Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

14 czerwca 2010

„No entrence for visi tors”

Anna B.



“No entrence for visi tors” – dokładnie taki napis widniał przy jednym z mijanych przeze mnie pomieszczeń w Pałacu Potala.
„Ironia” pomyślałam.
Ten napis mógłby stanowić metaforę i opisywać istotę polityki chińskiej wobec Tybetu. Biorąc pod uwagę stosunek Państwa Środka wobec Tybetu, jego ciągłej izolacji, otwierania, zamykania granic równie dobrze opis ten mógłby znajdować się na przejściu granicznym w Kodari. Już same regulacje obowiązujące przy przekraczaniu granicy z Nepalu do Tybetu są co najmniej niedorzeczne. Całe zamieszanie z wycieczką oraz tym, że turysta nie może poruszać się po Tybecie na własną rękę jest częścią strategii rządu chińskiego. Poza tym, sądzę, że nie tylko Chiny czerpią z tego korzyści.
Ale do rzeczy. Chcąc dostać się do Tybetu od strony Nepalu należy wykupić wycieczkę w biurze podróży w Katmandu. O wizę chińską należy ubiegać się (oczywiście) w ambasadzie chińskiej, ale w Katmandu, a nie jak to zwykle bywa w kraju zamieszkania lub najbliższej placówce ambasady odwiedzanego kraju. Nawet wiza chińska znajdująca się już w paszporcie traci ważność – zostaje opatrzona pieczątką: „cancelled”. Wizę chińską, tzw. grupową otrzymuje się na osobnej kartce A4 i obowiązuje ona ściśle z „Tibet Permit”, który znajduje się w rękach przewodnika. Jest ona ważna dokładnie na taką ilość dni, na jaką została wykupiona wycieczka. Wizę zwraca się przy wyjeździe z Tybetu. Moja podróż trwała od 22 do 29 września 2009 roku. Jak się okazało w najgorszym dla odwiedzającego czasie, bo w przededniu 60 rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej – oznaczało to wzmożoną kontrolę. Do granicy tybetańsko-nepalskiej w Kodari cała nasza grupa dotarła autobusem. Odcinek, od punktu nepalskiej odprawy przez Most Przyjaźni, aż do punktu granicznego Tybetu – łącznie około pięćset metrów – pokonywaliśmy już samodzielnie, na własnych nogach. Strona nepalska to „wielki harmider”: autobusy, ciężarówki, żołnierze. Z wielkim trudem przeciskaliśmy się z plecakami między tym, co się tam działo. Po odprawie, po stronie nepalskiej i kontroli na czerwonej linii Mostu Przyjaźni, przeszłam dalej. Nasz nepalski przewodnik już w drodze do granicy instruował nas bardzo dokładnie, jak mamy się zachowywać na przejściu. Zwrócił naszą uwagę na pewną grupę posiadanych przedmiotów: zdjęcia i książki. Fotografie Dalajlamy, publikacje jego autorstwa, wydawnictwa dotyczące historii Tybetu rzecz jasna musiały zniknąć. I tak „Siedem lat w Tybecie”, na które chińscy celnicy mają podobno szczególną „alergię”, powędrowało do rąk małego Nepalczyka.


W chińskim punkcie granicznym, budynku dzielącym Nepal od Tybetu, dało się odczuć napięcie, panującą ciszę i coś w rodzaju pustki. Opisując tę sytuację – bardziej kolokwialnie – czuło się, że coś wisi w powietrzu. Żadnej uprzejmości, jak mniemam, przez chińskich celników uważanej za zbędną. Urzędnicze twarze były ukryte pod maseczkami. Każdy z nich wykonywał dokładnie takie same ruchy, bez żadnego słowa. Dłońmi, osłoniętymi rękawiczkami, wskazywali czego od nas oczekują. Jeszcze przed rozpoczęciem naszej odprawy okazało się, że oryginały permitów nie dotarły. Podobno to nic nadzwyczajnego i jest to wpisane w plan podróży. Po mniej więcej dwóch godzinach oczekiwania okazało się, że możemy przekroczyć granicę i spędzić noc, gdzieś blisko niej. Ruszyć w dalszą drogę – w głąb Tybetu – będziemy mogli po dostarczeniu na granicę permitów.


Nasz nepalski przewodnik przedstawił urzędnikowi listę grupy i na tym jego rola się skończyła. Teraz każdy z nas, pojedynczo i według listy, podchodził do odprawy bagażowej, później paszport, skaner bagażu i jeszcze raz paszport. Cała procedura przebiegała z zachowaniem ścisłego porządku, który wyznaczał szereg linii odpowiadających za to, gdzie ma się znajdować bagaż lub osoba. Wszelkie odstępstwa od tych reguł wywoływały w urzędnikach rodzaj paniki, zaczynali szybko mówić, wpadali w popłoch i już wiadomo było, że osoba lub bagaż są w niewłaściwym miejscu. W pierwszej kolejności rozpakowywanie bagażu. Bardzo starannie przeglądali kartka po kartce. Czerwona lampka zapalała się strażnikowi przy słowie Dalajlama. Inną pozycją, która nie mogła opuścić przejścia był przewodnik Lonely Planet. Powędrował do kosza. Rewizja plecaka i bagażu podręcznego, drobiazg po drobiazgu. Po opuszczeniu budynku czuło się ogromną ulgę, ale i wielkie zmęczenie. Po stronie tybetańskiej czekał nasz przewodnik. Zapytałam go czy jest Tybetańczykiem. Potwierdził. Powiedziałam, że to bardzo dobrze, bo nie wyobrażam sobie innej sytuacji. Tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie i obchodziło kogokolwiek, co myślę i co sobie wyobrażam. Jakby to miało cokolwiek zmienić. Wcześnie rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Grupa składała się z 19 osób, pochodzących z różnych stron świata. Było to o tyle ciekawe, że spoglądaliśmy na Tybet ze zgoła różnej perspektywy. Część osób w ogóle nie obchodziło to, co dzieje się w Tybecie i jaka panuje tu sytuacja. Inni zadawali sobie najczęściej pytanie, jak to możliwe, że to wszystko dzieje się we współczesnym świecie.


Kawalkada składająca się z pięciu samochodów terenowych ruszyła w rytm tybetańskiej muzyki. Przed nami zaczął rozpościerać się niesamowity krajobraz, którego wygląd trudno opisać słowami. Była to kraina, która zachwycała. Nie znam słowa godnego opisać krajobraz Tybetu, każde wydaje mi się zbyt banalne. Obrazy z ojczyzny Dalajlamy wyryły mi się w pamięci na zawsze i to bardzo głęboko. Jadąc przez Tybet miałam wrażenie, że jestem trochę w dwóch światach. Nazwy miejscowości, tablice informacyjne, opisy miejsc – wszystkie te informacje podawane są w dwóch językach: chińskim i tybetańskim. Czasem znalazł się również „angielski”, jednak jego dziwaczna forma tylko przypominała oryginalną wersję tego języka. Chińczycy zmieniają krajobraz Tybetu stawiając betonowe budowle w miejscach ruin tybetańskich domów. Widząc to wszystko ma się wrażenie braku spójności i kontynuacji zabudowy. Coś odchodzi.

Nasz tybetański przewodnik, z długą malą – tybetańskim różańcem – owiniętą wokół nadgarstka, a sięgającą chyba do łokcia, ciągle dawał nam wskazówki w kwestii naszego zachowania: żadnych rozmów z nieznajomymi dotyczących polityki. Jeżeli posiadamy zdjęcia Dalajlamy nie powinniśmy przekazywać ich Tybetańczykom, bo narażamy ich na problemy. W świątyniach, klasztorach prosił o nie zadawanie pytań dotyczących kwestii politycznych Tybetu. To, do czego jeszcze przykładał ogromną wagę, to miejsca które fotografujemy. Prosił, żebyśmy nie robili zdjęć żołnierzom. W Lhasie, kiedy za takie wykroczenie zostaliśmy zatrzymani, skończyło się na tym, że poprosili nas o pokazanie zdjęć, na których mieliby się znajdować. Gdy upewnili się, że ich tam nie ma, pozwolili nam pójść dalej. Z tym instruktażem przemierzaliśmy Tybet, a raczej jego maleńką część. Z Nyalam przez Lhatse, Shigatse, Gyantse, aż do stolicy Tybetu. Mijając w oddali i podziwiając, trochę na wyciągnięcie ręki: Makalu, Lhotse, Cho Oyu, Mount Everest. Cały plan naszej wycieczki i miejsca, które mogliśmy odwiedzić na tym odcinku, były dokładnie takie same, jak dla każdej innej odwiedzającej grupy. Spotykaliśmy się od czasu do czasu na trasie z innymi, ale znanymi z wiedzenia, turystami. Klasztory i świątynie udostępnione były zwiedzającym, ale tylko te, które były pod ścisłym nadzorem władz chińskich i tylko te, które Chiny popierają. Z powodu nadzoru i ogromnej liczby żołnierzy w świątyniach czy klasztorach zatraciły one dla mnie atmosferę duchowości. Stały się bardziej muzeami, przez co mnisi są jakby nie u siebie. Zresztą nasz przewodnik twierdził, że są tacy, którzy chętnie by z nich uciekli.


Dotarliśmy do granic Lhasy. Na długo przed dotarciem do centrum miasta przeszliśmy przez kilka kolejnych punktów kontrolnych: paszport, wiza, permit. Wjeżdżamy do miasta. Wygląda znajomo. Szczególnie rodzaj socrealistycznej architektury, a raczej budulec – beton. Szukam czegoś, co potwierdzałoby, że znajdujemy się w stolicy Tybetu. Nareszcie. Na wzgórzu rozpościera się widok Pałacu Potala. A pod Potalą widzę modlących się Tybetańczyków. Na przeciwko Pałacu, ogromny betonowy plac. Na placu pomnik chińskich bohaterów, którego dumy strzegą żołnierze. Taki widok: z lewej strony ulicy żołnierze i propagandowy billboard, a z prawej odprawiający modlitwę Tybetańczycy. Potala z modlącymi się Tybetańczykami i betonowy plac z chińskimi bohaterami, zupełnie jakby się ktoś pomylił, nic do siebie nie pasuje.

Lhasa dla mnie to wielkie, wojskowe koszary i chyba najbardziej strzeżone miasto. Na około stumetrowym odcinku chodnika trzy, cztery punkty, wydzielone taśmą, a za nią trzech – stojących na baczność – żołnierzy. Obok nich na chodniku: pałki, kaski i tarcze.


Oprócz tych „stojących” stanowisk były też stanowiska „siedzące”. „Siedzące” składały się ze stolika, parasola i policjantów, tajniaków – wyższa ranga. Dodatkowo ciągle mijaliśmy kilkuosobowe patrole. Szczególnie w starej, tybetańskiej części Lhasy. Na placu, przed wejściem do świątyni Jokhang, znajdowało się kilka takich „parasolowych” punktów. Przy tej wielkości placu, stanowiska rozlokowane były właściwie obok siebie. Około godziny 22 -23, w drodze powrotnej do hotelu, trafialiśmy na wieczorną odprawę. Około trzydziestu żołnierzy stojących na baczność i dowódca przekazujący rozkazy.

Nadszedł czas na odwiedziny jednego z najważniejszych miejsca dla Tybetańczyków – Pałacu Potala. Grupa turystów, która może odwiedzić Pałac, musi stawić się przy wejściu o wyznaczonej porze. Jeżeli się spóźni, traci szansę na zwiedzanie. Czas jest cenny, ma się tylko godzinę, zupełnie, jak na karuzeli. Przed wejściem do Pałacu jest przeprowadzana bardzo szczegółowa kontrola. Obowiązujące zasady są podobne do europejskich dotyczących lotnisk. Nie można wnosić: kosmetyków, butelek z napojami i innych rzeczy, które ochrona uzna za niewłaściwe. W Potali dla zwiedzających udostępnionych jest tylko kilka pomieszczeń, ale i w tej sytuacji godzina to zbyt mało, żeby posłuchać o historii tego miejsca. Nasz przewodnik został bardzo agresywnie potraktowany przez „Fire Inspektora”, bo wypadł z rytmu karuzeli i nie wywiązywał się z czasu harmonogramu zwiedzania. I tak skończył się nasz czas w Potali.

Kolejne miejsca naszych odwiedzin to klasztor Sera i "stos usypany z ziaren ryżu", klasztor Drepung. W klasztorze Sera mogliśmy wziąć udział w modlitwie mnichów. Wyglądało to tak, że w centrum znajdowali się mnisi, a dokoła turyści z aparatami i kamerami, bez żadnego zażenowania spełniali swoje operatorskie ambicje, biegając między nimi. W Norbulince było trochę inaczej. Z naszej grupy pojechało tam tylko kilka osób. Mogliśmy trochę „pooddychać” tym niezwykłym miejscem. Zaszczytem było znaleźć się przed małym pokoikiem, w którym przed ucieczką medytował JŚ XIV Dalajlama, a jeszcze większym byłoby Go tu odwiedzić. Informacje na temat letniego pałacu, chociażby na bilecie, skupiały się bardziej na jego urodzie, niż na faktach. Jedyna wzmianka historyczna to, to że był to letni pałac dalajlamów. Na szczęście znaleźliśmy sobie w Lhasie odpowiednie miejsce. Wieczorami, chodziliśmy do starego Tybetu przez Barkhor. Spędzaliśmy tam długie godziny, spacerując wąskimi uliczkami i zaglądając do mieszkań. Najważniejsza dla mnie i najciekawsza chwila to wieczór. Gdzieś około dziewiętnastej, kiedy Tybetańczycy przemierzali Barkhor, zmierzając w stronę Jokhangu na modlitwę. W każdej dłoni młynek modlitewny i tradycyjne stroje: mężczyźni z odkrytym ramieniem, długimi zaplecionymi i związanymi z tyłu głowy warkoczami, kobiety w długich spódnicach, warkoczykami i charakterystyczną turkusową biżuterią. To była wielka przyjemność być wtedy między nimi. Gdzieś pośród małych uliczek znaleźliśmy maleńką, tybetańską restauracyjkę. Składała się z kuchni i dwóch pomieszczeń – na parterze i pierwszym piętrze. Posiłki przygotowywała nam Tybetanka razem ze swoją córką. Jako że stałam się fanką obowiązkowo musiał być duży termos herbaty z masłem dri. W telewizji nadawano jakiś chiński serial, chyba oglądała go cała ulica, bo zamierał ruch. Oczywiście był wyświetlany z napisami w języku tybetańskim. Odwiedzaliśmy to miejsce przez cały okres naszego pobytu w stolicy. Jednego wieczora pojawił się jakiś krewny naszej gospodyni. Usiadł z nami. Starał się szczególnie nami zająć, chociaż nie mówił po angielsku. Sprawdzał czy niczego nam nie brakuje i ciągle uzupełniał nam szklanki Lhasa beer. Dał mi też lekcje tybetańskiego.

Ostatniego dnia rano wyruszyliśmy na lotnisko. Przed wjazdem na jego teren kolejna – kontrola dokumentów. Wjeżdżamy w strefę terminala, czas się pożegnać z naszym przewodnikiem. Jeszcze chwilę rozmawiamy, bo jakoś trudno się rozstać.
– A może za rok znów przyjedziesz do Tybetu? – zapytał mnie. – Przyjadę, ale tylko pod jednym warunkiem, jeżeli mi obiecasz, że Tybet będzie wolny, obiecujesz? – Obiecuję….
 

Pierwszego października byłam już w Katmandu. Wielkie święto Chin: 60 rocznica proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej. Policja zarówno w Nepalu, jak i w Indiach nie jest zbyt przyjazna swoim obywatelom. Przy Bodnath, buddyjskiej stupie, gdzie mieszka i prowadzi swoje interesy wielu Tybetańczyków, przy wejściu na plac rozlokowani byli żołnierze. Siedzieli z bronią, na wypadek zamieszek. Kręcili się również po całym Katmandu. Pod chińską ambasadą odbywała się demonstracja. Tybetańczycy z flagami swojego kraju protestowali przeciwko chińskiej polityce wobec Tybetu. Niemal natychmiast pojawiła się nepalska policja. Nie mieli żadnych skrupułów żeby użyć pałek. Bijąc i szarpiąc wpychali demonstrantów do radiowozów. Pytam Nepalczyka: – I co się teraz z nimi stanie? – Pójdą do więzienia, a później oddadzą ich władzom chińskim. Nic nie można zrobić, tak już jest. – odpowiada wzruszając ramionami.
-Bo rangdzen!-
[Free Tibet]

17 maja 2010

„Tybet na wariackich papierach” - komentarz Marka Kalmusa

Kilka tygodni temu Gazeta opublikowała wywiad z polskimi turystami, którzy wjechali do Tybetu bez wymaganego przez władze permitu . Turyści chwalą się między innymi, że: „Po czterech godzinach znaleźliśmy anglojęzycznego studenta i przekonaliśmy go, żeby kupił nam bilety zapewniając, że mamy wszelkie pozwolenia. Nie mieliśmy.” oraz że przemierzali Tybet przebrani za tubylców. Zdumiał mnie fakt, że Gazeta promuje całkowity brak odpowiedzialności oraz, że sądząc po wpisach na forum, tego typu wątpliwe „wyczyny” budzą powszechny entuzjazm. 

Poniżej prezentujemy komentarz znanego podróżnika i znawcy Tybetu Marka Kalmusa:


Przeczytałem uważnie wywiad z Gazety Wyborczej: „Tybet na wariackich papierach – czyli bez dokumentów” oraz wszystkie wcześniejsze internetowe komentarze. Aby nie było nieporozumień: podróżuję po różnych rejonach Tybetu od 1986 r. i doskonale znam sytuację (która zresztą zmienia się czasem nawet co kilka miesięcy jeśli chodzi m.in. o regulacje dot. turystów). Znam całkiem nieźle tradycję tybetańską i relacje tybetańsko-chińskie. Popieram też trafną uwagę autora pierwszego postu na temat chińskiego studenta, który kupił naszym podróżnikom bilety do Lhasy.

Zarówno bohaterom wywiadu jak i komentatorom oraz przyszłym turystom wybierającym się Tybetu polecam uważne przeczytanie książki: Patrick French "Tybet, Tybet" - może jednak wtedy zrozumieją, że jednak potencjalnie narażają Tybetańczyków. Patrick French naprawdę wie co pisze! Ja w pełni się z nim zgadzam.

Nieprawdą jest, że podróżując po Tybecie płaci się zawsze Chińczykom. Jak ktoś chce, może cały wyjazd zorganizować za pośrednictwem cały czas istniejących oficjalnie niewielkich agencji turystycznych w całości należących do Tybetańczyków i wyłącznie przez Tybetańczyków obsługiwanych (przewodnicy, kierowcy, hoteliki itp.). To świetna okazja, aby wspierać Tybetańczyków!

Nieprawdą jest, że za permit na Tybet trzeba płacić – lokalne władze chińskie wydają go agentom turystycznym za darmo (właśnie przed chwilą sprawdziłem to telefonicznie w Lhasie u mojego przyjaciela Tybetańczyka, prowadzącego własną agencję turystyczną).

Nieprawdą też jest, że na opuszczenie Lhasy trzeba mieć permit - jest kilka miejsc gdzie permity są sprawdzane, ale Lhasa nie jest miastem zamkniętym (niektórzy mogą mylić tu checkposty turystyczne z podobnymi, ale prowadzonymi przez drogówkę i dotyczącymi jedynie kierowców). Bez permitu można jechać z Lhasy np. do Drak Yerpa, Ganden, Tsurpu, Drikung Til, Terdrom... a nawet nad jezioro Namtso!

Uważam, że w aktualnej sytuacji (czyli od marca 2008) podróżowanie po Tybecie tak, jak to zrobili autorzy wywiadu jest nieodpowiedzialne i faktycznie jest narażaniem Tybetańczyków. My co najwyżej zapłacimy karę kilkadziesiąt-kilkaset USD (raczej za brak permitu nie zamykają na miesiąc), natomiast życzliwi nam Tybetańczycy zostają na miejscu i potencjalnie (oczywiście że zawsze) mogą z tego powodu mieć kłopoty. Nawet "urywanie się" przewodnikowi tybetańskiemu, gdy ma się wyjazd zorganizowany przez agencję, grozi co najmniej sporą grzywną dla biura, a w najgorszym przypadku utratą pracy dla przewodnika oraz licencji przez biuro.

Mam jednak nadzieję, że w przyszłości znowu będzie łatwiej samotnie włóczyć się po Dachu Świata - bo były takie okresy, nawet jeszcze całkiem niedawno. Teraz jednak, w ostatnich 2 latach sytuacja jest znacznie gorsza przede wszystkim dla Tybetańczyków, jak również dla turystów, których też dotyczą niektóre obostrzenia i zakazy.

Postuluję więc przyszłym naśladowcom Krzysztofa i Joanny by jednak spojrzeli na ten problem trochę głębiej, niż tylko poprzez pryzmat własnych ekscytujących doświadczeń w podróży i ewentualnej "sławy" z powodu wykiwania kilku chińskich urzędników.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich podróżników po Tybecie.

Marek Kalmus

PS. Stolica Tybetu nazywa się Lhasa, czyli Ziemia Bogów (od „Lha” - bóstwo, i „sa” - ziemia). Nie ma to nic wspólnego z lassem :-)


******

Marek Kalmus - uczestnik około trzydziestu wypraw w góry Turcji, Iranu, Hindukusz, Karakorum, Himalaje i do Tybetu, alpinista i przewodnik tatrzański. Geolog, filozof i dr religioznawstwa, badacz kultury tybetańskiej. Laureat nagrody specjalnej Kolosy 2008 za zasługi na polu propagowania unikatowej, duchowej i materialnej, kultury Tybetu a także prawa jego mieszkańców do własnej tożsamości narodowej.

9 maja 2010

W środku świata


Być w centrum świata. Taka chwila pewnie marzy się wielu z nas. Gdy niebo płonie tysiącem sztucznych ogni, gdy historia dzieje się na naszych oczach czujemy, że jesteśmy w centrum świata.

Tego mroźnego majowego poranka, w zapomnianym zachodnim Tybecie, u podnóża góry Kailaś trudno było powiedzieć, nawet pomyśleć, że to właśnie to miejsce, centrum wszechświata. Ale przez chwilę naprawdę tam byliśmy.

W Polsce kończyła się wiosna, nadciągały letnie upały, szafa odchudziła się o zimowe swetry, szaliki i czapki. Dla nas nie na długo. W samym środku maja kupowaliśmy termiczną odzież, ciepłe rękawiczki i zapasy czekolady. Będzie zimno. Po co jedziemy? Przecież nie będzie łatwo. Mam się wspinać? Ja? Ja, której do tej pory najwyższym zdobytym wzniesieniem była Śnieżka w Karkonoszach? Ja mam się wdrapać na przełęcz Drolma la na wysokości 5630 m n.p.m.? Wolne żarty!

Po chwili zastanowienia podjęliśmy decyzję: jedziemy do Tybetu. Chcieliśmy aby nie była to zwykła podróż po Tybecie, jakich ofertę znajdziemy w katalogach biur podróży. Chcieliśmy aby była to podróż znacząca, daleka i trudna, wyprawa godna opowieści i marzeń. Standardową trasę po Tybecie zmieniliśmy w miesięczną wyprawę na daleki zachód tybetańskich bezdroży. Postawiliśmy sobie za cel nie tylko dotarcie do Ngari, do wschodniego Tybetu ale również odbycie trzydniowej pielgrzymki wokół świętej góry Kailaś. Planowanie podróży zajęło nam kolejne miesiące, miesiące burzliwego śledzenia marcowych wydarzeń w Tybecie, społecznych niepokojów. W marcu Tybet został zamknięty. Liczyliśmy, że tylko na kilka dni, może tygodni. Początek kwietnia, Tybet znów jest otwarty. Jedziemy.

Saga Dawa to jedno z największych świąt, obchodzone przez buddystów na całym świecie. To rocznica oświecenia Buddy, dzień w którym książę Siddhartha Gautama poznał Prawdę. Dla buddystów tybetańskich to niezwykle ważne święto, szczególnie uroczyście obchodzone w jednym miejscu – pod górą Kailaś w zachodnim Tybecie.

Góra Kailaś wznosi się na wysokość ponad 6000 m n.p.m. Nie jest ani najwyższym, ani najpiękniejszym szczytem tybetańskim. Jest jednak miejscem szczególnym. Tybetańczycy wierzą, że góra Kailaś zamieszkiwana jest przez Buddę, że to jest to miejsce, które Oświecony sobie upodobał, gdzie świętości dostąpić najłatwiej. Dla hinduistów góra Kailaś symbolizuje górę Meru, mityczny środek wszechświata, centrum absolutne. To dlatego jest ważnym miejscem pielgrzymek zarówno buddystów jak i wyznawców hinduizmu.

Przed rozpoczęciem kory, czyli pielgrzymki wokół góry Kailaś, udaliśmy się na plac w pobliżu klasztoru Tarboche, który stać się miał miejscem głównych obchodów uroczystości z okazji święta Saga Dawa. Na miejsce przybyły już setki pielgrzymów z całego Tybetu oraz liczni wyznawcy z Indii. Było niezwykle gwarno, w powietrzu dała się wyczuć atmosfera wyczekiwania i niepewności, napięcia. Dla władz chińskich obchody jakiegokolwiek święta tybetańskiego były potencjalnym zagrożeniem, z okazji Saga Dawa w te odludne pustkowia ściągnięto dodatkowe oddziały wojska i policji.

Uroczystość rozpoczęła się od ceremonii religijnych, odprawianych przed pobliskim budynkiem. Mnisi grający na trąbach i uderzający w bębny zaintonowali modlitwę, następnie poprowadzili korowód wiernych w pobliże centrum placu, gdzie w oddzielonej kołem części leżał na ziemi owinięty flagami modlitewnymi drewniany pal. Na sygnał jednego z mnichów liny przywiązane do pala napięły się a on sam uniósł się na wysokość kilku metrów. Coroczne opuszczanie a następnie wśród wiwatów i modlitw ponowne stawianie drewnianego pala jest uświęconą do ponad tysiąca lat tradycją. W ten sposób nie pozostawiając żadnych wątpliwości wierni zaznaczają, gdzie znajduje się środek świata, które miejsce jest najważniejsze na ich religijnej i kulturowej mapie.

Wśród okrzyków i zachęt mężczyźni znów naprężyli liny i pal powędrował kolejne kilka metrów w górę. Wysiłkom Tybetańczyków towarzyszyły modlitwy nieustannie okrążających miejsce ceremonii pielgrzymów. Niektórzy z nich wypowiadając mantrę obchodzili pal w zadumie, inni rozsiedli się naokoło wesoło komentując przebieg ceremonii. Atmosfera głębokiego uduchowienia i magii mieszała się w nastrojem wesołego pikniku. W końcu na sygnał osoby, która kierowała przebiegiem święta liny przymocowane już do samochodów naprężyły się w swym ostatnim wysiłku i pal powędrował w górę, przyjmując pionową pozycję. Zostało to przyjęte salwą radości, w górę poszybowały kolorowe kartki z modlitwami, załopotały flagi modlitewne. Z ogromnych kadzielnic dym jałowcowy buchnął pełną parą. Tybetańczycy wiwatowali składając sobie życzenia i komentując pozycję pala. Tradycja mówi, że jeśli pal stanie stabilnie w idealnie pionowej pozycji, nie pochylając się za żadną ze stron, wróży to dobry rok dla Tybetu i wszystkich Tybetańczyków. Zadzierali więc oczy próbując wyczytać przyszłość. Rok będzie pomyślny, stwierdził stojący obok Tybetańczyk, lha rgyal lo! Niech żyją bogowie!

Tłum powoli malał, rozpraszał się. Uroczystość Saga Dawa to dla wielu tylko początek tego, po co przebyli tyle setek lub nawet tysięcy kilometrów. Tysiące Tybetańczyków przybywa co roku w okolice góry Kailaś aby spędzić kolejne godziny bądź dni na pielgrzymce wokół góry Kailaś. Odprawianie kory, czyli pielgrzymki wokół świętych jezior, gór, świątyń to część tradycji tybetańskich, która swymi korzeniami sięga setek lat wstecz. Ze wszystkich pielgrzymek wokół świętych gór, pielgrzymka wokół góry Kailaś jest najważniejsza. Tybetańczycy wierzą, że 108 krotne obejście góry gwarantuje dostąpienie oświecenia za życia, rzecz niezwykle rzadką ale i kuszącą z punktu widzenia wierzącego i praktykującego buddysty. Szlak liczący sobie 58 km gorliwi Tybetańczycy są w stanie pokonać w jeden dzień, zaczynając jeszcze w nocy, kończąc po zapadnięciu zmroku. Mniej zaprawionym w boju wędrowcom podróż zajmuje 2 i pół dnia.

Góra Kailaś jest świętością dla Tybetańczyków, nie wydaje się więc pozwoleń na wspinaczkę. Najwyżej położonym miejscem na trasie okrążającej górę była przełęcz Drolma la, leżąca na wysokości 5630 m n.p.m. Góra rzucała kuszące wyzwanie a my już wkrótce mieliśmy się przekonać, jak trudno będzie ją pokonać.

Pierwszy dzień wędrówki rozpoczął się spokojnie. Do pokonania mieliśmy kilkanaście kilometrów spokojnego, niezbyt stromego szlaku. Skute lodem strumyki towarzyszyły swym niemym szumem naszej wędrówce. Mijali nas pielgrzymi, pozdrawiając, wymieniając uśmiechy. Wszyscy mieliśmy w tej wędrówce jeden cel. Zatrzymując się na herbatę zbieraliśmy siły na dalszą podróż. Przed zmrokiem dotarliśmy do klasztoru Zutul Puk, gdzie w pobliskim guesthousie zmorzył nas sen. Na wysokości 5000 m n.p.m. sen był urywany i nie dawał spełniania, nie dawał odpoczynku. Tego najbardziej się baliśmy, wiedząc, że kolejny dzień wędrówki zacznie się bardzo wcześnie rano. Wstaliśmy przed 5, zziębnięci ogrzewaliśmy ręce kubkiem z gorącą herbatą. Pora ruszać. Naszym celem była tego dnia przełęcz Drolma la, a musieliśmy ją osiągnąć przed godziną 12 w południe, gdy słońce będzie świeciło już zbyt mocno, uprzykrzając wędrówkę. Wśród nocy ruszyliśmy przetartym przez setki lat szlakiem. Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy do zamarzniętej na wpół rzeki. Przekroczenie jej w ciemnościach było nie lada wyzwaniem. Przyświecaliśmy sobie małymi latarkami co chwila gubiąc drogę i asekurując się przed wpadnięciem do lodowatej toni. Mój oddech robił się coraz płytszy. Na wysokości ponad 5000 m zawartość tlenu spada znacznie poniżej poziomu, do którego przyzwyczajone były nasze płuca. Ból głowy, zawroty, duszność. A byliśmy ponad 600 m poniżej poziomu, do którego mieliśmy dotrzeć. Walczyłam o każdy oddech, licząc do trzech przed zrobieniem kolejnego kroku. Jeszcze nigdy nie czułam się tak słaba i niemal pokonana. Było zimno, ciemno, nie licząc słabego światła czołówki, byłam zmęczona i pełna niewiary we własne siły. Dochodziła 7 rano, delikatne chmury znaczyły szare niebo, wreszcie robiło się coraz jaśniej. Nagle odwróciłam się a moim oczom ukazał się widok, dla którego warto było podjąć wyzwanie. Mocne pomarańczowe słońce oświetliło północno-wschodnią grań góry Kailaś. Takiego niezwykłego powitania dnia nie mogłam się spodziewać. Spojrzałam w dół na odległość, którą pokonaliśmy przez ostatnie półtorej godziny. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, schronisko wydawało się na wyciągnięcie ręki. Czyżbyśmy tylko tyle przeszli? Schronisko pozostało kilkaset metrów za nami ale i kilkaset metrów poniżej miejsca, gdzie zastał nas wschód. Przed nami jeszcze wiele godzin ciężkiej wspinaczki i walki o każdy krok. Nagle obok nas przemknął starszy człowiek w trampkach i niechlujnie zawiązanej wokół szyi chustce. Nie zdążyłam podnieść głowy gdy był już kilka metrów przede mną. Odwrócił się, uśmiechnął i powrócił do modlitwy. Nie miał na nogach butów z gore texu, na rękach ciepłych wełnianych rękawiczek, nie miał na czole latarki. W jednej chwili moja chęć rozczulania się nad sobą i przeceniania włożonego wysiłku zniknęła, zastąpiła ją odważna walka i duma z powodu każdych pokonanych 10 metrów. Ostatnie 300 metrów w górę zajęło nam niemal godzinę i choć była to najtrudniejsza godzina w moim życiu nie żałuję włożonego w nią wysiłku i łez. Na przełęczy czekał na nas przewodnik z kubkiem ciepłej wody i łopot modlitewnych flag. Lha rgjal lo! Niech żyją bogowie!

Dopiero obecność tam wysoko, na ponad 5500 m n.p.m. uświadomiła mi niezmierzone trudny, z którymi zmagają się himalaiści. Nie pojęłam do końca uporu, siły i ambicji, jakie każą im stawiać każdy kolejny rok ale mam nadzieję, że choć trochę się do tego zbliżyłam. Podczas wspinaczki wielokrotnie śmiałam się w duchu, że pokusiłam się kiedyś o marzenia o Evereście, podczas gdy wdrapanie się na przełęcz Drolma la było dla mnie wysiłkiem niemal ponad siły. Na tę chwilę to był szczyt moich możliwości, absolutny Everest moich sił, wytrzymałości i uporu. Ale w końcu po co są marzenia.


Tybet – informacje praktyczne

Kiedy jechać

W Tybecie występują cztery pory roku. Dobry czas na odwiedzenie Tybetu to okres od wiosny do jesieni, najprzyjemniej jest jednak od maja do września. Do marca na niektórych przełęczach górskich leży śnieg, w lecie zdarzają się opady ale jest wtedy przyjemnie ciepło.

Dokumenty

Aby wjechać do Tybetu niezbędne jest pozwolenie, które wydaje jedynie lokalne Biuro Bezpieczeństwa Publicznego. Ostatnimi czasy władze chińskie zaostrzyły przepisy i aby wjechać do Tybetu trzeba być uczestnikiem zorganizowanej wycieczki, na szczęście taka wycieczka może liczyć tylko dwie osoby. Do uzyskania pozwolenia potrzebna jest wiza chińska (220 PLN) a o samo pozwolenie ubiega się agencja turystyczna, u której wykupuje się cały pakiet turystyczny (transport, noclegi, zwiedzanie z przewodnikiem, posiłki) lub tylko jego część. Całe formalności trwają nie więcej niż 10 dni. Aby dostać się do Tybetu od strony nepalskiej potrzebna jest wiza grupowa, przyznawana na maksimum 15 dni. Zwykłe pozwolenie obejmuje Lhasę i główne miasta w Tybecie. Jeśli wybieramy się w okolice góry Kailaś lub dalej na zachód do Królestwa Guge niezbędne są kolejne pozwolenia: Alien Travel Permit, Border Travel Permit oraz Military Area Travel Permit (łączny koszt ok. 80 USD)

Waluta

Obowiązującą w Tybecie walutą jest chiński yuan. Najlepiej wymieniać pieniądze w banku lub w hotelu, kantorów nie ma. Rzadko można płacić obcą walutą, chyba, że za wycieczkę, którą wykupujemy w miejscowej agencji.

Dojazd

Większość turystów dociera do Lhasy pociągiem z Xiningu lub z Pekinu. Pokonanie trasy z Pekinu zajmuje prawie 2 dni, bilet na pociąg kosztuje ok. 100 USD. Do Lhasy można się również dostać samolotem z wielu miast w Chinach, większość jednak z międzylądowaniem w Chengdu (250-400 USD). Wielu turystów przybywa również od strony nepalskiej, pokonując odcinek łączący Lhasę z Kathmandu słynną Autostradą Przyjaźni. Możliwy jest również wjazd do Tybetu od strony północnej, od Ali lub południowej, przez przejście graniczne w okolicach góry Kailaś.

Jak się przemieszczać

Podróżowanie po Tybecie nie jest sprawą łatwą. Pomijając fakt, że do wielu miejsc w Tybecie nie wolno turystom podróżować, nawet dotarcie do tych dla turystów dostępnych jest czasami problemem. Infrastruktura drogowa jest z roku na rok coraz lepsza, do głównych miast w Tybecie (Lhasa, Shigatse, Gyantse) doprowadzone są drogi asfaltowe. Jeśli jednak planujemy ruszyć gdzieś dalej w teren (Kailaś, Guge, Zhangmu, Litang) trzeba liczyć się z tym, że nawet dobra Toyota 4500 landcruiser nie będzie w stanie pokonać dziennie więcej niż 300-400 km. Podróżowanie publicznymi środkami transportu jest w Tybecie niemożliwe, pozostaje wynajęcie jeepa lub minibusa.


Co jeść


Do niedawna podróżowanie po Tybecie oznaczało pożegnanie się z dobrym jedzeniem a przeżycie gwarantowały zupki chińskie, puszki czy tybetański chleb, zabrany z Lhasy. Chińscy emigranci dotarli już jednak w najdalsze rejony Tybetu i obecnie zjedzenie słynnego chińskiego kurczaka gong bao czy ziemniaczków shao tudou nie stanowi żadnego problemu. Kto ma jednak dość chińszczyzny i chciałby popróbować prawdziwie tybetańskiej kuchni cały czas ma ku temu okazję. Thukpa, czyli makaron z mięsem jaka, czy tsampa, mąką jęczmienna, podawana z maślaną herbatą dostępne są niemal wszędzie za naprawdę niewielkie pieniądze.

Gdzie spać

Najtańsze są małe guesthousy i hostele, gdzie dostaniemy łóżko i miskę do mycia za 5 USD, droższe hotele to takie, w których za dwójkę z łazienką i śniadaniem zapłacimy 15-20 USD. Takie hotele dostępne są jednak tylko w dużych miastach, w Lhasie, Gyantse, w Shigatse. Na trasie musi wystarczyć nam blaszany barak lub skromne zbiorowe pokoje. Rozwiązaniem są własne namioty.

Zdrowie

Głównym problemem zdrowotnym, z jakim możemy się spotkać w Tybecie jest choroba wysokościowa. Kto na nią zachoruje, to trochę jak loteria. Najważniejsza jest powolna aklimatyzacja i nie pokonywanie dużych wysokości w zbyt krótkim czasie. Dobrze mieć ze sobą leki przeciwbólowe na wszelki wypadek choć należy pamiętać aby nie brać ich zbyt dużo, nadmierne rozrzedzenie krwi może skończyć się tragicznie. Warto zabrać ze sobą również niezbędne leki na problemy gastryczne czy antybiotyki. Na wysokości powyżej 3000 m n.p.m. słońce operuje niezwykle mocno, czego ze względu na chłód z reguły nie czujemy. Krem z wysokim filtrem jest niezbędny, zwłaszcza podczas trekkingów wysokogórskich!

Internet

Internet nie jest w Tybecie jeszcze zbyt powszechny, przy odrobinie wysiłku znajdziemy jednak kafejki internetowe, zwłaszcza w dużych miastach. Zasięg komórkowy, nawet w najdalszych zakątkach Tybetu jest doskonały.

Bezpieczeństwo

Tybet jest niezwykle bezpiecznym miejscem jeśli chodzi o turystykę. Podróżowanie w okolicach 10 marca, kiedy to przypada w Tybecie rocznica powstania w Lhasie w 1959 roku, może wiązać się z utrudnieniami. Ze względu na zamieszki, rejon ten jest często w tym okresie zamykany dla turystów. Po wydarzeniach z marca 2008, kiedy to zamieszki objęły znaczną część Tybetu, wojska chińskiego jest jednak dużo więcej niż wcześniej.

Warto wiedzieć

Tybet jest regionem bezpiecznym acz niestabilnym. W związku z sytuacją polityczną informacje w tym dziale mogą ulec dezaktualizacji. Warto przed wyjazdem dokładnie sprawdzić aktualnie wymagane dokumenty wjazdu i przejrzeć ostatnie gazety.

Etyczne podróżowanie

Podróżując samodzielnie trzeba zawsze starać się robić to mądrze i odpowiedzialnie. Wielu turystów, słysząc o sytuacji Tybetańczyków wiezie ze sobą słodycze dla dzieci czy portrety J.Ś. Dalajlamy XIV. To pierwsze nie jest zbyt mądre ze względu na brak opieki stomatologicznej, to drugie ze względu na ryzyko, na które narażamy nie siebie ale głównie osobę, którą w dobrej wierze obdarowujemy. Korzystając z agencji turystycznej warto zadbać aby była to agencja miejscowa, tybetańska a nasz przewodnik Tybetańczykiem. W ten sposób wspieramy lokalną gospodarkę.


Ewa, członkini zespołu Redakcji Tybet.blog