Pokazywanie postów oznaczonych etykietą redakcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą redakcja. Pokaż wszystkie posty

7 listopada 2012

"Magiczny Tybet" - kulturalne harakiri

 Czego Ambasada Chińska nie chce pokazać Warszawiakom


Znam Chiny na tyle dobrze, żeby kochać je i nienawidzić równocześnie. Spędziłam w nich na tyle dużo czasu, aby napatrzeć się na propagandowe plakaty, nasłuchać partyjnych sloganów, kupowałam „China Daily” codziennie wracając ze szkoły. Propaganda jest nieodłączną częścią oficjalnego przekazu telewizji, radia, nawet czytanek, z których uczyłam się pierwszych znaków. Uodporniłam się. Chociaż propagandowego magazynu „China’s Tibet” nigdy nie dało się czytać. Cieszyłam się, że język ten zostawiłam daleko, że w Polsce mówi się o Chinach rzetelnie, że o Tybecie rozmawia w miarę swobodnie nawet z chińskimi znajomymi.


Przedstawienie „Magiczny Tybet”, które odbyło się 5.11 w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki to absolutny strzał w nogę a za spust pociągnęli sami urzędnicy ambasady ChRL. Jeszcze kilka dni wcześniej trudno było uwierzyć, że ambasada jest w stanie zorganizować tego rodzaju występ, w takim momencie, w takim miejscu, z taką publicznością i w takiej tajemnicy. Na mieście brak było plakatów, szczątkowe informacje przekazywane sobie wraz z rozchodzącymi się niemal w tajemnicy zaproszeniami. Dlaczego ambasada inauguruje Chiński Tydzień Kultury Tybetańskiej w takiej tajemnicy? Dlaczego nie zależy jej, żeby dowiedzieli się o tym wszyscy: prasa, warszawiacy. Dlaczego zaproszeń nie otrzymują mieszkający w Polsce Tybetańczycy? Przecież oni też mają prawo pokazać swoją kulturę, swoją muzykę, mówić o sobie w duchu, co wielokrotnie podkreślano podczas przedstawienia, afirmacji życia.



Problem polega tylko na tym, że Tybetańczycy w Tybecie nie mają co afirmować, bo nie są szczęśliwi. Nie są szczęśliwsi niż mieszkańcy prowincji Gansu, Syczuan czy Guizhou. Ale twórcy przedstawienia ze wszystkich sił starali się pokazać, że Tybetańczycy niemal na co dzień tańczą z radości, że sielsko żyją na swoich pastwiskach w otoczeniu zielonych gór i dorodnych stad jaków. Szkoda tylko, że to nieprawda i zdziwienie moje budzi fakt, że nikt z organizatorów wspaniałego tygodnia na to nie wpadł. Wyjątkową bezmyślnością lub cynizmem wykazali się organizatorzy, zarówno chińscy jak i polscy, mówiąc o trwałości kultury tybetańskiej, która rozkwita w granicach ChRL. Jak można być tak ślepym? Jak można być tak okrutnym?

Na wczorajsze przedstawienie nie było łatwo się dostać. Być może organizatorzy bali się, że gdyby bilety były w oficjalnej sprzedaży część z nich trafiłaby w ręce aktywistów, Tybetańczyków, którzy chcieliby zaprotestować i zepsuć tak misternie przygotowywany wieczór. Obyło się bez protestów, przynajmniej w środku. Co działo się na zewnątrz, nikogo w środku nie obchodziło. Przedstawienie poprzedził uroczysty bankiet. Na szyjach gości zawisły białe khataki, symbole błogosławieństwa. Niektórzy goście przerzucali je sobie przez ramię niczym szarfy, niektóre panie wiązały w kokardkę, bo tak ładniej wyglądały. Przedstawienie zainaugurował Duo Tuo, druga pod względem ważności osoba w Tybetańskim Regionie Autonomicznym. Ubrany w tybetański strój przemawiał po chińsku. Zapowiedział wydarzenie bez precedensu – Chiński Tydzień Kultury Tybetańskiej w Warszawie. Znów padło kilka pustych słów o afirmacji życia w pieśniach, o współpracy między narodami. Ileż razy to już słyszałam? Z ust chińskich przedstawicieli w Polsce pada to od zawsze i przy każdej możliwej okazji. Taki język. Ale powtórzony ustami Józefa Oleksego, który również gościł na spotkaniu miał wydźwięk znacznie ważniejszy. Gdzie poczucie przyzwoitości? Gdzie instynkt polityczny? Tylko po to, żeby móc po raz szósty pojechać do Chin i znów dobrze się bawić? Czy to było tego warte? Panie pośle, nie było!

Występy można było uznać za piękne, ale tylko jeśli nie zna się historii Tybetu, jego prawdziwej tradycji, kultury, jego języka i co najważniejsze aktualnej sytuacji. Jeśli ma się zamknięte oczy i ograniczony rozum to zachwycić mogły stroje, mocne dźwięki bębnów, intonowana mantra, nawet podrzucający włosami Tybetańczycy.


Tylko gdzie, na Boga i Buddę, Tybetańczycy noszą takie stroje? Gdzie Tybetanki chodzą z odkrytymi brzuchami potrząsając koralikami? Gdzie Tybetańczycy podrygują w takt chińskiego disco? Będąc w Tybecie wielokrotnie byłam świadkiem tzw. przedstawień folklorystycznych, które oglądają turyści, w przerwach jedząc bufetowe kolacje. Przedstawienia są z reguły proste, skoczne, trochę tandetne, ubrania artystów pamiętają czasy Rewolucji Kulturalnej, w przerwach artyści zmieniają się w kelnerów. Młodzi Tybetańczycy przebrani za najważniejsze postaci tybetańskiej kultury – np. starca Tantonga Gjalpo czy Thonmi Sambhotę tańczą w rytm wybijany bębnami. Te przedstawienia przywodzą mi zawsze na myśl szkolne akademie, odgrywane ze sztucznością, budzą jednak w turystach wesołość i miło je się przy nich chiński makaron. Wczorajsze przedstawienie poziomem artystycznym dorównywało występom Mazowsza czy adeptów kung fu z Chin, którzy z przedstawieniem „Klasztor Szaolin” objeżdżają świat. Było obiektywnie dobre, ale nie dało się tego oglądać jeśli ktoś myśli, czuje i czytuje gazety. Piękne stroje i wysokie głosy nie ukryły 63 ofiar samospaleń, ponad 60 lat okupacji i tysięcy tybetańskich istnień. Aby zobaczyć prawdziwe tybetańskie stroje trzeba było wyjść na zewnątrz, bo takie nosili protestujący przed Salą Kongresową mieszkający w Warszawie Tybetańczycy. Aby usłyszeć tybetańską muzykę należało by wybrać się na koncert Śnieżnych Lwów, których występy w Polsce co roku znaczyły obchody Tybetańskiego Nowego Roku. Od kilku lat Tybetańczycy nie świętują. Nie mają czego. Czy organizatorzy z chińskiej ambasady przekonali kogoś do swojej prawdy? Nie. Ale nie to było ich zamiarem. Nie zaprosili nieprzekonanych. Nie zaprosili nikogo, kto głośno chciałby o tym porozmawiać. Na korytarzach nie toczyły się zażarte dyskusje na temat zasadności obecności chińskiej w Tybecie, na temat podpalających się mnichów, na temat flagi tybetańskiej, która legalnie powiewała tylko przed Salą Kongresową. Większość zaproszonych gości weszła wejściem, gdzie nie było słychać protestów, nieliczni zwrócili na nie uwagę, jeszcze mniej osób wróciło do domu. Wstyd! Ale większość gości lekcję stosunków chińsko-tybetańskich odrobiła już dawno. „Tybet jest częścią Chin. Przed 1950 rokiem Tybet był teokratycznie zarządzanym państwem z rzeszą niewolników”. Na tym zamknijmy ten temat. Informacyjna papka, piękne obrazki. Obłuda. Cynizm. Akceptacja zastanej rzeczywistości bez chęci kwestionowania i zadawania pytań. Po co więc odbyło się to przedstawienie? Zaproszeni do Pałacu Kultury i Nauki Chińczycy bawili się świetnie. Dzieci biegały wesoło po schodach, kobiety w futrzanych szalach przechadzały się między siedzeniami. Ot, kolejny kulturalny wieczór, spędzony w gronie znajomych. Nie trzeba było walczyć o dusze nieprzekonanych, wszyscy bili brawo. Szczególnie po wykonaniu „Kukułeczki”. Wzbudziła podziw, serdeczne uśmiechy i powiew nostalgii. Jakże piękny element! Podobnie jak wykonana po chińsku pieśń „Wyżyna Tybetańska”. Zna ją każdy Chińczyk, często sama nuciłam ją pod nosem jak nasze „Hej sokoły”. Prawie mi się łezka w oku zakręciła.


Występ zakończyła pieśń „Magiczny Tybet”. Słowa piosenki są bardzo wzniosłe.
Wspaniała, majestatyczna wyżyna,
Nieskończenie piękny Tybet,
My, szczęśliwi i pogodni, śpiewamy pieśń o tej wyżynie.
Ta poruszająca pieśń to hada naszych serc
Oby szczęśliwe życie stało się jeszcze szczęśliwsze,
Oby jasne promienie słoneczne rozbłysły jeszcze silniejszym blaskiem,
Oby nasz piękny dom stał się jeszcze piękniejszy.


Tłumacz nie wiedział jak przetłumaczyć słowo „hada”. To chińskie słowo oznaczające „khatak” wręczany na znak błogosławieństwa i dobrych życzeń. Taki jaki dostali goście, uczestnicy bankietu.
Podobnie jak Tybetańczycy stojący na zewnątrz miałam tego wieczoru tylko jedno życzenie: oby ta poruszająca pieśń zabrzmiała kiedyś w Wolnym Tybecie. 


Orientalistka

5 czerwca 2011

Robert Barnett: Rząd na uchodźstwie

W związku z aktualną i gorącą dyskusją dotyczącą procesu przekazania władzy politycznej przez Jego Świątobliwość Dalajlamę demokratycznie wybranym tybetańskim przywódcom na emigracji, publikujemy serię komentarzy związanych z tym doniosłym, historycznym wydarzeniem, prezentującą różne punkty widzenia. Poniższy tekst - zachodniego eksperta ds. Tybetu Roberta Barnetta, następnie zaprezentujemy głos indyjskiego działacza Vijay Kranti, późnej oddamy głos Tybetańskiemu ekspertowi na emigracji.
Dr Robert Barnett
fot. Krzysztof Kuczyk

26 maja w Foreign Policy Magazine ukazał się kolejny ciekawy artykuł Roberta Barnetta, dotyczący implikacji związanych z decyzją Jego Świątobliwości Dalajlamy o przekazaniu politycznego przywództwa nad Tybetańczykami.

Ostatnimi czasy możemy zaobserwować wzmożone działania Dalajlamy ukierunkowane na stworzenie prężnego systemu przywództwa, który przetrwa jego odejście. Między innymi w marcu tego roku odbyło się posiedzenie parlamentu na uchodźstwie, którego przedmiotem była zmiana tybetańskiej konstytucji, tak aby w przyszłości polityczni liderzy Tybetu byli wybierani. Podobne posiedzenie miało miejsce 20 lat wcześniej, które jednak zakończyło się odrzuceniem propozycji ustanowienia wybieralnych przywódców Tybetańczyków. Obecna sytuacja różni się jednak od tej z przed 20 lat, gdyż wielu Tybetańczyków oraz organizacji publicznych uznało zaproponowany nowoczesny system wyłaniania władzy. Taki obrót spraw zmniejsza nadzieje Chińczyków na upadek rządu na uchodźctwie po śmierci duchowego lidera - Dalajlamy.

Nowo wybrany premier, dr Lobsang Sangay, będzie miał wpływ jedynie na sprawy wewnętrzne społeczności uchodźczej w Indiach, dlatego na płaszczyźnie międzynarodowych stosunków politycznych, należy poddać ocenie raczej sam fakt przeprowadzenia wyborów w kontekście wpływów chińskich w Tybecie. Przede wszystkim należy stwierdzić, że obecnie wpływy polityczne Chińczyków w Indiach są ograniczone, gdyż rząd w New Deli nie sprzeciwił się przeprowadzeniu wyborów uznanych przez chiński rząd jako nielegalne. Takie działanie rządu indyjskiego można uznać jako policzek w kierunku Chin. Inaczej sytuacja przedstawia się w Nepalu, gdzie Chiny znacznie umocniły swoja pozycję polityczną. Rząd nepalski przejął 13000 oddanych głosów przez Tybetańczyków, argumentując swoje działania faktem, że wszelkie antychińskie działania, a za takie zostało uznane przeprowadzenie wyborów, są niezgodne z kierunkiem polityki zagranicznej rządu nepalskiego, a tym samym uzasadnione jest ich ograniczenie.

Robert Barnett w swoim artykule wskazuje, że polityczna rola uchodźców jest bardzo ograniczona, oczywiście z wyjątkiem samej osoby Dalajlamy, który przemawia w imieniu 97% Tybetańczyków, którzy pozostają w Tybecie (około 5,4 miliona osób) . Pomimo formalnej zmiany lidera politycznego rządu na uchodźstwie, podkreśla się, że to Dalajlama pozostanie numerem jeden w rozmowach prowadzonych z Chińczykami, gdyż w ocenie rządu w Pekinie przeprowadzone wybory były nielegalne, a zatem Chińczycy nie uznają legitymacji premiera Sangaya do prowadzenia rozmów w imieniu Tybetańczyków. Ponadto strategia Chińczyków dotycząca kwestii Tybetu opiera się na osobie Dalajlamy, a nie na strukturach politycznych powstałych na uchodźctwie. Barnett zauważa, że należy się raczej spodziewać ze strony chińskiej dalszych opóźnień w rozpoczęciu negocjacji z żyjącym obecnie i kontrolującym wybór swojego sukcesora Dalajlamą. Wskazany kierunek polityki chińskiej może okazać się trudny do zrealizowania w praktyce, gdyż coraz częściej czynny opór społeczności Tybetańczyków w Tybecie zmusza władze chińskie do bezpośredniej konfrontacji i użycia siły.

Takie działania miały miejsce w Ngaba (Syczuan), gdzie w odpowiedzi na akt samospalenia się jedno z mnichów w klasztorze w celu uczczenia pamięci 10 poległych Tybetańczyków 3 lata temu w trakcie protestów przeciwko chińskim władzom, wojsko chińskie otoczyło teren całego klasztoru, a 300 mnichów zostało wysłanych na przymusową „patriotyczną edukację”.

Autor artykułu zauważa, że nowy premier ma mało do powiedzenia w zakresie zaistniałej sytuacji w Ngaba, w porównaniu z Dalajlamą, który mógłby mieć realny wpływ, jeśli tak jak się to już wcześniej zdarzało, władze chińskie nieoficjalnie zwróciłyby się do niego o wsparcie w rozwiązaniu sytuacji. Jednak nie należy się spodziewać, że oddanie przez Dalajlamę formalnej władzy w rządzie na uchodźctwie, będzie miało znaczący wpływ na ocieplenie się stosunków na linii rząd chiński – Dalajlama.

Na zakończenie Autor podkreśla, że najbardziej „palącą kwestią” dotyczącą sytuacji politycznej w Tybecie jest nie sama osoba nowego premiera, ale pytanie czy utrzymujący się opór Tybetańczyków przeciwko chińskim władzom skłoni Pekin do rozmów z Dalajlamą, mimo że formalnie kto inny przejął jego polityczne funkcje.

Opracowane przez EK

Dr Robert Barnett jest niezależnym ekspertem ds. Tybetu na Columbia University. W marcu 2011 był gościem Fundacji Inna Przestrzeń, Fundacji Instytut Lecha Wałęsy i Uniwersytetu Warszawskiego podczas seminarium poświęconego sytuacji w Tybecie na Uniwersytecie Warszawskim. Zobacz także wywiad z Robertem Barnettem w biuletynie RatujTybet!

1 czerwca 2011

Strajk głodowy w Delhi

Zdjęcia tekst i materiał filmowy: Katarzyna Jakubowska



Zostaniemy tu tak długo dopóki nasze żądania nie zostaną spełnione. Choćby to miało oznaczać naszą śmierć... Mówili w 23 dniu protestu głodowego trzej przedstawiciele kierownictwa jednej z największych tybetańskich organizacji pozarządowych Tibetan Youth Congress (TYC). Tenzin Norsang, DhundupLhadar Pochungtsang oraz Kunchok Yangphel od 25 kwietnia prowadzili strajk głodowy. Przyjmowali tylko wodę. Pchnęły ich do tego tragiczne wydarzenia w klasztorze Kirti w miejscowości Ngaba. 16 marca 2011 Phuntsok, dwudziestoletni mnich z tego klasztoru dokonał aktu samospalenia w proteście przeciwko brutalnej polityce Chin wobec Tybetu. W odpowiedzi na ten akt chińskie władze zaostrzyły warunki w klasztorze, znacznie ograniczając liczbę pielgrzymów a także dostawy żywności dla mnichów. W połowie kwietnia chińskie władze zatrzymały ok.300 mnichów z Ngaba. Do dzisiaj nie jest znany ich stan ani mniejsce przetrzymywania.


Prowadzący strajk głodowy oprócz zwrócenia uwagi świata na ciagnące się od ponad 60 lat cierpienia Tybetańczyków domagali się wycofania wojsk chińskich z terenu klasztoru, uwolnienia więźniów sumienia, w tym mnichów zatrzymanych w klasztorze Kirti oraz umożliwienia delegacji składającej się z przedstawicielii TYC dostępu do więźniów sumienia w Tybecie.



Protestowali w prostym namiocie rozłożonym przy Jantar Mantar, zabytkowym obserwatorium astronomicznym, gdzie odbywa się większość protestów w Delhi. Nad stanem protestujących czuwali pracownicy TYC, którzy byli przy nich każdego dnia, w dzień i w nocy. Stale obecna była także pielęgniarka nadzorująca ich stan zdrowia, ciśnienie, utratę wagi. Obecni byli też inni aktywiści, którzy przyjmowali (nieoficjalnych) przedstawicieli dyplomatycznychi odpowiadali na pytania dziennikarzy i wszystkich innych zainteresowanych.


Protest odbywał się w naprawdę ciężkich warunkach. O tej porze roku w Delhi temperatura dochodzi do 46 st. Celcjusza!

Dwudziestego czwartego dnia protestu głodujący odmówili przyjmowania wody...Ta informacja szybko obiegła media i wszystkie ambasady. Coś się ruszyło. Pani Anne Vaughier Chatterjee, przedstawicielka Unii Europejskiej w Indiach wraz z dyplomatami kilku europejskich państw, w tym Polski, Belgii, Norwegii, Szwecji oraz Wielkiej Brytanii wezwali protestujących do zakończenia głodówki w obawie o ich pogarszający się stan zdrowia. Wystosowali także pismo, w którym zapewniają, że jako przedstawiciele europejskich państw są oddani idei praw człowieka i popierają pokojową walkę Tybetańczyków przeciwko chińskiemu uciskowi.



Dwudziestego piątego dnia protest się zakończył, a głodujący zostali przewiezieni do szpitala, gdzie pod kroplówką stopniowo dochodzą do siebie.


19 maja 2011

Tybet. Chińskie oszustwo

W 60-tą rocznicę podpisania Siedemnastopunktowej Ugody*...


W związku ze zbliżającą się 60 rocznicą podpisania Siedemnastopunktowej Ugody, zapraszamy do obejrzenia filmu dokumentalnego o najnowszej historii Tybetu. Film "Tybet. Chińskie oszustwo" zrealizowany został przez Bernarda Deborda, dokumentalistę specjalizującego się w tematyce azjatyckiej, ukazuje rzeczywistość panującą na zniewolonym "dachu świata", wolną od przekłamań i chińskiej propagandy. 


W marcu 1959 roku Dalajlama opuścił swój pałac w Lhasie i udał się w niebezpieczną podróż do Indii, pozostawiając za sobą ziemię przodków, od prawie ośmiu lat wydaną na pastwę władz w Pekinie. W stolicy Tybetu wybuchło antychińskie powstanie. Od tamtego czasu nie ustaje walka Tybetańczyków, której stawką jest nie tylko zachowanie odrębności, ale i przeżycie. Państwo Środka wydało nieformalną wojnę kulturze Tybetu, religii, tradycji a nawet środowisku naturalnemu. 



Tybet. Chińskie Oszustwo dla Planete from Videozer



*23 maja 1951 r. podpisana została „Siedemnastopunktowa Ugoda Pokojowego Wyzwolenia Tybetu”, na mocy której Chińska Republika Ludowa uzyskała formalne zwierzchnictwo nad Tybetem. W chwili gdy Ngapoi Ngałang Dzigme został wezwany do Pekinu by sygnować umowę, w Tybecie stacjonowało 20.000 chińskich żołnierzy. Projekt dokumentu przygotowany został w Pekinie, strona Tybetańska nie mogła wprowadzić do niego żadnych zmian. Delegacja tybetańska nie była upoważniona do podpisania dokumentu, uczyniła to pod naciskiem, za pomocą sfałszowanych przez Chińczyków pieczęci tybetańskiego rządu (oryginalną pieczęć zabrał ze sobą Dalajlama udając się na wygnanie do Indii). Siedemnastopunktowa Ugoda nie jest uznawana przez Rząd Tybetu na Wychodźstwie. 

19 kwietnia 2011

Czy ktokolwiek dba jeszcze o Tybet?

Ponad miesiąc po odejściu Dorothy Berger, postaci niezwykle bliskiej i ważnej dla osób zaangażowanych w działania na rzecz Tybetu na forum międzynarodowym, publikujemy tekst jej współautorstwa z lipca 2004 roku. Pozostały po niej w pamięci głównie długie, wyważone maile i rozmowy. Jej tekstami zapewne w znacznej części są strategie i kampanie realizowane obecnie przez międzynarodowy ruch na rzecz Tybetu.


Czy ktokolwiek dba jeszcze o Tybet?
Dorothy Berger i  Skip Shaputnic
2 lipca 2004 roku

Jutro, 3 lipca minie 7 lat od wprowadzenia Światowego Dnia Tybetu – fakt ten ściśle łączy  się z dniem narodzin Dalajlamy, podczas którego Tybetańczycy mieszkający poza granicami Tybetu celebrują z przyjaciółmi bogactwo swojej kultury i wzywają świat do podjęcia walki o przywrócenie  religijnej, kulturowej oraz politycznej wolności, jaką utracili ponad 50 lat temu wskutek bezprawnej okupacji ze strony Chin.

Światowy Dzień Tybetu stanowi zachętę do poniechania na ten krótki czas przemocy, od której huczą gazety i zwrócenia się ku pokojowym działaniom charakterystycznym dla Tybetańczyków. Działania te warto krzewić mimo dylematu, jaki nieoczekiwanie prowokują. Gdyż na ironię zakrawa fakt, że w tym świecie przeżartym przemocą i terroryzmem niezwykle cenimy Dalajlamę, ignorując przy tym postulaty i działania, jakie firmuje On swoją osobą. Tłumy wciąż gromadzą się, by posłuchać Jego nauk, w 1989 wręczono Mu nawet Pokojową Nagrodę Nobla.

Tymczasem ledwie garstka – obywateli, rządów – odczuwa konieczność zrozumienia tej kwestii oraz podjęcia czynów, zmierzających do udzielenia pomocy. Prawdopodobnie nawykliśmy już do cichej, spokojnej walki przeciw temu, co określamy mianem kulturowej eksterminacji i spodziewamy się, że równie cicho i bez echa będzie ona trwała bez końca. Pochwalamy to. Doceniamy z oddali. Jednak codzienne raporty domagają się naszej natychmiastowej reakcji na ziejącą z ich kart agresję, nikczemność, krew.

Nasze uwielbienie dla działań zbrojnych stawia Tybetańczyków wobec okrutnego wyboru: siegnąć po przemoc lub dalej cierpieć na zapomnienie w oczach świata. To zapomnienie jest jak  mroczne ostrzeżenie, iż będzie snuć się za każdym pokojowym gestem wykonanym przez Tybetańczyków.

Bo czego w gruncie rzeczy dotyczą ich wysiłki? Napewno nie chodzi o to, by ponownie odzyskali swoją niezależność, a raczej by uzyskali autentyczną autonomię w strukturze większej chińskiej całości; by mogli kontrolować swoje wewnętrzne sprawy na zasadzie "dwa systemy w jednym państwie" (jaka od lat funkcjonuje w Hong Kongu). Ze strony Dalajlamy, przywódcy niegdyś suwerennego narodu, taka postawa jest niewyobrażalnym ustępstwem.

Tegoroczny Światowy Dzień Tybetu przypada na wyjątkowo niespokojny czas. W minionym miesiącu Chiny puściły w obieg białą księgę, zatytułowamą: "Regionalna Autonomia Etniczna w Tybecie". Oświadcza ona, iż "regionalna autonomia etniczna" istniała w Tybecie przez "cztery chwalebne dekady", a Tybetańczycy "mistrzowsko decydowali o swoich sprawach wewnętrznych". Zatem, skoro taka "regionalna autonomia etniczna" od dawna istnieje, propozycja Dalajlamy odnośnie jakieś innej (autentycznej) autonomii, jest "absolutnie bezpodstawna".

Biała księga jest prymitywnym odrzuceniem kompromisowego podejścia Dalajlamy, stąd też nie przypadkiem formuje się delegacja Tybetańskiego rządu na uchodźstwie w celu podróży do Pekinu na rozmowy. Wszak pełen zadowolenia z siebie komunikat wystosowany z Chin nie gwarantuje żadnej ochrony mieszkańcom Tybetu ani ich kulturze. Tybetańczycy we własnym kraju są spychani na margines przez napływających chińskich imigrantów. Co więcej, sukces ekonomiczny w Tybecie zależy obecnie od biegłości w posługiwaniu się językiem chińskim.

Główne klasztory w Tybecie przekształcono w tanie punkty turystyczne, gdzie przewodnik niejednokrotnie bywa Chińczykiem. Opieka zdrowotna, edukacja znajdują się w stanie rozkładu. Dlatego każdego roku tysiące Tybetańczyków ryzykuje swoje życie uciekając przed opresjami ze strony okupanta, pieszo przemierzając Himalaje, by połączyć się z braćmi na uchodźctwie w Indii. Tybetańskie Centrum Praw Człowieka i Demokracji słusznie określiło dokument jako jedno wielkie mydlenie oczu.

Samdhong Rinpocze, premier tybetańskiego rządu na uchodźstwie ostrzegał, że dalsze akty opresji wcześniej czy później spowodują taką destabilizację w Tybecie, jakiej chiński rząd obawia się  najbardziej. Bo coraz więcej głosów, szczególnie pośród młodych Tyebtańczyków, podważa dalszą zasadność pokojowych i wyważonych działań w świetle braku ich pozytywnego rozstrzygnięcia. A wiadomo, że w razie pojawienia się protestów wewnątrz Tybetu żelazny uścisk Chin zakleszczy się mocniej, potęgując tylko represje oraz cierpienia zadawane niewinnym.

Czy musimy się wpierw naoglądać potwornych scen z TV, w których uzbrojeni Chińczycy ścinają w pień mnichów tybetańskich z Lhasy, zanim w końcu zrobimy coś więcej ponad oficjalne ustalenia na kongresach? Przecież sytuacja, w której Tybetańczycy staną przed wyborem – użyć przemocy zamiast w dalszym ciągu być bierną jej ofiarą, byle tylko przyciągnąć naszą uwagę – zdemaskuje całe nasze uwielbienie dla ich pokojowych dążeń jako jedną wielką farsę.

Powietrze, którym obecnie oddychamy przesiąkniete jest ciężką winą świata, który zaniechał interwencji w koszmarze ludobójczych serii XX wieku. Destrukcja bogactwa wielowiekowej kultury również jest formą ludobójstwa. I nie ma nic gorszego od gapienia się na to, jak chiński rząd zmienia wielobarwny Tybet w jedną ze swoich odległych, zapomnianych prowincji.

W ten weekend w San Diego garstka ludzi troszczących się o Tybet będzie obchodzić Światowy Dzień Tybetu, podobnie jak inni w co najmniej 56 miastach i 24 różnych państwach. W niedzielę 4 lipca będziemy świętować naszą niezależność w Kalifornijskim Instytucie na rzecz Nauki Humanistycznej w Encinitas, wspominając Tybetańczyków, którzy tę niezależność utracili.

Berger i Shaputnic są w Zarządzie Przyjaciół Tybetu w San Diego (www.sdtibet.org ), które jest częścią International Tibet Support Network.

Tłum. Katarzyna Gąsiorek


Dr Dorothy Berger odeszła 28 lutego 2011 r., była członkinią Steering Committee The International Tibet Network, w latach 2005 -2008 współprzewodniczącą organizacji. Na stronie http://tibetnetwork.org/dorothyberger znajduje się tekst Dennisa Cussaca, obecnego Współprzewodniczącego, oraz plik z pożegnaniami od działaczy na rzecz Tybetu z całego świata.


Zobacz także:

5 marca 2011

Losar Tashi Delek!


Wszystkim Czytelnikom bloga, 
w roku Żelaznego Zająca (2138 wg kalendarza tybetańskiego) 
życzymy wszelkiej pomyślności. 
Redakcja

4 lipca 2010

Trzeci Biegun Świata

Małgorzata Sieradzka-Krusińska, Aleksandra Gajda, Piotr Cykowski
Tekst publikowany był w „Dzikim Życiu” (maj 2010, nr 5).

Droga do Lhasy okolice Tingri. Fot. M. Cieszewski
Tybet, przez wielu nazywany „dachem świata” lub „trzecim biegunem”, leży w sercu Azji. Uważa się, że jest on jednym z najbardziej wrażliwych na zmiany środowiska naturalnego obszarów kontynentu. Przed chińską okupacją – zapoczątkowaną w roku 1950 – był to obszar względnie stabilny ekologicznie. Głównie ze względu na niewielkie zaludnienie oraz izolację geograficzną i polityczną.

W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że mit proekologicznego Tybetańczyka (green tibetan) rozmija się nieco z prawdą, o czym szerzej pisze Toni Huber w swojej pracy „Green Tibetans: A brief social history”. Postrzeganie Tybetańczyków przez pryzmat buddyzmu i przekładanie ich religijności na podejście do środowiska naturalnego nie jest aż tak przejrzyste, jak mogłoby się wydawać. W wizerunku Tybetańczyka pomija się na przykład praktyki polowania na dzikie stada zwierząt oraz toczone przez stulecia wojny Tybetu z sąsiadami, a nawet pomiędzy klasztorami i wyznawcami różnych odłamów buddyzmu.

Refleksje na temat współczesnego wizerunku Tybetańczyka nie umniejszają jednak szkodliwości, jaką wywiera polityka chińska na środowisko w Tybecie. Niepokojące zmiany w przyrodzie na Wyżynie Tybetańskiej, jakie odnotowano w ostatnich dekadach, stały się przedmiotem zainteresowania organizacji działających na rzecz Tybetu. Ten od lat znany, ale nie nagłaśniany problem stał się ważnym elementem dyskusji o polityce Chin wobec Tybetu. Znalazło to odzwierciedlenie w udziale organizacji tybetańskich podczas Konferencji Klimatycznej (grudzień 2009, Kopenhaga). Być może międzynarodowa uwaga, jaką zyskała kwestia tybetańska, przyczyni się do zmiany polityki rządu chińskiego w obszarze środowiska, prędzej niż uzyskanie jakichkolwiek ustępstw politycznych wobec Tybetańczyków.

Tymczasem tendencja władz chińskich do ignorowania lub wręcz fałszowania problemów społecznych i ekologicznych w Tybecie utrudnia określenie rzeczywistego poziomu szkód wyrządzonych w środowisku naturalnym na tym obszarze. Niezwykle ważne jest, aby wzrosła świadomość, iż ekologiczne zmiany na Wyżynie Tybetańskiej mają swoje globalne konsekwencje. Zatruwanie rzek, deforestacja czy emisja dwutlenku węgla, od dawna przestały być tylko problemami lokalnymi Tybetu.

Przyroda Tybetu

Tybet to region w Azji Środkowej, dawniej obejmujący trzy prowincje: Amdo, Kham i U-Tsang. Po włączeniu do Chin, U-Tsang i część Kham utworzyły Tybetański Region Autonomiczny (TAR), a pozostałe rejony historycznego Tybetu zostały włączone do chińskich prowincji. Tybet to ogromny obszar, o powierzchni odpowiadającej mniej więcej terytorium Europy Zachodniej. O wyjątkowości Tybetu decyduje między innymi jego położenie – otoczony jest naturalną granicą łańcuchów górskich Himalajów, Karakorum, Kunlun, Ałtyn-tag, bezludnymi kamienistymi pustyniami na północy i głębokimi dolinami górskich rzek na zachodzie.

W Tybecie znajdują się źródła największych i najważniejszych rzek Azji, w tym Brahmaputry (Yarlung Tsangpo), Indusu (Sangye Khabab), Gangesu i wielu innych. Rzeki te zasilają nie tylko Chiny, ale także Indie, Pakistan, Nepal, Bhutan, Bangladesz, Birmę, Tajlandię, Wietnam, Laos i Kambodżę. W skali roku przez Tybet przepływa 6% wody całej Azji, ok. 28% wody w Chinach i 34% wody w stosunku do zasobów wodnych Indii. W związku z tym Tybet posiada jeden z największych na świecie potencjałów hydroenergetycznych.

W Tybecie występuje ponad 15 tys. naturalnych jezior słodkowodnych i słonych. Wiele z nich, niezależnie od wielkości i dostępności, uważanych było przez Tybetańczyków za miejsca święte, a zamieszkujące je zwierzęta traktowane były z szacunkiem. W Tybecie występuje ok. 600 gatunków rośli endemicznych, a ponad 2 tys. roślin wykorzystywanych jest w tradycyjnej medycynie naturalnej. Lasy Wyżyny Tybetańskiej stanowią największe obszary naturalnego lasu w całych Chinach. Przeważająca część Tybetu (ok. 70%) pokryta jest łąkami i nie bez powodu uznawane są one za jedno z największych i najważniejszych obszarów pasterskich na Ziemi.

Na terenie Wyżyny Tybetańskiej występuje ponad 210 gatunków ssaków (w tym wiele gatunków endemicznych). Podróżnicy odwiedzający Tybet w XIX i na początku XX wieku wielokrotnie opisywali bogactwo tutejszej fauny. Spośród najważniejszych zwierząt wymienić należy: tybetańską antylopę, owcę argali, dzikiego jaka czy śnieżną panterę. Na terenach tybetańskich (pogranicze Kham i Chin) znajduje się połowa ostatniego naturalnego siedliska pandy wielkiej – gatunku zagrożonego wyginięciem.

Ukryte skarby

Fot. archiwum Fundacji Inna Przestrzeń
Procesy geologiczne, które doprowadziły do powstania Płaskowyżu Tybetańskiego, przyczyniły się do nagromadzenia bogatych złóż mineralnych. Nieprzypadkowo Xizang – chińska nazwa Tybetu – oznacza „Zachodni Skarbiec”. Obecnie na terenach tybetańskich zidentyfikowano ponad 120 różnych minerałów. Do największych należą złoża boraksu, chromitu, boru, tytanu, żelaza, litu, uranu, magnezu, siarki i złota. Według geologów, w Amdo i na terenie Czantang znajdują się bogate zasoby ropy naftowej. Tybetańskie zasoby litu stanowią prawdopodobnie ok. 50% zasobów światowych. Odkryte na terenie Kham złoża miedzi stanowią 1/3 zasobów Chin. Z pewnością jest to obecnie jednak z najważniejszych przyczyn kolonizacji ziem tybetańskich.

Przed 1959 r. w Tybecie istniało zaledwie kilka kopalń. Wydobycie na masową skalę rozpoczęto dopiero w latach 60. Wartość surowców wydobytych w latach 1952-1990 szacowana jest na ponad 2 mln dolarów. W ramach IX Planu Pięcioletniego na wydobycie zasobów naturalnych w Tybecie przeznaczono ok. 1,2 mln dolarów, spodziewając się zysków w wysokości 78 mln. W latach 1991-2005 w ramach VIII i IX Planu Pięcioletniego zrealizowano łącznie 105 „projektów rozwojowych”. Według rządu tybetańskiego, wiele z nich realizowanych było na terenach występowania surowców mineralnych i służyło jedynie zwiększeniu wydobycia zasobów.

Bogactwo surowców mineralnych na płaskowyżu Qinghai-Tybet zdaniem niektórych było powodem, dla którego w ogóle wybudowano kolej do Lhasy. Według raportów opublikowanych w 2007 r., złoża miedzi w obrębie płaskowyżu szacuje się na 14 mln ton, do tego dochodzą jeszcze rudy w pasie biegnącym na wschód poprzez TAR do prefektury Ngari. Oprócz tego w rejonie tym występują złoża złota w Nagchu, położonym na terenie TAR, a także złoża miedzi w Kyegudo. W rejonie Shetongmon znajdują się złoża miedzi i złota, do których ma być dociągnięta magistrala kolejowa.

Obecnie na granicy Wyżyny Tybetańskiej z Chinami odnotowuje się intensywny wzrost uprzemysłowienia, przy jednoczesnym ignorowaniu przez władze chińskie kwestii ochrony środowiska. Nielegalne wydobycie złota na obszarach Amdo i Khamu powoduje niszczenie łąk i terenów uprawnych. Do pozostałych zagrożeń, związanych z górnictwem i przemysłem wydobywczym, należą zanieczyszczenie powietrza, gleby i wody toksycznymi odpadami. Brak skutecznej polityki ekologicznej władz chińskich budzi niepokój, gdyż poważnie zagrożona jest przyszłość środowiska naturalnego tego regionu.

Fot. M. Gajek

Zagrożone dzikie życie

Tradycyjnie Tybetańczycy zajmowali się myślistwem, a mięso stanowiło i do dziś stanowi jedno z ważniejszych źródeł pożywienia. Niezwykle pożytecznym w gospodarstwie zwierzęciem jest jak, który dostarcza skór, mleka, tłuszczu, nawozu na opał, a także wykorzystywane jest jako zwierzę juczne. Również w tradycyjnej medycynie tybetańskiej stosuje się produkty pochodzenia zwierzęcego.

Jednak dopiero w pierwszych trzech dekadach chińskiego panowania na Wyżynie Tybetańskiej stabilizacja gospodarki żywieniowej została poważnie zachwiana. Ucierpiały szczególnie dzikie zwierzęta, na które zaczęto systematycznie polować.

W latach 80. i 90. na wielką skalę polowano na lamparty, których skóry na rynku międzynarodowym zaczęły osiągać ogromne wartości. Wzrost zainteresowania tradycyjną medycyną chińską spowodował zwiększenie zapotrzebowania na produkty pochodzenia zwierzęcego, np. na woreczki żółciowe niedźwiedzi.

Od połowy lat 90. wyginięcie grozi populacji tybetańskiej antylopy, na którą poluje się ze względu na rogi, skóry oraz cenną wełnę.

Dziki jak zajmuje wysokie miejsce na chińskiej liście gatunków chronionych. Niemniej jednak chiński rząd zezwolił na polowanie na ten zagrożony gatunek, którego mięso trafia na rynek w Chinach, Hongkongu i Europie. Polowania stanowią znaczny dochód dla władz lokalnych – na początku lat 90. pozwolenie na polowanie na antylopę kosztowało ok. 35 tys. dolarów, a na owcę argali ok. 23 tys. USD. Zezwolenie na odstrzał dzikiego jaka, którego populacja wynosi obecnie zaledwie 15 tys., kosztuje 40 tys. USD. Na skutek intensywnych połowów dzikich zwierząt, w 1990 r. na Czerwonej Liście Zagrożonych Gatunków, publikowanej przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody (IUCN), znajdowało się już 30 tybetańskich gatunków zwierząt.

Obecnie w Chinach mówi się o ochronie przyrody, a do końca 2000 r. w TAR utworzono 17 rezerwatów dzikiej przyrody. Ta praktyka budzić może nadzieje, jednak raport SEPA z 2000 r. jasno wskazuje, że liczba pracowników rezerwatów w TAR wynosiła łącznie zaledwie 163 osób. Pracownicy nie byli dobrze wyszkoleni i brakowało im wyposażenia niezbędnego, aby chronić rezerwaty przed kłusownikami. Ograniczone zasoby i brak skutecznej implementacji prawa antykłusowniczego ułatwia zorganizowanym gangom kłusowników kilkudniowe wyprawy na tereny „chronione”.

Wylesienie

W przeszłości na terenach Tybetu – ograniczonych w zasoby roślinności leśnej – za opał służyły głównie drobne gałęzie, porosty oraz suszone odchody jaków. Cenne drewno wykorzystywało się raczej jako materiał budowlany i dekoracyjny. Chińska obecność na Płaskowyżu odznacza się pozyskiwaniem drewna na masową skalę, z czego większość transportowana jest do Chin. W Kham i Amdo powierzchnia lasów z ok. 30% w 1950 r. zmniejszyła się do ok. 14% w 1980 r., a rabunkowa gospodarka leśna kontynuowana była do końca lat 90. XX wieku. Według danych zgromadzonych przez Centralny Rząd Tybetański, w okresie 1950-1958 powierzchnia lasów w Tybecie zmniejszyła się o 46% – z 25 200 do 13 570 tys. km2. Wylesienie na stromych stokach powoduje dwukrotnie szybszy odpływ wody z tych terenów.

Wyżyna Tybetańska ma także duże znaczenie w światowej cyrkulacji powietrza, a wywołane deforestacją zmiany lokalnego klimatu mogą mieć konsekwencje globalne. W 1998 i 1999 r. gwałtowne wylewy Yangtze (Jangcy) spowodowały śmierć wielu ludzi, powodując olbrzymie straty finansowe. Na wielu obszarach wprowadzono zakaz wycinania drzew oraz rozpoczęto systematyczne zalesianie. Liczne świadectwa wskazują jednak, że tybetańskie lasy wciąż wycinane są na masową skalę, między innymi w wyniku powszechnej korupcji. Istnieją także obawy, że masowe nasadzenia leśne mogą niekorzystnie wpływać na ekosystem zalesianych terenów poprzez wprowadzanie monokultur.

Fot. archiwum Fundacji Inna Przestrzeń

Degradacja łąk, pastwisk i terenów uprawnych

Zagrożone są również tybetańskie łąki. Dzieje się to m.in. wskutek nadmiernego wypasu zwierząt. Niepokój budzi również wymieranie roślinożerców, utrzymujących równowagę gatunkową pomiędzy roślinami porastającymi łąki, a także eksploatacja złóż mineralnych, głównie złota. Olbrzymie zniszczenia przyniosły reformy komunistyczne, czyli działania na rzecz kolektywizacji gruntów i tworzenia komun.

Obecna polityka pozostawia wiele do życzenia. Znane są przypadki, kiedy pasterze zmuszani są do przenoszenia swoich stad z niżej położonych, zimowych pastwisk, aby w ich miejscu mogło rozwijać się rolnictwo, przemysł wydobywczy czy ośrodki militarne.

Spadek liczby drapieżników doprowadza do gwałtownego rozwoju gryzoni niszczących łąki. Ponadto rząd lokalny wydaje dyrektywy określające ilość i typ hodowanych zwierząt, pojawiają się wzmianki o ogradzaniu pastwisk.

Chińskie władze prowadzą politykę zamiany pastwisk, przynależących do wspólnot (składających się z kilku rodzin), na tereny prywatne, wymuszające osiadły tryb życia. Może się to okazać destrukcyjne dla ekologii terenów pasterskich i przyszłości gospodarki pasterskiej.

Jak wskazuje raport Tybetańskiego Centrum Praw Człowieka i Demokracji, powołujący się na wypowiedzi chińskich polityków oraz świadectwa Tybetańczyków, obecne działania nastawione są na likwidację wędrownego trybu życia tybetańskich nomadów.

Według raportu Banku Światowego (2001), w Tybecie na 82 mln ha łąk, średnio- i bardzo zdegradowanych było 21,4 mln ha, czyli ponad ¼ tych obszarów. Poza spadkiem produktywności, raport ten wskazuje na inne poważne konsekwencje degradacji łąk: spadek różnorodności biologicznej i liczebności dzikich zwierząt, zmniejszenie zdolności zatrzymywania wody oraz pogorszenie jakości powietrza.

Fot. archiwum Fundacji Inna Przestrzeń

Kolej do Lhasy

W 1999 r. prezydent Jiang Zemin ogłosił „Strategię Rozwoju Zachodu”. W pierwszej fazie trwania strategii (2000-2005) zainwestowano głównie w ciężką infrastrukturę, taką jak kolej do Lhasy, gazociąg do Lhanzhou czy hydroelektrownie na południowym zachodzie. Za główny punkt strategii, oficjalnie mającej na celu wzrost gospodarczy zachodnich terenów, uznano wybudowanie kolei łączącej chińską prowincję Qinghai ze stolicą Tybetu – Lhasą.

Już po trzech latach od uruchomienia kolei zauważalny był negatywny wpływ linii na środowisko naturalne. W dniu 1 lipca 2006 r. ruszyła kolej tybetańska łącząca stolicę Tybetu, Lhasę, z miastem Golmud w chińskiej prowincji Qinghai. Budowa tej liczącej 1142 km magistrali kolejowej, na niektórych odcinkach biegnącej na wysokości powyżej 4 tys. metrów n.p.m., trwała cztery lata i pochłonęła ponad 4 mld dolarów. Na swojej trasie (średnio co 13 km) pociąg pokonuje 675 mostów, których całkowita długość wynosi 160 km. Spora część torów przebiega przez rejon aktywny sejsmicznie, a wysokość ponad 4000 m powoduje tak duże rozrzedzenie powietrza, że wagony zostały skonstruowane jak samoloty. Próżniowe wnętrza odgradzają pasażerów od rozrzedzonego powietrza.

Co sprawiło, że rząd chiński zdecydował się na podjęcie tak trudnego i ogromnie kosztownego przedsięwzięcia?

Bliższe przyjrzenie się aktualnej sytuacji sugeruje, że celem nie jest tutaj rozwój ekonomiczny zachodnich terenów ChRL (z Tybetem włącznie) i poprawa życia ich mieszkańców, lecz raczej wydobycie surowców mineralnych i ich transport do bogacących się kosztem zachodu prowincji wschodnich. To niezwykłe przedsięwzięcie można również potraktować jako działanie strategiczne, mające na celu przypominać Tybetańczykom o utraconej przez nich niepodległości po chińskiej inwazji.

Pasażerowie pokonujący trasę Gomuld – Lhasa z pewnością niejeden raz poczują się urzeczeni widokami z okien pociągu, który wspina się na przepiękne, ośnieżone pasmo Kunlun w prowincji Qinghai. Z okien pociągu trudno jednak być może zauważyć, że ten twór techniki może mieć katastrofalne konsekwencje dla środowiska naturalnego. Tory kolejowe w połowie długości magistrali leżą na podłożu wiecznej zmarzliny, zwanej też zlodowaceniem podziemnym (z ang. permafrost). Jej głębokość sięga przeważnie kilkudziesięciu metrów. W miesiącach letnich wierzchnia warstwa gruntu – do około 2 m – może ulegać rozmarznięciu, wskutek czego staje się on często grząskim bagnem, w głąb którego nie może wsiąknąć nadmiar wody.

Inżynierowie zatrudnieni przy budowie kolei musieli, aby rozwiązać ten problem, zaprojektować specjalne podkłady, by nie tonęły podczas wiosennych roztopów i nie podnosiły się wraz z glebą zamarzającą podczas zimy. Na niektórych odcinkach na podkłady pompowany jest ciekły azot w celu utrzymania stabilność konstrukcji.

Mimo to, zaledwie 3 lata po uruchomieniu połączeń kolejowych, pojawiły się poważne problemy. Jak wiadomo, przejawem globalnego ocieplenia jest podwyższanie się temperatury gruntów. Odnotowano, że przez ostatnie 30 lat temperatura gruntu na Wyżynie Tybetańskiej wzrosła o 0,3 oC. Jednak tam, gdzie miała miejsce ludzka aktywność – taka, jak podczas budowania kolei – temperatura wzrosła dwukrotnie, czyli o 0,6 oC. To rodzi kolejne problemy.

Około 1/3 węgla skumulowanego w glebie jest zmagazynowana w wiecznej zmarzlinie. Według danych naukowych, tybetańska wieczna zmarzlina jest bardzo wrażliwa na wszelkie zmiany klimatyczne, a szczególnie na wzrost temperatury. Jej degradacja doprowadza do uwalniania się do atmosfery dużych ilości węgla, co intensyfikuje proces globalnego ocieplenia.

Trzeci biegun świata i zmiany klimatu

Fot. archiwum Fundacji Inna Przestrzeń
Tybet nie bez powodu nazywany jest trzecim biegunem. Na Wyżynie Tybetańskiej znajduje się ponad 46 tys. lodowców. W całych Himalajach lodowce, zajmując łącznie ponad 100 tys. km2, magazynują ok. 12 tys. km3 wody. Niemal 900 mln ludzi żyje w dziale wodnym 6 wielkich rzek, które mają swoje źródła w Tybecie. Jeśli uwzględnić działy wodne wszystkich rzek, które mają swój początek w Tybecie, to pokryją one teren zamieszkały przez 47% ludności świata. Ponadto, przetrwanie setek milionów ludzi zależy od deszczów monsunowych, ściąganych w głąb lądu przez Płaskowyż Tybetański.

Podobnie jak obydwa bieguny, które nagrzewają się w alarmującym tempie, taka sama sytuacja ma miejsce na Wyżynie Tybetańskiej. Płaskowyż nagrzewa się szybciej niż początkowo zakładano, a skutkiem tego są roztapiające się lodowce, degradacja wiecznej zmarzliny, pustynnienie łąk, zachwianie cykli hydrologicznych rzek oraz wysychanie mokradeł. Te wszystkie zmiany na wyżynie mają swoje konsekwencje dla milionów ludzi mieszkających w innych regionach Azji.

Naukowcy alarmują, że proces wzmożonej urbanizacji, a zwłaszcza sposób użytkowania ziemi, może przyczyniać się do wielu negatywnych zmian. Ten czynnik może odegrać nawet większą rolę, niż efekt gazów cieplarnianych. Duża liczba projektów związanych z uprzemysłowieniem, takich jak budowa kolei tybetańskiej, połączona z usilnymi wysiłkami rządu chińskiego, zmierzającymi do zurbanizowania Wyżyny Tybetańskiej, doprowadzi do dalszego powiększania się populacji, co w przyszłości zmieni całkowicie oblicze tego obszaru – stwierdza naukowiec Oliver W. Frauenfeld.

Dodatkowo, nasilona urbanizacja prowadzi do wzrostu temperatury powietrza na obszarze miast (nawet o 8–11 oC względem otaczających je terenów wiejskich). Takie zmiany obserwuje się m.in. w Lhasie, Golmud czy Xining.

Dyrektor Meteorologicznego Biura TAR potwierdził w lipcu 2007 r., że katastrofy meteorologiczne, powiązane z globalnym ociepleniem, takie jak cofanie się lodowców, rozmarzanie wiecznej zmarzliny, pustynnienie łąk oraz pozostałe, przyczyniają się do powstania ogromnego zagrożenia dla całego systemu ekologicznego Tybetu.

Greenpeace przewiduje, że jeśli ten trend się utrzyma, to 80% himalajskich lodowców zniknie w ciągu 30 lat. Przedstawiciel ONZ zaryzykował nawet twierdzenie, że w ciągu 50 lat w Himalajach zniknie cały lód i śnieg.

Następstwem rozmarzania wiecznej zmarzliny będą powodzie oraz – w dłuższej perspektywie – susze. Odpowiedzią Chin na topnienie lodowców w Tybecie jest budowa zapór wodnych, przez co pozbawia się miliony ludzi bezpiecznego i stabilnego zaopatrzenia w wodę. Co więcej, Chiny obwiniają tybetańskich pasterzy o spowodowanie zagrożenia dla równowagi gospodarki wodnej regionu. Rozwiązanie, jakie proponują Chiny, to osiedlenie ponad 2 milionów tybetańskich nomadów. Już w ciągu ostatnich czterech lat ta polityka dosięgła blisko 50 tys. tybetańskich nomadów, których wędrowny tryb życia szkodzi rzekomo ekosystemowi.

Dokąd z Kopenhagi?

Współczesny świat coraz bardziej świadomy jest zagrożeń związanych z globalnym ociepleniem. W 1979 r. na pierwszej Światowej Konferencji Klimatycznej uznano zmiany klimatyczne za pilny problem światowy i wystosowano następnie deklarację wzywającą rządy do zwrócenia uwagi na potencjalne zagrożenia klimatyczne. Jednak dopiero na Konferencji w grudniu 2009 r. poruszono kwestię zmian klimatycznych na Wyżynie Tybetańskiej.

Późne negocjacje podjęte w sprawie ludności tybetańskiej są efektem konsekwentnej polityki chińskiej, stosowanej wobec tej liczącej 6 mln społeczności. Zmuszeni (pod karą więzienia) do milczenia na temat swojej sytuacji materialnej i pozbawieni możliwości tworzenia organizacji reprezentujących ich interesy w ChRL oraz za granicą, przez świat zewnętrzny postrzegani byli jako grupa o niewielkim znaczeniu.

Być może przed Tybetańczykami otworzy się nowa przyszłość, jako że zmiany w środowisku naturalnym Płaskowyżu wzbudziły poważny niepokój podczas ostatniego szczytu klimatycznego ONZ w Kopenhadze. Pomimo że ustalenia zjazdu wypadły mało ambitnie, to chociaż w jednej kwestii zebrani okazali się zgodni. Uznano, iż za emisję ogromnej ilości szkodliwych gazów cieplarnianych są w głównej mierze odpowiedzialne Stany Zjednoczone oraz Chiny.

Jeszcze przed zakończeniem szczytu klimatycznego 35 parlamentarzystów z 16 państw podpisało się pod listem wzywającym do zwrócenia uwagi na zmiany klimatyczne w Tybecie. Został on wręczony przywódcom Konferencji Klimatycznej, a wśród sygnatariuszy listu znalazły się również podpisy polskich parlamentarzystów z Parlamentarnego Zespołu ds. Tybetu oraz Tibet Intergroup w Parlamencie Europejskim.

Przedstawione w tym artykule informacje miały za zadanie ukazać proces przemiany lokalnego, ekologicznego problemu Tybetu w problem o zakresie globalnym. Zakończenie Szczytu Klimatycznego w Kopenhadze nie przyniosło oczekiwanych efektów, storpedowanych m.in. stanowiskiem chińskiego rządu. Przyczyniło się jednak do powstania wielu analiz, działań i planów mających na celu włączenie kwestii Tybetu do międzynarodowej dyskusji o zmianach klimatycznych. Dotyczą one całej ludzkości, ale najbardziej bezpośrednio mieszkańców małych wysp, którym zagraża podniesienie poziomu morza, a tym samym całkowite zniknięcie z mapy świata, a także unikalnej kultury tybetańskich nomadów, zależnych od wrażliwego środowiska tybetańskich pastwisk. Ich los jest także w naszych rękach, a Kopenhaga, choć zakończona politycznym fiaskiem, pokazała determinację i strategiczne podejście organizacji i społeczeństwa. To zapewne jeden z ważnych przystanków na długiej drodze do wolności Tybetu, także w wymiarze ekologicznym.

28 czerwca 2010

CZAS, KTÓRY POZOSTAŁ

Buddyzm a wegetarianizm w Tybecie

Jesz mięso? To jaki z Ciebie buddysta? Nie jesz mięsa? Ach, to pewnie jesteś buddystą. Z takim zdaniem spotkał się niejeden buddysta mięsożerca lub wegetarianin nie-buddysta. Bo choć w świadomości wielu osób te dwa pojęcia: „buddyzm” i „wegetarianizm” na stałe połączone są nitką zależności, rzeczywistość jest dużo bardziej złożona. Czy wegetarianizm to filozofia życia, czy na stałe związany jest z jakąś religią i czy religię można połączyć z polityką? Te wszystkie pytania choć z pozoru niezależne łączą się ściśle z Tybetem.
„Tybet - jedno z 24 świętych miejsc, kolebka życia, to niczym wyłaniająca się znikąd świątynia ze skał” – tak głosi stary tybetański tekst. Tybet przez wieki pozostawał odizolowany od reszty świat potężnymi górami. Położony na wysokości od 4000 do 5000 metrów n.p.m. Tybet, znajduje się w samym sercu Azji. Potężne i niedostępne twierdze, o których wzmianki napływały w ciągu wieków, dały początek tajemniczym i pełnym mistyki opowieściom, Tybet stał się Shangri-lą, krainą wiecznej młodości, gdzie przezwyciężono prawa natury i gdzie można było nawiązać bezpośredni kontakt ze światem duchów - choć był to także realny świat w ściśle geograficznym, historycznym i ludzkim wymiarze.

Tybetańczycy określają swój kraj „Bod yul”, co tłumaczy się często jako „kraina śniegów”, „kraina otoczona murem śnieżnych gór”. Stąd często określa się go jako Dach Świata. Tybet nie jest już jednak mityczną Shangri-la. Polityka i obce wpływy wkradły się do Tybetu a on powoli zaczął wyłaniać się ze swej odwiecznej otoczki mistyki i czaru. Dziś Tybet częściej niż ze świątyniami, pobłyskującymi złotem w promieniach słońca, kojarzy się z obozami pracy i torturami. Ponad 50 lat chińskiej polityki sprawiło, że Tybetańczycy stali się mniejszością we własnym kraju, mniejszością dyskryminowaną, poddawaną brutalnej sinizacji na każdym kroku. Ostatnie dni i tygodnie w bardzo dramatycznych okolicznościach sprawiły, że świat przypomniał sobie o Tybecie, sprawiły, że pojawił się na ustach wszystkich, na pierwszych stronach codziennych gazet. Ale oglądany przez nas Tybet nie ma już tej magii, nie ma w nim tajemnicy, jest przerażająca rzeczywistość, krew mnichów, bunty ludności i dramatyczne apele o zaprzestanie przemocy płynące z niewielkiego miasteczka w północnych Indiach, z Dharamśali, gdzie mieści się siedziba XIV Dalajlamy, duchowego i politycznego przywódcy Tybetańczyków. Krótko po wybuchu powstania w stolicy Tybetu, Lhasie, bunty rozlały się po okolicznych prowincjach, po terenach prowincji Gansu, Qinghai, Yunnan i Syczuan. Również tam mnisi wyszli na ulicę, również tam dołączyli się do nich zwykli mieszkańcy. Niewiele osób rozumiało dlaczego tak się stało, niewielu pamiętało bowiem jak wyglądał Tybet przed agresją chińską w 1950 r. Gdy w 1965 r. chińskie władze dumnie ogłosiły światu powstanie Tybetańskiego Regionu Autonomicznego jedno spojrzenie za mapę gasiło wszelkie nadzieje o prawdziwej autonomii i poszanowaniu praw Tybetańczyków. TAR objął jedynie tereny Tybetu Centralnego, ziemie dwóch pozostałych tradycyjnie tybetańskich regionów Khamu i Amdo zostały włączone do Chińskiej Republiki Ludowej by wejść w skład czterech prowincji chińskich: Gansu, Qinghai, Yunnan i Syczuan. Tereny te jednak od wieków zamieszkiwane były przez ludność tybetańską, ludność mówiącą jednym z dialektów języka tybetańskiego, ludność określaną przez Tseringa Sakyę mianem „zjadaczy campy” bo to właśnie campa, czyli prażona mąka jęczmienna wymieszana z wodą lub mlekiem, stanowiła główny składnik pożywienia wszystkich Tybetańczyków. Ale jest jeszcze coś, co spaja wszystkich Tybetańczyków nierozerwalną nicią, coś, co powoduje, że każdy Tybetańczyk jest dumny z tego kim jest i w co wierzy - buddyzm.

„Nie da się zrozumieć Tybetu bez buddyzmu.” Te słowa XIV Dalajlamy w pełni oddają rolę religii w życiu zwykłego Tybetańczyka. Religia była i w dużej mierze wciąż jest w Tybecie wszystkim. Jest źródłem inspiracji i tożsamości narodowej, w życiu codziennym narzuca rytuały, które mają zapewnić odrodzenie, przenika wszystkie dziedziny życia i daje odpowiedzi na wszystkie pytania. Buddyzm stał się również przez wieki jedynym odniesieniem w historii Tybetu. Historię tę przedstawiano często wyłącznie przez pryzmat rozwoju religii, pozostawiając wrażenie, że na ziemiach tybetańskich nigdy nic innego się nie działo. Na dalszy plan zeszły prowadzone przez Tybetańczyków wojny, dworskie przepychanki, krwawe potyczki i walki o władzę.
Wszystko to sprawiło, że Tybet umiejscawiany jest na pierwszym miejscu buddyjskiej mapy świata. Często pomija się przy tym korzenie, z których wyrósł buddyzm tybetański, drogi jego transmisji czy wpływy, a tych znajdziemy zarówno w Indiach, jak i w Nepalu bardzo wiele.

Pierwsze kontakty Tybetu z buddyzmem datowane są na VII w. Podczas gdy w innych regionach Azji, w Chinach, w Japonii czy Korei nauki buddyjskie zdążyły już zdobyć spore uznanie, w Tybecie dopiero wówczas rozpoczął się pierwszy okres upowszechniania buddyzmu (tyb. Snga – dar). Tybetańczycy przejęli więc buddyzm w jego późnoindyjskiej wersji. Stąd właśnie różnice pomiędzy buddyzmem tybetańskim a buddyzmem obecnym w innych regionach Azji. Zanim doszło więc do wyodrębnienia różnych szkół buddyzmu tybetańskiego, Indie były głównym źródłem inspiracji, to stamtąd szły nauki, to stamtąd pochodzili najwięksi w historii Tybetu nauczyciele, m.in. Atiśa. Buddyzm, jaki rozwinął się w Tybecie pozostawał późnym odłamem buddyzmu mahajany, wyrastał więc z tradycji braminizmu, śaktyzmu, hinduizmu. Z tradycji hinduizmu buddyzm przejął jedną z naczelnych zasad, którymi buddyści na całym świecie kierują się do dzisiejszego dnia, zasadę ahinsy czyli nieszkodzenia żadnej żywej istocie a co za tym idzie niezabijania oraz niesprawiania cierpienia zarówno fizycznego jak i psychicznego. Taka postawa miała uwrażliwić i wyrobić poszanowanie dla każdej żywej istoty. Realizacja tej zasady w życiu codziennym zakładała podążanie Szlachetną Ośmiostopniową Ścieżką, która była z kolei realizacją drogi wskazanej w czwartej i ostatniej Szlachetnej Prawdzie, czyli fundamencie nauk buddyzmu. Czwarta Szlachetna Prawda mówiła o istnieniu drogi prowadzącej do zniszczenia cierpienia, drogą tą była składająca się z ośmiu czynników ścieżka, na którą składały się: właściwy pogląd, właściwe postanowienie, właściwe słowa i czyny, właściwy żywot, w końcu również właściwe dążenie, skupienie oraz medytacja. Realizacja tych wszystkich założeń i kierowanie się przy tym zasadą ahinsy zakładało konieczność działań altruistycznych, gromadzenia zasług. Podążanie drogą nieszkodzenia żadnej żywej istocie dla wielu buddystów w bezpośredni sposób przełożyło się na praktyki jedzeniowe, odrzucili mięso właśnie jako realizację naczelnej zasady ahinsy. I mimo iż sam Budda Śakjamuni nigdy nie mówił o wegetarianizmie, nigdy nie nakazywał go i nie promował, wielu buddyjskich mistrzów, nauczających już po śmierci Przebudzonego zalecało odrzucenie mięsa jako pełnię realizacji zasady ahinsy. Rzecz się jednak miała nieco inaczej w samym Tybecie.

 Tybetańczycy, choć niemal wszyscy określają się jako buddyści rzadko są wegetarianami. Powody nie przyjęcia się na terenie Dachu Świata wegetarianizmu były bardzo prozaiczne. Na wysokościach, na jakich położony jest Tybet uprawa warzyw i owoców była niezwykle trudna, możliwa w zasadzie jedynie na terenach Tybetu Centralnego, czyli tzw. Ü-Cang. Na terenach wyżej położonych, we wschodnich prowincjach Kham i Amdo oraz na terenach Płaskowyżu Tybetańskiego głównym źródłem pożywienia było jacze mięso. Jaki zawsze były najpowszechniej hodowanymi przez Tybetańczyków zwierzętami. Koczownicy nazywają je „nor”, co znaczy „bogactwo” lub „dostatek”, samicę nazywa się „’bri” (lub „’dri”). Jak jest także najbardziej pożytecznym z tybetańskich zwierząt hodowlanych. Samiec dostarcza mięsa, samica natomiast mleka, z którego wyrabia się masło, sery i jogurty. Dawnymi czasy używano skóry jaka na buty, siodła, w niektórych regionach także na łódki. Dziś jego sierść wykorzystywana jest do wyrobu namiotów, koców, sznurów u ubrań, jego kości do budowy domów, jego łajno na opał i izolację. Ale nawet w tak trudnych warunkach, w jakich przyszło żyć Tybetańczykom nie zapominali oni o zasadzie ahinsy, ale zasadę niezabijania traktowali jedynie dosłownie, mięso zwierzęcia, które nie zostało specjalnie dla nich zabite można było spożywać bez obaw o złego karmana, czyli pełnię naszych uczynków, decydującą o kolejnym wcieleniu. Ubojem zwierząt zajmowali się specjalnie do tego wyznaczeni ludzie, często byli to również chińscy muzułmanie. Zakazany był jednak ubój zwierząt w ósmy, piętnasty i ostatni dzień miesiąca, były to bowiem dni świąteczne. W odpowiedzi na pytanie czy człowiek zajmujący się ubojem zwierząt miał jakiekolwiek szanse na lepsze wcielenie po śmierci, Tybetańczycy dawali prostą i jakże pragmatyczną odpowiedź: pojedynczy grzech człowieka zajmującego się ubojem jest ogromny i ciężar karmiczny z pozoru nie do udźwignięcia ale przecież rozkłada się on na całą społeczność więc na końcu nie jest on taki ciężki…

Myśląc o Tybecie często przychodzą nam do głowy obrazy mnichów w szafranowych szatach, rozmodlonych, skupionych na medytacji. Mimo iż na przestrzeni wieków w Tybecie rozwinęło się wiele szkół buddyjskich, wspólne dla nich wszystkich było m.in. uznawanie zasad winaji, czyli reguły klasztornej, indyjskiej szkoły mulasarwastiwada. Nie wszystkie jednak szkoły za ideał stawiały przestrzegającego celibatu czy zasad wegetarianizmu mnicha. Wielu mnichów jadło mięso, pod warunkiem jednak, że zwierzę nie zostało zabite specjalnie dla nich. Sam XIV Dalajlama, jak wielu dalajlamów przed nim, kiedy mieszkał jeszcze w Tybecie jadł mięso, przestał dopiero będąc już na emigracji w Indiach. Oprócz zasad winaji wspólna dla szkół buddyzmu tybetańskiego była obecność w nich elementów nauk tantrycznych. Praktyki tantryczne skierowane jednak były tylko do szczegółowo wyselekcjonowanego grona praktykujących buddystów, występowały w nich bowiem elementy niebezpieczne, zagrażające nawet życiu. Często to, co w codziennej praktyce buddyjskiej, jak np. jedzenie mięsa czy spożywanie alkoholu, postrzegane było jako naganne, traktowane było jako nieodłączny element praktyk tantrycznych. To co zwykłego człowieka prowadziło do zguby, wtajemniczonego i zaawansowanego w naukach jogina czy tantryka  doprowadzić miało do oświecenia. Stosowano więc niekonwencjonalne metody i środki.

Zasada ahinsy, jako nadrzędna zasada, którą kierują się w swym codziennym postępowaniu buddyści, została jednak w przypadku Tybetańczyków wystawiona na ciężką próbę. Po tym jak chińskie wojska najechały Tybet w połowie XX wieku, po tym jak nie spełniły się obietnice szerokiej autonomii, wolności i szacunku dla kultury tybetańskiej XIV Dalajlama musiał uciekać przez Himalaje do Indii. W ślad za nim poszło tysiące jego rodaków. Na uchodźctwie stworzyli rząd, władze, instytucje, w końcu korzystając z gościnności indyjskiego rządu sporą społeczność tybetańską. Od wielu lat walczą o przestrzeganie praw człowieka w Tybecie, od wielu również lat XIV Dalajlama prowadzi rozmowy z rządem ChRL o uznanie autonomii, o prawa i wolności Tybetańczyków. Chińskie władze zdają się jednak nie słyszeć jego głosu. Podobnie nie słyszały go w historii. Już w czasie wizyty XIV Dalajlamy w Pekinie Mao Zedong stwierdził, że religia to tylko opium dla ludu. Później władze chińskie, tak konsekwentnie promujące ateizm, doszły do wniosku, że największą przeszkodą na drodze do panowania nad Tybetańczykami jest ich religia. Dały temu wyraz w czasie krwawej rewolucji kulturalnej (1966-1976), która kosztowała życie ponad 100 tysięcy mnichów, mniszek, rinpocze i ngagpów. Wielu z nich torturowano, wielu zmuszono do wyrzeczenia się święceń. Nie oszczędzono również starych ksiąg i klasztorów, z których, spośród  6259 ocalało do 1976 r. zaledwie 8.

Tybetański przywódca od lat głosi politykę powstrzymania się od przemocy, opartą na zasadzie ahinsy, w tym widzi jedyny sens swojej walki i jedyną szansę narodu tybetańskiego. Ostatnie wydarzenia w Tybecie pokazały jednak, że młode pokolenie Tybetańczyków, żyjące zarówno w samym Tybecie jak i na emigracji, szanując i uznając swego przywódcę odrzuca jego filozofię. Młodzi Tybetańczycy, a przynajmniej znaczna ich część nie widzą innej drogi jak walka, walka na śmierć i życie bo wiedzą, że Tybet nie ma już czasu. Dalajlama widząc niepowodzenie swojej misji zagroził odejściem, od dawna marzył bowiem o starości w zaciszu klasztoru buddyjskiego, o medytacji i pogrążeniu się w modlitwie. Stanął obecnie przed wyborem dramatycznym, religia lub polityka, ale historia pokazała, że w wypadku Tybetu są one ze sobą nierozerwalnie związane.

Tekst publikowany był w Magazynie Vege

fot. Iwona

31 maja 2010

Tortury bez śladu

W listopadzie 2009 r. młody tybetański piosenkarz mongolskiego pochodzenia, Tashi Dhondrup wydał płytę pt.: "Tortury bez śladu". Album zawiera 13 piosenek wyrażających tęsknotę za przebywającym na wyginaniu Jego Świątobliwością Dalajlamą i nawiązujących do wydarzeń z marca 2008 r. Pięć tysięcy egzemplarzy płyty w błyskawicznym tempie rozeszło się wśród Tybetańczyków w regionie Amdo we wschodnim Tybecie, gdzie Tashi Dondrup jest uważany za lokalną gwiazdę. Władze chińskie natychmiast zabroniły dystrybucji albumu.

Tashi Dhondrup zyskał popularność piosenką „1958 – 2008”, w której porównuje dwa „najbardziej przerażające” okresy w historii Tybetu. Piosenka szybko rozeszła się wśród internautów; Tybetańczycy ściągali ją na swoje telefony komórkowe i rozsyłali znajomym (na swoim blogu opisywała to m. in. tybetańska pisarka, piosenkarka i działaczka na rzecz praw kobiet - Jamyang Kyi).


“1958 – 2008”
Hej!
Rok 1958
W którym czarny wróg wdarł się  do Tybetu
gdy uwiezieni zostali lamowie

To był przerażający czas
To był przerażający czas

Hej!
Rok 1958
gdy uwieziono tybetańskich bohaterów
gdy do więzień wtrącono niewinnych Tybetańczyków

To był przerażający czas
To był przerażający czas

Hej!
Rok 2008
gdy torturowano niewinnych Tybetańczyków
gdy ziemia zabrała wiele niewinnych istnień*

To był przerażający czas
To był przerażający czas
*W 2008 r. północne regiony prowincji Syczuan, w tym tybetańskie prefektury Aba i Ganzi,  nawiedziło trzęsienie ziemi (8,5 stopnia w skali Richtera) w wyniku którego zginęło ponad 69 tysięcy osób. Trzęsienie to uznane zostało jako jedno z najbardziej „zabójcze” w historii (21 miejsce pod względem ilości ofiar śmiertelnych).

Pełna lista utworów z tej płyty:
01.    Czekając z nadzieją
02.    Zachodnia kraina uczonych
03.    Tortury bez śladu
04.    Nie mogę spotkać
05.    Dlatego płaczę
06.    Ból tęsknoty
07.    Chodźmy!
08.    Los trudny do zniesienia
09.    Bez ucieczki
10.    Tybet ma dobrą karmę
11.    Bez żalu
12.    Pomyśl
13.    Smutne życie

Cztery utwory z płyty “Tortury bez śladu” wraz z tłumaczeniem zamieszczam poniżej.


Tortury bez śladu
Po pierwsze, smutna melodia dla mojego brata nie wróciła z daleka
Po drugie, przyszedł ból, że nie ma harmonii dla ludzi
Po trzecie, okupacja i barak wolności dla Tybetańczyków
To są tortury bez śladu

Po pierwsze, żal, że nasze dziedzictwo zostało oddane obcym
Po drugie, ból, że nie jesteśmy właścicielami naszych bogactw naturalnych
Po trzecie, sterylizacja, by zniszczyć naszą rasę
To są tortury bez śladu
To są tortury bez śladu

Po pierwsze, ból, że pozbawiono mnie miłości rodziców
Po drugie, nie słyszę wewnętrznego głosu mojego ludu
Po trzecie, smutek, że umniejsza się nasze góry
To są tortury bez śladu
Po trzecie, smutek, że umniejsza się nasze góry
To są tortury bez śladu


 Nie mogę spotkać
Kiedy myślę o tym, jestem nieszczęśliwy
Nie mogę spotkać Drogocennego Klejnotu*
Mimo że tego pragnę, pozbawiono mnie wolności
I gdy o tym myślę, jestem nieszczęśliwy

Kiedy myślę o tym, jestem nieszczęśliwy
Nie mogę rozwinąć flagi ze śnieżnym lwem
Mimo że tego pragnę, pozbawiono mnie wolności
I gdy o tym myślę, jestem nieszczęśliwy

Kiedy myślę o tym, jestem nieszczęśliwy
Nie mogę śpiewać pieśni o lojalności
Mimo że tego pragnę, pozbawiono mnie wolności
I gdy o tym myślę, jestem nieszczęśliwy

Mimo że tego pragnę, pozbawiono mnie wolności
I gdy o tym myślę, jestem nieszczęśliwy
*Drogocenny Klejnot – jedno z określeń Dalajlamy


Dlatego płaczę
Mój lama, współczujący
Musiał uciekać z Tybetu
Mój ból nie ma końca
A z moich oczu płyną łzy

Odważni patrioci męczennicy
Poświecili swe życia za Tybet
Myśląc o nich czuję ból w sercu
A z moich oczu płyną łzy

Tybetańczycy pozbawieni są wolności
I bici bez powodu
Myślenie o tym powoduje ból
A z moich oczu płyną łzy

Myślenie o tym powoduje ból
A z moich oczu płyną łzy


Bez żalu
Niektórzy mówią, że jestem zły
Niektórzy mówią, że jestem dobry
Mogę być dobry i mogę być zły
Ale jest we mnie cierpienie
Bo nie mogę spotkać mojego lamy
Opowiem o tym ludowi Tybetu,
Mimo że mogą mnie za to zabić
Nie żałuję

Niektórzy mówią, że jestem zły
Niektórzy mówią, że jestem dobry
Mogę być dobry i mogę być zły
O tybetańskich męczennikach
Będę śpiewał do końca mych dni
Mimo że mogą mnie za to zabić
Nie żałuję

Niektórzy mówią, że jestem zły
Niektórzy mówią, że jestem dobry
Mogę być dobry i mogę być zły
Śpiewam, że w Tybecie nie ma wolności
Będę śpiewał przez całe moje życie
Mimo że mogą mnie za to zabić
Nie żałuję

Nie żałuję


Artysta został aresztowany 3 grudnia 2009 r. w Xiningu (prow. Qinghai). Skazano go pod zarzutem prowadzenia „działalności separatystycznej” na rok i siedem miesięcy reedukacji przez pracę.




24 maja 2010

Sinizacja na miękko, czyli jak nowe technologie zmieniają młode pokolenia Tybetańczyków


Nowe technologie zmieniają świat. Na naszych oczach zachodzi rewolucja, która nie tylko zmienia metody komunikacji ale przede wszystkim sposób myślenia pokoleń. Amerykański projektant gier komputerowych Mark Prensky zauważył to już w 2001 roku opisując podział jaki jego zdaniem wytworzył się pomiędzy pokoleniami na wskutek coraz powszechniejszych na świecie sposobów komunikacji z wykorzystaniem nowych technologii. Z jednej strony zauważył, że istnieje pokolenie cyfrowych tubylców (Digital natives) - osób które od najmłodszych lat poruszają się w świecie technologii cyfrowych i elektronicznych gadżetów - oraz cyfrowych imigrantów (Digital imigrants) - ludzi z poprzedniej epoki dla których zagłębienie się w świat cyfrowy stanowi często barierę nie do przebycia. Fakt, że być może czytacie te zadania na naszym blogu oznacza, jak się zapewne domyślacie, że zaliczamy się do pokolenia cyfrowych tubylców. I jeżeli możemy założyć generalnie, że rewolucja która zaszła w tym względzie na świecie przynosi pozytywne skutki, tak wiele osób pewnie byłaby w stanie wymienić wiele jej negatywnych aspektów. Jeden z nich miałem okazję zaobserwować podczas mojego marcowego pobytu w Tybecie.

Młode pokolenia Tybetańczyków podobnie jak reszta ich rówieśników na świecie jest bardzo ciekawa i otwarta na nowe technologie. Oczywiście z wielu względów mają bardzo ograniczony dostęp do np. Internetu czy elektronicznych gadżetów. Z jednej strony Internet jest w Lhasie bardzo drogi (oczywiście jak na tamtejsze warunki), a z drugiej mocno monitorowany, cenzurowany przez ChRL i przez to dla użytkowników niebezpieczny. Tak się złożyło, że przybyliśmy do Lhasy w kilka dni po wizycie Dalajlamy w Waszyngtonie. Wielu młodych Tybetańczyków pytało czy to prawda, że doszło do jego spotkania z Barackiem Obamą i jaki miało przebieg. Oczywiście dla nas, osób funkcjonujących w świecie łatwego dostępu do informacji to pytanie mogło być zaskakujące.

Pomimo, że rynek elektronicznych gadżetów zalany jest przez chińskie podróbki to ich ceny wciąż dla Tybetańczyków są barierą nie do przebycia. Stąd wszelkiego rodzaju odtwarzacze mp3 i inne tego typu gadżety nie są tam zbytnio popularne. Jest natomiast jedna rzecz, która zdominowała młodych Tybetańczyków – telefon komórkowy. Ze względu na niskie ceny użytkowania ma go praktycznie każdy. Oczywiście najbardziej popularne są SMS-y. Nie ma w tym nic dziwnego, przy czym tam cyfrowa rewolucja ma także drugie dno. Wszystkie gadżety elektroniczne w tym przede wszystkim telefony komórkowe obsługiwane mogą być bowiem tylko w języku chińskim.

W świecie realnym Tybetańczycy mają czasem problem w porozumiewaniu się. Przykładowo osoby pochodząca z Kham, Amdo czy Lhasy podczas wspólnej biesiady posługując się rodzimymi dialektami nie są w stanie siebie zrozumieć. Dlatego najczęściej w stolicy wszyscy uczą się tamtejszego dialektu. Oczywiście w gronie znajomych czy przyjaciół z tego samego regionu najczęściej wraca się do rodzimego języka stron z których się pochodzi. Telefony komórkowe i inne gadżety nie dają już takie wyboru. Chcąc bowiem wysłać SMS-a należy używać tylko i wyłącznie języka chińskiego. I także poprzez nowe technologie staje się on integralną częścią podczas rozmów, często jw. Postaci pojedynczych słów czy tez całych zdań. Są pewne tematy, np. właśnie z dziedziny nowych technologii, na które Tybetańczycy znają tylko chińskie określenia. I tak po cichu tylnymi drzwiami poprzez zabawę i fascynację elektronicznymi gadżetami Tybetańczycy łatwo i bezboleśnie sinizują swój język. Co gorsza z tym nie można i nie da się walczyć. Obecnie młode pokolenia Tybetańczyków posługują się mieszanką języka będącą wypadkową dialektu lhaskiego z domieszką chińskiego i słów z ich rodzimych stron, jeżeli nie urodzili się w stolicy. Nowe technologie zakorzenione u nas na dobre, a tam coraz mocniej obecne zmieniają coraz to nowsze pokolenia. Przy czym w Tybecie cyfrowi tubylcy coraz bardziej stają się Chińczykami.