Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa. Pokaż wszystkie posty

28 czerwca 2010

CZAS, KTÓRY POZOSTAŁ

Buddyzm a wegetarianizm w Tybecie

Jesz mięso? To jaki z Ciebie buddysta? Nie jesz mięsa? Ach, to pewnie jesteś buddystą. Z takim zdaniem spotkał się niejeden buddysta mięsożerca lub wegetarianin nie-buddysta. Bo choć w świadomości wielu osób te dwa pojęcia: „buddyzm” i „wegetarianizm” na stałe połączone są nitką zależności, rzeczywistość jest dużo bardziej złożona. Czy wegetarianizm to filozofia życia, czy na stałe związany jest z jakąś religią i czy religię można połączyć z polityką? Te wszystkie pytania choć z pozoru niezależne łączą się ściśle z Tybetem.
„Tybet - jedno z 24 świętych miejsc, kolebka życia, to niczym wyłaniająca się znikąd świątynia ze skał” – tak głosi stary tybetański tekst. Tybet przez wieki pozostawał odizolowany od reszty świat potężnymi górami. Położony na wysokości od 4000 do 5000 metrów n.p.m. Tybet, znajduje się w samym sercu Azji. Potężne i niedostępne twierdze, o których wzmianki napływały w ciągu wieków, dały początek tajemniczym i pełnym mistyki opowieściom, Tybet stał się Shangri-lą, krainą wiecznej młodości, gdzie przezwyciężono prawa natury i gdzie można było nawiązać bezpośredni kontakt ze światem duchów - choć był to także realny świat w ściśle geograficznym, historycznym i ludzkim wymiarze.

Tybetańczycy określają swój kraj „Bod yul”, co tłumaczy się często jako „kraina śniegów”, „kraina otoczona murem śnieżnych gór”. Stąd często określa się go jako Dach Świata. Tybet nie jest już jednak mityczną Shangri-la. Polityka i obce wpływy wkradły się do Tybetu a on powoli zaczął wyłaniać się ze swej odwiecznej otoczki mistyki i czaru. Dziś Tybet częściej niż ze świątyniami, pobłyskującymi złotem w promieniach słońca, kojarzy się z obozami pracy i torturami. Ponad 50 lat chińskiej polityki sprawiło, że Tybetańczycy stali się mniejszością we własnym kraju, mniejszością dyskryminowaną, poddawaną brutalnej sinizacji na każdym kroku. Ostatnie dni i tygodnie w bardzo dramatycznych okolicznościach sprawiły, że świat przypomniał sobie o Tybecie, sprawiły, że pojawił się na ustach wszystkich, na pierwszych stronach codziennych gazet. Ale oglądany przez nas Tybet nie ma już tej magii, nie ma w nim tajemnicy, jest przerażająca rzeczywistość, krew mnichów, bunty ludności i dramatyczne apele o zaprzestanie przemocy płynące z niewielkiego miasteczka w północnych Indiach, z Dharamśali, gdzie mieści się siedziba XIV Dalajlamy, duchowego i politycznego przywódcy Tybetańczyków. Krótko po wybuchu powstania w stolicy Tybetu, Lhasie, bunty rozlały się po okolicznych prowincjach, po terenach prowincji Gansu, Qinghai, Yunnan i Syczuan. Również tam mnisi wyszli na ulicę, również tam dołączyli się do nich zwykli mieszkańcy. Niewiele osób rozumiało dlaczego tak się stało, niewielu pamiętało bowiem jak wyglądał Tybet przed agresją chińską w 1950 r. Gdy w 1965 r. chińskie władze dumnie ogłosiły światu powstanie Tybetańskiego Regionu Autonomicznego jedno spojrzenie za mapę gasiło wszelkie nadzieje o prawdziwej autonomii i poszanowaniu praw Tybetańczyków. TAR objął jedynie tereny Tybetu Centralnego, ziemie dwóch pozostałych tradycyjnie tybetańskich regionów Khamu i Amdo zostały włączone do Chińskiej Republiki Ludowej by wejść w skład czterech prowincji chińskich: Gansu, Qinghai, Yunnan i Syczuan. Tereny te jednak od wieków zamieszkiwane były przez ludność tybetańską, ludność mówiącą jednym z dialektów języka tybetańskiego, ludność określaną przez Tseringa Sakyę mianem „zjadaczy campy” bo to właśnie campa, czyli prażona mąka jęczmienna wymieszana z wodą lub mlekiem, stanowiła główny składnik pożywienia wszystkich Tybetańczyków. Ale jest jeszcze coś, co spaja wszystkich Tybetańczyków nierozerwalną nicią, coś, co powoduje, że każdy Tybetańczyk jest dumny z tego kim jest i w co wierzy - buddyzm.

„Nie da się zrozumieć Tybetu bez buddyzmu.” Te słowa XIV Dalajlamy w pełni oddają rolę religii w życiu zwykłego Tybetańczyka. Religia była i w dużej mierze wciąż jest w Tybecie wszystkim. Jest źródłem inspiracji i tożsamości narodowej, w życiu codziennym narzuca rytuały, które mają zapewnić odrodzenie, przenika wszystkie dziedziny życia i daje odpowiedzi na wszystkie pytania. Buddyzm stał się również przez wieki jedynym odniesieniem w historii Tybetu. Historię tę przedstawiano często wyłącznie przez pryzmat rozwoju religii, pozostawiając wrażenie, że na ziemiach tybetańskich nigdy nic innego się nie działo. Na dalszy plan zeszły prowadzone przez Tybetańczyków wojny, dworskie przepychanki, krwawe potyczki i walki o władzę.
Wszystko to sprawiło, że Tybet umiejscawiany jest na pierwszym miejscu buddyjskiej mapy świata. Często pomija się przy tym korzenie, z których wyrósł buddyzm tybetański, drogi jego transmisji czy wpływy, a tych znajdziemy zarówno w Indiach, jak i w Nepalu bardzo wiele.

Pierwsze kontakty Tybetu z buddyzmem datowane są na VII w. Podczas gdy w innych regionach Azji, w Chinach, w Japonii czy Korei nauki buddyjskie zdążyły już zdobyć spore uznanie, w Tybecie dopiero wówczas rozpoczął się pierwszy okres upowszechniania buddyzmu (tyb. Snga – dar). Tybetańczycy przejęli więc buddyzm w jego późnoindyjskiej wersji. Stąd właśnie różnice pomiędzy buddyzmem tybetańskim a buddyzmem obecnym w innych regionach Azji. Zanim doszło więc do wyodrębnienia różnych szkół buddyzmu tybetańskiego, Indie były głównym źródłem inspiracji, to stamtąd szły nauki, to stamtąd pochodzili najwięksi w historii Tybetu nauczyciele, m.in. Atiśa. Buddyzm, jaki rozwinął się w Tybecie pozostawał późnym odłamem buddyzmu mahajany, wyrastał więc z tradycji braminizmu, śaktyzmu, hinduizmu. Z tradycji hinduizmu buddyzm przejął jedną z naczelnych zasad, którymi buddyści na całym świecie kierują się do dzisiejszego dnia, zasadę ahinsy czyli nieszkodzenia żadnej żywej istocie a co za tym idzie niezabijania oraz niesprawiania cierpienia zarówno fizycznego jak i psychicznego. Taka postawa miała uwrażliwić i wyrobić poszanowanie dla każdej żywej istoty. Realizacja tej zasady w życiu codziennym zakładała podążanie Szlachetną Ośmiostopniową Ścieżką, która była z kolei realizacją drogi wskazanej w czwartej i ostatniej Szlachetnej Prawdzie, czyli fundamencie nauk buddyzmu. Czwarta Szlachetna Prawda mówiła o istnieniu drogi prowadzącej do zniszczenia cierpienia, drogą tą była składająca się z ośmiu czynników ścieżka, na którą składały się: właściwy pogląd, właściwe postanowienie, właściwe słowa i czyny, właściwy żywot, w końcu również właściwe dążenie, skupienie oraz medytacja. Realizacja tych wszystkich założeń i kierowanie się przy tym zasadą ahinsy zakładało konieczność działań altruistycznych, gromadzenia zasług. Podążanie drogą nieszkodzenia żadnej żywej istocie dla wielu buddystów w bezpośredni sposób przełożyło się na praktyki jedzeniowe, odrzucili mięso właśnie jako realizację naczelnej zasady ahinsy. I mimo iż sam Budda Śakjamuni nigdy nie mówił o wegetarianizmie, nigdy nie nakazywał go i nie promował, wielu buddyjskich mistrzów, nauczających już po śmierci Przebudzonego zalecało odrzucenie mięsa jako pełnię realizacji zasady ahinsy. Rzecz się jednak miała nieco inaczej w samym Tybecie.

 Tybetańczycy, choć niemal wszyscy określają się jako buddyści rzadko są wegetarianami. Powody nie przyjęcia się na terenie Dachu Świata wegetarianizmu były bardzo prozaiczne. Na wysokościach, na jakich położony jest Tybet uprawa warzyw i owoców była niezwykle trudna, możliwa w zasadzie jedynie na terenach Tybetu Centralnego, czyli tzw. Ü-Cang. Na terenach wyżej położonych, we wschodnich prowincjach Kham i Amdo oraz na terenach Płaskowyżu Tybetańskiego głównym źródłem pożywienia było jacze mięso. Jaki zawsze były najpowszechniej hodowanymi przez Tybetańczyków zwierzętami. Koczownicy nazywają je „nor”, co znaczy „bogactwo” lub „dostatek”, samicę nazywa się „’bri” (lub „’dri”). Jak jest także najbardziej pożytecznym z tybetańskich zwierząt hodowlanych. Samiec dostarcza mięsa, samica natomiast mleka, z którego wyrabia się masło, sery i jogurty. Dawnymi czasy używano skóry jaka na buty, siodła, w niektórych regionach także na łódki. Dziś jego sierść wykorzystywana jest do wyrobu namiotów, koców, sznurów u ubrań, jego kości do budowy domów, jego łajno na opał i izolację. Ale nawet w tak trudnych warunkach, w jakich przyszło żyć Tybetańczykom nie zapominali oni o zasadzie ahinsy, ale zasadę niezabijania traktowali jedynie dosłownie, mięso zwierzęcia, które nie zostało specjalnie dla nich zabite można było spożywać bez obaw o złego karmana, czyli pełnię naszych uczynków, decydującą o kolejnym wcieleniu. Ubojem zwierząt zajmowali się specjalnie do tego wyznaczeni ludzie, często byli to również chińscy muzułmanie. Zakazany był jednak ubój zwierząt w ósmy, piętnasty i ostatni dzień miesiąca, były to bowiem dni świąteczne. W odpowiedzi na pytanie czy człowiek zajmujący się ubojem zwierząt miał jakiekolwiek szanse na lepsze wcielenie po śmierci, Tybetańczycy dawali prostą i jakże pragmatyczną odpowiedź: pojedynczy grzech człowieka zajmującego się ubojem jest ogromny i ciężar karmiczny z pozoru nie do udźwignięcia ale przecież rozkłada się on na całą społeczność więc na końcu nie jest on taki ciężki…

Myśląc o Tybecie często przychodzą nam do głowy obrazy mnichów w szafranowych szatach, rozmodlonych, skupionych na medytacji. Mimo iż na przestrzeni wieków w Tybecie rozwinęło się wiele szkół buddyjskich, wspólne dla nich wszystkich było m.in. uznawanie zasad winaji, czyli reguły klasztornej, indyjskiej szkoły mulasarwastiwada. Nie wszystkie jednak szkoły za ideał stawiały przestrzegającego celibatu czy zasad wegetarianizmu mnicha. Wielu mnichów jadło mięso, pod warunkiem jednak, że zwierzę nie zostało zabite specjalnie dla nich. Sam XIV Dalajlama, jak wielu dalajlamów przed nim, kiedy mieszkał jeszcze w Tybecie jadł mięso, przestał dopiero będąc już na emigracji w Indiach. Oprócz zasad winaji wspólna dla szkół buddyzmu tybetańskiego była obecność w nich elementów nauk tantrycznych. Praktyki tantryczne skierowane jednak były tylko do szczegółowo wyselekcjonowanego grona praktykujących buddystów, występowały w nich bowiem elementy niebezpieczne, zagrażające nawet życiu. Często to, co w codziennej praktyce buddyjskiej, jak np. jedzenie mięsa czy spożywanie alkoholu, postrzegane było jako naganne, traktowane było jako nieodłączny element praktyk tantrycznych. To co zwykłego człowieka prowadziło do zguby, wtajemniczonego i zaawansowanego w naukach jogina czy tantryka  doprowadzić miało do oświecenia. Stosowano więc niekonwencjonalne metody i środki.

Zasada ahinsy, jako nadrzędna zasada, którą kierują się w swym codziennym postępowaniu buddyści, została jednak w przypadku Tybetańczyków wystawiona na ciężką próbę. Po tym jak chińskie wojska najechały Tybet w połowie XX wieku, po tym jak nie spełniły się obietnice szerokiej autonomii, wolności i szacunku dla kultury tybetańskiej XIV Dalajlama musiał uciekać przez Himalaje do Indii. W ślad za nim poszło tysiące jego rodaków. Na uchodźctwie stworzyli rząd, władze, instytucje, w końcu korzystając z gościnności indyjskiego rządu sporą społeczność tybetańską. Od wielu lat walczą o przestrzeganie praw człowieka w Tybecie, od wielu również lat XIV Dalajlama prowadzi rozmowy z rządem ChRL o uznanie autonomii, o prawa i wolności Tybetańczyków. Chińskie władze zdają się jednak nie słyszeć jego głosu. Podobnie nie słyszały go w historii. Już w czasie wizyty XIV Dalajlamy w Pekinie Mao Zedong stwierdził, że religia to tylko opium dla ludu. Później władze chińskie, tak konsekwentnie promujące ateizm, doszły do wniosku, że największą przeszkodą na drodze do panowania nad Tybetańczykami jest ich religia. Dały temu wyraz w czasie krwawej rewolucji kulturalnej (1966-1976), która kosztowała życie ponad 100 tysięcy mnichów, mniszek, rinpocze i ngagpów. Wielu z nich torturowano, wielu zmuszono do wyrzeczenia się święceń. Nie oszczędzono również starych ksiąg i klasztorów, z których, spośród  6259 ocalało do 1976 r. zaledwie 8.

Tybetański przywódca od lat głosi politykę powstrzymania się od przemocy, opartą na zasadzie ahinsy, w tym widzi jedyny sens swojej walki i jedyną szansę narodu tybetańskiego. Ostatnie wydarzenia w Tybecie pokazały jednak, że młode pokolenie Tybetańczyków, żyjące zarówno w samym Tybecie jak i na emigracji, szanując i uznając swego przywódcę odrzuca jego filozofię. Młodzi Tybetańczycy, a przynajmniej znaczna ich część nie widzą innej drogi jak walka, walka na śmierć i życie bo wiedzą, że Tybet nie ma już czasu. Dalajlama widząc niepowodzenie swojej misji zagroził odejściem, od dawna marzył bowiem o starości w zaciszu klasztoru buddyjskiego, o medytacji i pogrążeniu się w modlitwie. Stanął obecnie przed wyborem dramatycznym, religia lub polityka, ale historia pokazała, że w wypadku Tybetu są one ze sobą nierozerwalnie związane.

Tekst publikowany był w Magazynie Vege

fot. Iwona

9 maja 2010

W środku świata


Być w centrum świata. Taka chwila pewnie marzy się wielu z nas. Gdy niebo płonie tysiącem sztucznych ogni, gdy historia dzieje się na naszych oczach czujemy, że jesteśmy w centrum świata.

Tego mroźnego majowego poranka, w zapomnianym zachodnim Tybecie, u podnóża góry Kailaś trudno było powiedzieć, nawet pomyśleć, że to właśnie to miejsce, centrum wszechświata. Ale przez chwilę naprawdę tam byliśmy.

W Polsce kończyła się wiosna, nadciągały letnie upały, szafa odchudziła się o zimowe swetry, szaliki i czapki. Dla nas nie na długo. W samym środku maja kupowaliśmy termiczną odzież, ciepłe rękawiczki i zapasy czekolady. Będzie zimno. Po co jedziemy? Przecież nie będzie łatwo. Mam się wspinać? Ja? Ja, której do tej pory najwyższym zdobytym wzniesieniem była Śnieżka w Karkonoszach? Ja mam się wdrapać na przełęcz Drolma la na wysokości 5630 m n.p.m.? Wolne żarty!

Po chwili zastanowienia podjęliśmy decyzję: jedziemy do Tybetu. Chcieliśmy aby nie była to zwykła podróż po Tybecie, jakich ofertę znajdziemy w katalogach biur podróży. Chcieliśmy aby była to podróż znacząca, daleka i trudna, wyprawa godna opowieści i marzeń. Standardową trasę po Tybecie zmieniliśmy w miesięczną wyprawę na daleki zachód tybetańskich bezdroży. Postawiliśmy sobie za cel nie tylko dotarcie do Ngari, do wschodniego Tybetu ale również odbycie trzydniowej pielgrzymki wokół świętej góry Kailaś. Planowanie podróży zajęło nam kolejne miesiące, miesiące burzliwego śledzenia marcowych wydarzeń w Tybecie, społecznych niepokojów. W marcu Tybet został zamknięty. Liczyliśmy, że tylko na kilka dni, może tygodni. Początek kwietnia, Tybet znów jest otwarty. Jedziemy.

Saga Dawa to jedno z największych świąt, obchodzone przez buddystów na całym świecie. To rocznica oświecenia Buddy, dzień w którym książę Siddhartha Gautama poznał Prawdę. Dla buddystów tybetańskich to niezwykle ważne święto, szczególnie uroczyście obchodzone w jednym miejscu – pod górą Kailaś w zachodnim Tybecie.

Góra Kailaś wznosi się na wysokość ponad 6000 m n.p.m. Nie jest ani najwyższym, ani najpiękniejszym szczytem tybetańskim. Jest jednak miejscem szczególnym. Tybetańczycy wierzą, że góra Kailaś zamieszkiwana jest przez Buddę, że to jest to miejsce, które Oświecony sobie upodobał, gdzie świętości dostąpić najłatwiej. Dla hinduistów góra Kailaś symbolizuje górę Meru, mityczny środek wszechświata, centrum absolutne. To dlatego jest ważnym miejscem pielgrzymek zarówno buddystów jak i wyznawców hinduizmu.

Przed rozpoczęciem kory, czyli pielgrzymki wokół góry Kailaś, udaliśmy się na plac w pobliżu klasztoru Tarboche, który stać się miał miejscem głównych obchodów uroczystości z okazji święta Saga Dawa. Na miejsce przybyły już setki pielgrzymów z całego Tybetu oraz liczni wyznawcy z Indii. Było niezwykle gwarno, w powietrzu dała się wyczuć atmosfera wyczekiwania i niepewności, napięcia. Dla władz chińskich obchody jakiegokolwiek święta tybetańskiego były potencjalnym zagrożeniem, z okazji Saga Dawa w te odludne pustkowia ściągnięto dodatkowe oddziały wojska i policji.

Uroczystość rozpoczęła się od ceremonii religijnych, odprawianych przed pobliskim budynkiem. Mnisi grający na trąbach i uderzający w bębny zaintonowali modlitwę, następnie poprowadzili korowód wiernych w pobliże centrum placu, gdzie w oddzielonej kołem części leżał na ziemi owinięty flagami modlitewnymi drewniany pal. Na sygnał jednego z mnichów liny przywiązane do pala napięły się a on sam uniósł się na wysokość kilku metrów. Coroczne opuszczanie a następnie wśród wiwatów i modlitw ponowne stawianie drewnianego pala jest uświęconą do ponad tysiąca lat tradycją. W ten sposób nie pozostawiając żadnych wątpliwości wierni zaznaczają, gdzie znajduje się środek świata, które miejsce jest najważniejsze na ich religijnej i kulturowej mapie.

Wśród okrzyków i zachęt mężczyźni znów naprężyli liny i pal powędrował kolejne kilka metrów w górę. Wysiłkom Tybetańczyków towarzyszyły modlitwy nieustannie okrążających miejsce ceremonii pielgrzymów. Niektórzy z nich wypowiadając mantrę obchodzili pal w zadumie, inni rozsiedli się naokoło wesoło komentując przebieg ceremonii. Atmosfera głębokiego uduchowienia i magii mieszała się w nastrojem wesołego pikniku. W końcu na sygnał osoby, która kierowała przebiegiem święta liny przymocowane już do samochodów naprężyły się w swym ostatnim wysiłku i pal powędrował w górę, przyjmując pionową pozycję. Zostało to przyjęte salwą radości, w górę poszybowały kolorowe kartki z modlitwami, załopotały flagi modlitewne. Z ogromnych kadzielnic dym jałowcowy buchnął pełną parą. Tybetańczycy wiwatowali składając sobie życzenia i komentując pozycję pala. Tradycja mówi, że jeśli pal stanie stabilnie w idealnie pionowej pozycji, nie pochylając się za żadną ze stron, wróży to dobry rok dla Tybetu i wszystkich Tybetańczyków. Zadzierali więc oczy próbując wyczytać przyszłość. Rok będzie pomyślny, stwierdził stojący obok Tybetańczyk, lha rgyal lo! Niech żyją bogowie!

Tłum powoli malał, rozpraszał się. Uroczystość Saga Dawa to dla wielu tylko początek tego, po co przebyli tyle setek lub nawet tysięcy kilometrów. Tysiące Tybetańczyków przybywa co roku w okolice góry Kailaś aby spędzić kolejne godziny bądź dni na pielgrzymce wokół góry Kailaś. Odprawianie kory, czyli pielgrzymki wokół świętych jezior, gór, świątyń to część tradycji tybetańskich, która swymi korzeniami sięga setek lat wstecz. Ze wszystkich pielgrzymek wokół świętych gór, pielgrzymka wokół góry Kailaś jest najważniejsza. Tybetańczycy wierzą, że 108 krotne obejście góry gwarantuje dostąpienie oświecenia za życia, rzecz niezwykle rzadką ale i kuszącą z punktu widzenia wierzącego i praktykującego buddysty. Szlak liczący sobie 58 km gorliwi Tybetańczycy są w stanie pokonać w jeden dzień, zaczynając jeszcze w nocy, kończąc po zapadnięciu zmroku. Mniej zaprawionym w boju wędrowcom podróż zajmuje 2 i pół dnia.

Góra Kailaś jest świętością dla Tybetańczyków, nie wydaje się więc pozwoleń na wspinaczkę. Najwyżej położonym miejscem na trasie okrążającej górę była przełęcz Drolma la, leżąca na wysokości 5630 m n.p.m. Góra rzucała kuszące wyzwanie a my już wkrótce mieliśmy się przekonać, jak trudno będzie ją pokonać.

Pierwszy dzień wędrówki rozpoczął się spokojnie. Do pokonania mieliśmy kilkanaście kilometrów spokojnego, niezbyt stromego szlaku. Skute lodem strumyki towarzyszyły swym niemym szumem naszej wędrówce. Mijali nas pielgrzymi, pozdrawiając, wymieniając uśmiechy. Wszyscy mieliśmy w tej wędrówce jeden cel. Zatrzymując się na herbatę zbieraliśmy siły na dalszą podróż. Przed zmrokiem dotarliśmy do klasztoru Zutul Puk, gdzie w pobliskim guesthousie zmorzył nas sen. Na wysokości 5000 m n.p.m. sen był urywany i nie dawał spełniania, nie dawał odpoczynku. Tego najbardziej się baliśmy, wiedząc, że kolejny dzień wędrówki zacznie się bardzo wcześnie rano. Wstaliśmy przed 5, zziębnięci ogrzewaliśmy ręce kubkiem z gorącą herbatą. Pora ruszać. Naszym celem była tego dnia przełęcz Drolma la, a musieliśmy ją osiągnąć przed godziną 12 w południe, gdy słońce będzie świeciło już zbyt mocno, uprzykrzając wędrówkę. Wśród nocy ruszyliśmy przetartym przez setki lat szlakiem. Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy do zamarzniętej na wpół rzeki. Przekroczenie jej w ciemnościach było nie lada wyzwaniem. Przyświecaliśmy sobie małymi latarkami co chwila gubiąc drogę i asekurując się przed wpadnięciem do lodowatej toni. Mój oddech robił się coraz płytszy. Na wysokości ponad 5000 m zawartość tlenu spada znacznie poniżej poziomu, do którego przyzwyczajone były nasze płuca. Ból głowy, zawroty, duszność. A byliśmy ponad 600 m poniżej poziomu, do którego mieliśmy dotrzeć. Walczyłam o każdy oddech, licząc do trzech przed zrobieniem kolejnego kroku. Jeszcze nigdy nie czułam się tak słaba i niemal pokonana. Było zimno, ciemno, nie licząc słabego światła czołówki, byłam zmęczona i pełna niewiary we własne siły. Dochodziła 7 rano, delikatne chmury znaczyły szare niebo, wreszcie robiło się coraz jaśniej. Nagle odwróciłam się a moim oczom ukazał się widok, dla którego warto było podjąć wyzwanie. Mocne pomarańczowe słońce oświetliło północno-wschodnią grań góry Kailaś. Takiego niezwykłego powitania dnia nie mogłam się spodziewać. Spojrzałam w dół na odległość, którą pokonaliśmy przez ostatnie półtorej godziny. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, schronisko wydawało się na wyciągnięcie ręki. Czyżbyśmy tylko tyle przeszli? Schronisko pozostało kilkaset metrów za nami ale i kilkaset metrów poniżej miejsca, gdzie zastał nas wschód. Przed nami jeszcze wiele godzin ciężkiej wspinaczki i walki o każdy krok. Nagle obok nas przemknął starszy człowiek w trampkach i niechlujnie zawiązanej wokół szyi chustce. Nie zdążyłam podnieść głowy gdy był już kilka metrów przede mną. Odwrócił się, uśmiechnął i powrócił do modlitwy. Nie miał na nogach butów z gore texu, na rękach ciepłych wełnianych rękawiczek, nie miał na czole latarki. W jednej chwili moja chęć rozczulania się nad sobą i przeceniania włożonego wysiłku zniknęła, zastąpiła ją odważna walka i duma z powodu każdych pokonanych 10 metrów. Ostatnie 300 metrów w górę zajęło nam niemal godzinę i choć była to najtrudniejsza godzina w moim życiu nie żałuję włożonego w nią wysiłku i łez. Na przełęczy czekał na nas przewodnik z kubkiem ciepłej wody i łopot modlitewnych flag. Lha rgjal lo! Niech żyją bogowie!

Dopiero obecność tam wysoko, na ponad 5500 m n.p.m. uświadomiła mi niezmierzone trudny, z którymi zmagają się himalaiści. Nie pojęłam do końca uporu, siły i ambicji, jakie każą im stawiać każdy kolejny rok ale mam nadzieję, że choć trochę się do tego zbliżyłam. Podczas wspinaczki wielokrotnie śmiałam się w duchu, że pokusiłam się kiedyś o marzenia o Evereście, podczas gdy wdrapanie się na przełęcz Drolma la było dla mnie wysiłkiem niemal ponad siły. Na tę chwilę to był szczyt moich możliwości, absolutny Everest moich sił, wytrzymałości i uporu. Ale w końcu po co są marzenia.


Tybet – informacje praktyczne

Kiedy jechać

W Tybecie występują cztery pory roku. Dobry czas na odwiedzenie Tybetu to okres od wiosny do jesieni, najprzyjemniej jest jednak od maja do września. Do marca na niektórych przełęczach górskich leży śnieg, w lecie zdarzają się opady ale jest wtedy przyjemnie ciepło.

Dokumenty

Aby wjechać do Tybetu niezbędne jest pozwolenie, które wydaje jedynie lokalne Biuro Bezpieczeństwa Publicznego. Ostatnimi czasy władze chińskie zaostrzyły przepisy i aby wjechać do Tybetu trzeba być uczestnikiem zorganizowanej wycieczki, na szczęście taka wycieczka może liczyć tylko dwie osoby. Do uzyskania pozwolenia potrzebna jest wiza chińska (220 PLN) a o samo pozwolenie ubiega się agencja turystyczna, u której wykupuje się cały pakiet turystyczny (transport, noclegi, zwiedzanie z przewodnikiem, posiłki) lub tylko jego część. Całe formalności trwają nie więcej niż 10 dni. Aby dostać się do Tybetu od strony nepalskiej potrzebna jest wiza grupowa, przyznawana na maksimum 15 dni. Zwykłe pozwolenie obejmuje Lhasę i główne miasta w Tybecie. Jeśli wybieramy się w okolice góry Kailaś lub dalej na zachód do Królestwa Guge niezbędne są kolejne pozwolenia: Alien Travel Permit, Border Travel Permit oraz Military Area Travel Permit (łączny koszt ok. 80 USD)

Waluta

Obowiązującą w Tybecie walutą jest chiński yuan. Najlepiej wymieniać pieniądze w banku lub w hotelu, kantorów nie ma. Rzadko można płacić obcą walutą, chyba, że za wycieczkę, którą wykupujemy w miejscowej agencji.

Dojazd

Większość turystów dociera do Lhasy pociągiem z Xiningu lub z Pekinu. Pokonanie trasy z Pekinu zajmuje prawie 2 dni, bilet na pociąg kosztuje ok. 100 USD. Do Lhasy można się również dostać samolotem z wielu miast w Chinach, większość jednak z międzylądowaniem w Chengdu (250-400 USD). Wielu turystów przybywa również od strony nepalskiej, pokonując odcinek łączący Lhasę z Kathmandu słynną Autostradą Przyjaźni. Możliwy jest również wjazd do Tybetu od strony północnej, od Ali lub południowej, przez przejście graniczne w okolicach góry Kailaś.

Jak się przemieszczać

Podróżowanie po Tybecie nie jest sprawą łatwą. Pomijając fakt, że do wielu miejsc w Tybecie nie wolno turystom podróżować, nawet dotarcie do tych dla turystów dostępnych jest czasami problemem. Infrastruktura drogowa jest z roku na rok coraz lepsza, do głównych miast w Tybecie (Lhasa, Shigatse, Gyantse) doprowadzone są drogi asfaltowe. Jeśli jednak planujemy ruszyć gdzieś dalej w teren (Kailaś, Guge, Zhangmu, Litang) trzeba liczyć się z tym, że nawet dobra Toyota 4500 landcruiser nie będzie w stanie pokonać dziennie więcej niż 300-400 km. Podróżowanie publicznymi środkami transportu jest w Tybecie niemożliwe, pozostaje wynajęcie jeepa lub minibusa.


Co jeść


Do niedawna podróżowanie po Tybecie oznaczało pożegnanie się z dobrym jedzeniem a przeżycie gwarantowały zupki chińskie, puszki czy tybetański chleb, zabrany z Lhasy. Chińscy emigranci dotarli już jednak w najdalsze rejony Tybetu i obecnie zjedzenie słynnego chińskiego kurczaka gong bao czy ziemniaczków shao tudou nie stanowi żadnego problemu. Kto ma jednak dość chińszczyzny i chciałby popróbować prawdziwie tybetańskiej kuchni cały czas ma ku temu okazję. Thukpa, czyli makaron z mięsem jaka, czy tsampa, mąką jęczmienna, podawana z maślaną herbatą dostępne są niemal wszędzie za naprawdę niewielkie pieniądze.

Gdzie spać

Najtańsze są małe guesthousy i hostele, gdzie dostaniemy łóżko i miskę do mycia za 5 USD, droższe hotele to takie, w których za dwójkę z łazienką i śniadaniem zapłacimy 15-20 USD. Takie hotele dostępne są jednak tylko w dużych miastach, w Lhasie, Gyantse, w Shigatse. Na trasie musi wystarczyć nam blaszany barak lub skromne zbiorowe pokoje. Rozwiązaniem są własne namioty.

Zdrowie

Głównym problemem zdrowotnym, z jakim możemy się spotkać w Tybecie jest choroba wysokościowa. Kto na nią zachoruje, to trochę jak loteria. Najważniejsza jest powolna aklimatyzacja i nie pokonywanie dużych wysokości w zbyt krótkim czasie. Dobrze mieć ze sobą leki przeciwbólowe na wszelki wypadek choć należy pamiętać aby nie brać ich zbyt dużo, nadmierne rozrzedzenie krwi może skończyć się tragicznie. Warto zabrać ze sobą również niezbędne leki na problemy gastryczne czy antybiotyki. Na wysokości powyżej 3000 m n.p.m. słońce operuje niezwykle mocno, czego ze względu na chłód z reguły nie czujemy. Krem z wysokim filtrem jest niezbędny, zwłaszcza podczas trekkingów wysokogórskich!

Internet

Internet nie jest w Tybecie jeszcze zbyt powszechny, przy odrobinie wysiłku znajdziemy jednak kafejki internetowe, zwłaszcza w dużych miastach. Zasięg komórkowy, nawet w najdalszych zakątkach Tybetu jest doskonały.

Bezpieczeństwo

Tybet jest niezwykle bezpiecznym miejscem jeśli chodzi o turystykę. Podróżowanie w okolicach 10 marca, kiedy to przypada w Tybecie rocznica powstania w Lhasie w 1959 roku, może wiązać się z utrudnieniami. Ze względu na zamieszki, rejon ten jest często w tym okresie zamykany dla turystów. Po wydarzeniach z marca 2008, kiedy to zamieszki objęły znaczną część Tybetu, wojska chińskiego jest jednak dużo więcej niż wcześniej.

Warto wiedzieć

Tybet jest regionem bezpiecznym acz niestabilnym. W związku z sytuacją polityczną informacje w tym dziale mogą ulec dezaktualizacji. Warto przed wyjazdem dokładnie sprawdzić aktualnie wymagane dokumenty wjazdu i przejrzeć ostatnie gazety.

Etyczne podróżowanie

Podróżując samodzielnie trzeba zawsze starać się robić to mądrze i odpowiedzialnie. Wielu turystów, słysząc o sytuacji Tybetańczyków wiezie ze sobą słodycze dla dzieci czy portrety J.Ś. Dalajlamy XIV. To pierwsze nie jest zbyt mądre ze względu na brak opieki stomatologicznej, to drugie ze względu na ryzyko, na które narażamy nie siebie ale głównie osobę, którą w dobrej wierze obdarowujemy. Korzystając z agencji turystycznej warto zadbać aby była to agencja miejscowa, tybetańska a nasz przewodnik Tybetańczykiem. W ten sposób wspieramy lokalną gospodarkę.


Ewa, członkini zespołu Redakcji Tybet.blog