Na początku roku – 16 marca, popołudniu, 16-letni mnich z klasztoru Kirti – Puntsog, dokonał samospalenia.
Puntsok
Powinniśmy także pamiętać o wydarzeniach sprzed 2 lat, kiedy to 27 lutego 2009 r. inny mnich z klasztoru Kirti – Tapey, został postrzelony przez policję w trakcie próby samospalenia. Mnich został aresztowany, wiele wskazuje na to, że przeżył, jednakże jego dalsze losy nie są znane.
Tapey
Wszystkie raporty i komentarze w światku tybetańskim na uchodźstwie podkreślają „tragiczność”, „koszmarność”, „desperację” tych czynów. Organizacje polityczne, aktywiści oraz grupy wspomagające sprawę tybetańską domagają się interwencji ONZ-tu. Organizowane są czuwania, demonstracje i strajki głodowe. Pojawiły się także głosy, że wobec groźby wystąpienia kolejnych akcji tego typu należy podjąć jakieś działania zniechęcające potencjalnych samobójców. Wszystkie te oświadczenia, ogromna troska i wsparcie są w rzeczywistości niezbędne by świat zwrócił uwagę na sytuację Tybetańczyków, jednakże jeżeli wypowiadające je osoby nie potrafią poprzez pierwsze wrażenie – grozy i przerażenia - zobaczyć ofiary młodych mnichów, tak, jakby oni chcieli by była widziana – jako wołanie o podjęcie walki o wolności i niepodległość Tybetu, to mogą one wprowadzać w błąd i być w niezamierzony sposób protekcjonalne.
Bezcelowe jest także interpretowanie działań podjętych przez młodych ludzi jako nawoływanie do poszanowania praw człowieka, wolności religijnej czy „autonomii” w obrębie ChRL, jak chciałby to widzieć brytyjski The Independent.


Nie ma wątpliwości, że ludzie ci działali nie z powodu desperacji, nie dlatego, że nie mogli tak dłużej żyć, nie z chęci upomnienia się o wolny Tybet. Raporty o samospaleniach są bardzo ogólne, ale jedno co z nich jasno wynika to fakt, że były to akty politycznego protestu przeciwko chińskim rządom w Tybecie, dokonywane pod hasłami „niepodległy i wolny Tybet” (bhod rawang-rangzen) oraz powrotu Dalajlamy do Tybetu. To ostatnie żądanie musi być rozumiane we właściwym historycznym kontekście, jako że Dalajlama był zawsze i przede wszystkim postrzegany jako suwerenny władca Tybetu nie tylko przez tych, dla których był przywódcą duchowym ale i Tybetańczyków należących do innych szkół buddyzmu tybetańskiego oraz bonpów, tybetańskich muzułmanów i chrześcijan, którzy mają własnych przywódców duchowych.

Tupten Ngodup
Jest bardziej niż prawdopodobne, że młodzi ludzie zainspirowali się, jak wielu w kręgach tybetańskich, ofiarą Tubtena Ngodupa – byłego żołnierza i jednego z wyzwolicieli Bangladeszu, który podpalił się w kwietniu 1998 r. Zrobił to całkowicie świadomie, bez emocji. Był w pełni sił, zdrowy i wesoły, nie miał problemów finansowych, żył w wolnym kraju, w małej chatce medytacyjnej otoczonej kwiatami. Ale zrobił to w imię bhod rawang-rangzen – tybetańskiej wolności i niepodległości.

Pamięci Tuptena Ngodupa

Tych ośmiu młodych ludzi musiało słyszeć lub przeczytać gdzieś o czynie Mohameda Buazizi, zwłaszcza że na początku tego roku chińscy blogerzy i aktywiści na wieść o rozprzestrzenianiu się Arabskiej Wiosny domagali się rozpoczęcia jaśminowej rewolucji w Chinach. Piętnastu zagranicznych dziennikarzy aresztowano 6 marca podczas “największego od dwóch dekad starcia między chińskimi władzami a zagranicznymi mediami”. Zew rewolucji objął 30 wielkich miast (wliczając w to Hongkong i Taiwan), co zaniepokoiło władze ChRL. Cytując Hilary Clinton: „boją się, i próbują zatrzymać historię, co jest zadaniem głupiego. Nie uda im się to. Ale będą się starali, tak długo, jak to tylko możliwe”. The New York Times donosi, że władze w Pekinie zakazały sprzedawania kwiatów jaśminu (dodatek do herbaty – przyp. tłumacza), powodując załamanie cen hurtowych. Aresztowano 35 działaczy praw człowieka, między innymi znanego artystę Ai’a Weiwei.

Samospalenie 8 młodych mnichów jest rewolucyjnym aktem najwyższej ofiary, która ma zmobilizować Tybetańczyków do podjęcia działań, tak jak czyn Momaheda Buazizi obudził ludzi na Bliskim Wschodzie od lat będących pod jarzmem strachu, apatii cynizmu i leku, do obalenia dyktatorów, najwyższych przywódców i jedynie słusznych prezydentów.

Nowe przywództwo


Rewolucyjne wydarzenia mające miejsce w Tybecie od 2008 r. wskazują, że to stamtąd wskazywany jest kierunek, jaki powinna obrać walka o Tybet. Pisząc „kierunek” nie mam na myśli nie będącej rządem, administracji na uchodźstwie, która zastąpiła Tybetański Rząd na Uchodźstwie – prawdopodobnie najdłużej działający wygnańczy rząd doby Zimnej Wojny. Rządy na uchodźstwie w epoce zimnej wojny miał dość marne szanse powrotu do wyzwolonych krajów, z których wcześniej zostały zmuszone do ucieczki, nawet jeśli większość z tych rządów była uznawana i wspierana przez takie mocarstwa jak USA i Wielka Brytania. Polska utrzymywała w Londynie rząd na uchodźstwie przez całą II wojnę światową i późniejszą okupację sowiecką, ale to nie on lecz obywatelski ruch oporu Solidarność – niezależne związki zawodowe doprowadziły do tego że Polska zrzuciła w 1990 r. sowieckie jarzmo. Czesi także mieli podczas II wojny światowej rząd na uchodźstwie w Londynie. Powrócił on do Czechosłowacji w 1945 r. ale kraj został całkowicie zagarnięty przez blok Sowiecki, zwłaszcza po roku 68. kiedy radzieckie czołgi przetoczyły się przez Pragę. Czechosłowacja oswobodziła się dopiero w grudniu 1989 r. dzięki „aksamitnej rewolucji” (sametová revoluce). Pod okupacją sowiecką Kraje Bałtyckie zapewniły sobie wolność w dużej mierze przez niezależne przedstawicielstwa dyplomatyczne. Litwa miała konsulaty w Chicago i w Rzymie, a łotewskie służby dyplomatyczne reprezentujące niepodległą Łotwie miały biura w Nowym Jorku i Londynie. Jedynie Estonia miała w Szwecji od 1953 do 1992 r. rząd na uchodźstwie (i konsulat w Nowym Jorku). Ale wolność przyszła do państw bałtyckich w całości przez kampanie cywilnego oporu w latach 1980, jedną z nich była "Śpiewająca Rewolucja." Film dokumentalny (dostępny na DVD) pod tym tytułem ukazał się w 2007 roku i powinien go obejrzeć każdy działacz sprawy tybetańskiej. Najbardziej spektakularną (dosłownie) i najbardziej znaną z tych kampanii był "Bałtycki łańcuch" (lub Łańcuch wolności) – pokojowa demonstracja polityczna do której doszło 23 sierpnia 1989 roku. Około dwóch milionów ludzi wzięło się za ręce, tworząc łańcuch ludzi ciągnący się przez ponad 600 km w trzech krajach bałtyckich. Takie symboliczne, ale potężne działania nie tylko doprowadziło do uwolnienia tych starożytnych narodów, lecz bezpośrednio przyczyniło się do rozpadu Związku Radzieckiego. Uderzające w tych wszystkich zakończonych sukcesem rewolucjach jest to, że rządy na wygnaniu w żaden sposób nie brały w nich udziału, a nawet wydaje się, że nie przyczyniły się do powstań obywatelskich, które w końcu wyzwoliły te kraje. Wolność przyszła do tych okupowanych narodów poprzez ich własny wysiłek, odwagę i poświęcenie. Oczywiście skorzystały one z największych zmian geopolitycznych, które miały miejsce na całym świecie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Zgłębiam kwestię walki o wolność i rządów na uchodźstwie od czasu gdy nasz tybetański rząd na uchodźstwie sam się zlikwidował tego lata. Wielu z moich znajomych, byłych urzędników i działaczy ruchu rangzen jest głęboko wstrząśniętych i zmartwionych decyzją Dalajlamy o zakończeniu istnienia rządu emigracyjnego i zastąpienia go czymś w rodzaju organizacji pozarządowej. Pojawiły się nawet obawy, że sprawa Tybetu i jego wolności, mogłaby znacznie ucierpieć z powodu kryzysu w Dharamsali.
Oczywiście w pierwszym dziesięcioleciu naszego wygnania, istnienie rządu emigracyjnego było naprawdę niezbędne, nie tylko ze względu na walkę o wolność i zachowanie tybetańskiej kultury, ale także dla nas samych by utrzymać naszą tożsamość. Pomimo wewnętrznych kłótni, o czym pisałem w innych postach, nie ma wątpliwości, że w kilku pierwszych lat po marcu 1959 roku rząd na uchodźstwie wykonał ogromną pracę. Zacząłem pracować w pełnym wymiarze godzin dla rządu emigracyjnego w 1968 roku, chociaż już kilka lat wcześniej pracowałem wolontariacko jako nauczyciel w szkole podczas moich ferii zimowych. Byłem naprawdę zaskoczony i pod wrażeniem organizacji rządu emigracyjnego oraz poświęcenia jego urzędników. Mam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się zrozumieć, jak pierwsi tybetańscy uchodźcy pokonali tak wiele ogromnych przeszkód na drodze do utworzenia rządu emigracyjnego, i dlaczego potem rząd zrezygnował z podstawowej misji, uwstecznił się i stał się organizacją, której jedynym oczywistym celem wydaje się być, haniebne i zbliżone do farsy, przetrwanie. W poprzednim poście, który zamieściłem na blogu – Początek końca – opowiedziałem się za zachowaniem przez Dalajlamę funkcji symbolicznej głowy państwa i potępiłem degradację rządu emigracyjnego do roli organizacji pozarządowej. Nie dosyć wyraźnie widziałem, że nie tylko polityczna żywotność rządu emigracyjnego w naturalny sposób się kończy ale być może rezygnacja Dalajlamy i koniec rządu na uchodźstwie wydarzyły się we właściwym czasie.

Jeśli sięgniemy pamięcią do rewolucyjnych wydarzeń 2008 roku, kiedy Lhasa stanęła w płomieniach, to z pewnością przypomnimy sobie tysiące Tybetańczyków na całym płaskowyżu, spieszących z klasztorów, domów i namiotów, zjeżdżających konno z gór, powiewając flagami Tybetu i domagając się wolności i niezależności Tybetu . Ponadto z pewnością pamiętamy pięć głównych organizacji emigracyjnych, zjednoczonych w Ruchu Powstania Ludowego (People’s Uprising Movement) i ich Marsz Pokoju do Tybetu. Tybetańczycy na wygnaniu (i przyjaciele) na całym świecie podjęli liczne protesty i "kampanię kreatywnych działań" wspierających powstanie w Tybecie, sprzeciwiających się organizacji igrzysk w Pekinie i sztafecie znicza olimpijskiego.


Podświadomie wypieramy z pamięci oświadczenie Dalajlamy, że zrezygnuje ze swojego urzędu jeśli Tybetańczycy nie zakończą rozruchów w Lhasie. Możemy również nie pamiętać o tym, że Dalajlama nakazał pięciu organizacjom powstrzymać marsz do Tybetu, a premier Samdong Rinpocze stworzył "Komitety Solidarności" mające na celu powstrzymanie protestujących organizacji przed paleniem flag chińskich i wznoszeniem okrzyków "Wolny Tybet" czy "Chiny precz z Tybetu." Kilka lat wcześniej Samdong Rinpocze zabronił Tybetańczykom demonstrowania przeciwko chińskim przywódcom odwiedzającym USA. Czy wszystkie wydarzenia z 2008 r. mogły doprowadzić do czegoś większego? Bardzo dobrze pamiętam, ich niezwykłą siłę i zasięg. Można było wyraźnie wyczuć, że nadchodzi nowy początek, nowe radykalne pomysły.  Ale nigdy nie poznamy prawdy. Dharamsala, dokonując duchowego i emocjonalnego szantażu, stopniowo spuściła powietrze ze wszystkich nadziei i odwagi ludzi i zakończyła ten rok orgią zbiorowej hipokryzji i pochlebstw, zwanych Specjalnym Październikowym Posiedzeniem. 

Mój największy strach, mój najgłębiej skrywany lęk, jest zakorzeniony w marzeniu mojego życia. Moim marzeniem jest, by w niezbyt odległej przyszłości, w okresie spowolnienia gospodarki w Chinach, i jednocześnie kilku poważnych konfliktów wewnętrznych (nawet rewolucji), powstania rangzen wybuchły całym Tybecie (i ewentualnie Turkmenistanie i Mongolii) i uczyniły realną możliwość odzyskania niepodległości. Ten scenariusz nie jest tak surrealistyczny, jak się wydaje. To to już się kiedyś wydarzyło, w 1912 roku. Ale kiedy wygrywa mój strach, widzę jak w niezbyt odległej przyszłości, kiedy dojdzie do rewolucji, tybetańskie przywództwo "przekonane" przez sponsorów z Zachodu, którzy chcą zachować kontrolę nad chińską gospodarką i ochronić swoje portfele inwestycyjne, oświadczy, że Tybet jest częścią z ChRL i że Tybetańczycy nie mają innych aspiracji niż bycie lojalnymi obywatelami ChRL. Prawie to samo, co mówią teraz. Zdesperowane Chiny mogą nawet rzucać Dharamshali kości i pozwolić kolejnej delegacji (23?) na odwiedzenie Pekinu, a może nawet pozwolą Dalajlamie udać się z wizytą na górę Mt. Wutaishan (Riwo-tsenga). Ale to zabije rewolucję. Tym razem Dalajlama nie wydał żadnych oświadczeń dotyczących samospaleń, a administracja na wygnaniu nie domaga się ich powstrzymania. Jestem wdzięczny za to, ale nie wstrzymuję oddechu. Być może w końcu kierownictwo walki o wolność zostało przekazane tym, którzy są gotowi za nią umrzeć.

Droga naprzód


Drogą na przód dla tych, którzy wierzą w rangzen (tyb. niepodległość - przypis tłumacza) jest połączyć się z naszymi braćmi i siostrami w Tybecie i znaleźć sposób by wesprzeć nadchodzącą rewolucję. Mamy tą samą rolę do odegrania, co młodzi Arabowie mieszkający w USA i Europie, a którzy przyłączyli się do rewolucji w Tunezji, Egipcie I Libii, wspierając swoimi umiejętnościami medycznymi, komunikacyjnymi, dostępem do mediów, które zapewniły sukces Arabskiej Wiośnie. Musimy się jednak do tego przygotować – przedyskutować wszystko na forum. Jestem przekonany, że stanie się to wkrótce. Mimo że są nie załatwione sprawy, które należało poruszyć tu, w tym poście. Naszym pierwszym zadaniem jest wysłanie sygnału ludziom w Tybecie, którzy z pewnością słyszeli o rezygnacji Dalajlamy i zamknięciu rządu na uchodźstwie. Wielu z nich musi czuć się zagubionych, a niektórzy z pewnością doszli do wniosku że uchodźcy porzucili sprawę tybetańską. Musimy wysłać im jasną wiadomość – jakiekolwiek wieści dochodzą was z Dharamsali walka o niepodległość Tybetu trwa nadal, na całym świecie; inspiruje nas wasza ofiara, zaangażowanie i odwaga. Najlepszą okazją do wysłania tej wiadomości będzie nadchodzący 10 marca, zwłaszcza, że będzie to 100 rocznica zbrojnego wystąpienia przeciwko chińskiemu imperium w 1912 r. i powstania wolnego i niepodległego Tybetu. W lutym 1912 r. wybuchło powstanie w Chinach. Chińskie wojska grabiły i terroryzowały mieszkańców Lhasy. Wielki historyk Shajabpa informuje nas, iż przebywający na uchodźstwie w Dardżylingu XIII Dalajlama wysłał swoich 2 urzędników Jampę Tendara i Trimona Norbu Wangyala by stanęli na czele ruchu oporu. 26 marca wypowiedziano wojnę Chińczykom i w mieście rozgorzały walki. Po roku brutalnych starć, Chińczycy poddali się i zostali odesłani z powrotem do Chin przez Indie. Następnego roku Dalajlama powrócił do wolnego Tybetu.

10 marca 2012 roku wszyscy Tybetańczycy i przyjaciele Tybetu powinni się spotkać na wielkich demonstracjach / spotkaniach / festiwalach, jakich nie wiedziano wcześniej. Powinny być one nadzwyczajne, ekspresyjne, innowacyjne, zwracające uwagę, by świat, a co ważniejsze nasi bracia i siostry w Tybecie usłyszeli naszą zbiorową odpowiedź (ramgyo) na wiadomość o rewolucji, wolności i niepodległości jaką wysyłają nam z przez góry i łąki Tybetu. Wiadomość, którą słali nam przez lata w
swoich wierszach, pieśniach, pismach, demonstracjach i zawieszaniu flagi a także przez ich łzy, cierpienie, zniszczone życia oraz ofiary samospalenia.


Ognie, które zapłonęły w Delhi, Kirti i Kanze zostały ugaszone, ale parafrazując Jego Świątobliwość: „… ogień prawdy nigdy nie zagaśnie”, a naszą rolą jest strzec i pielęgnować ten cenny żar prawdy, wolności i niepodległości do chwili gdy będziemy mogli je ponownie rozniecić w sercach ludzi na całym płaskowyżu Tybetańskim. 
Tłumaczenie TT
----------------

Jamyang Norbu – tybetański intelektualista, pisarz i działacz polityczny. W młodości walczył w Tybetańskim Ruchu Oporu w Mustangu, później był twórcą i dyrektorem Instytutu Amnye Machen. Od ponad 40 lat mieszka na emigracji – obecnie w Stanach Zjednoczonych. Jest autorem bloga Shadow Tibet na którym opublikowana została oryginalna wersja artykułu.

----------------


* W momencie publikowania tego artykułu pojawiła się informacja o dziewiątym przypadku samopodpalenia się w Ngaba - tym razem kobiety, 20-letniej mniszki klasztoru Mame Dechen Chokhorling – Tenzin Wangmo.

Podpisz międzynarodową petycję w sprawie ostatnich wydarzeń w Tybecie: Stand Up for Tibet