Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tekst nadesłany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tekst nadesłany. Pokaż wszystkie posty

22 czerwca 2011

Tibetan Institute of Performing Arts (TIPA)– tybetańska uczelnia artystyczna

Tekst i zdjęcia Elżbieta Dziuk-Renik

[W Indiach] mogliśmy poświęcić się zachowaniu religii, kultury i tożsamości.. (...) Nieustannie dziękuję za to narodowi i rządowi Indii
.
XIV Dalajlama w przemówieniu "Thank You India" wygłoszonym z okazji 50.tej rocznicy przebywania na wychodźstwie – w roku 2009.


Tibetan Institute of Performing Arts (TIPA) – to tybetańska uczelnia artystyczna, która powstała przede wszystkim po to, aby kultywować operę tybetańską Lhamo i inne tybetańskie sztuki widowiskowe. Uczelnia ta, nazywana powszechnie „TIPA”[czyt. Tipa], została założona przez XIV Dalajlamę już w roku 1959. Była to pierwsza instytucja tybetańska założona na wychodźstwie w Indiach.

TIPA powstała w sierpniu roku 1959 w Klimpongu w północnowschodnich Indiach - z inicjatywy kilku Tybetańczyków, oddanych sprawie przechowania sztuki operowej i pod kierunkiem XIV Dalajlamy. Początkowo działała pod inną nazwą: Tybetański Zespół Dramatyczny [Tibetan Drama Party].

Posłuchaj nagrania śpiewów artystów TIPA



Jednym z zadań tej instytucji jest kształcenie artystów. Przez ponad 50 lat jej istnienia wykształciła około 480 muzyków, aktorów, śpiewaków, w tym wielu profesjonalnych artystów scenicznych oraz około 110 nauczycieli tradycji artystycznych Tybetu. Nauczyciele ci pracują w niemal 80 szkołach tybetańskich położonych nie tylko na terenie Indii, ale także w Nepalu i Butanie.


Popularyzowanie opery tybetańskiej Lhamo to najważniejsze zadanie tej uczelni. Zajmuje się ona ponadto promowaniem tradycyjnych tańców, pieśni i muzyki, zarówno form klasycznych, jak i ludowych . W tym celu przy TIPA działa zespół artystyczny złożony z około 50 artystów – nauczycieli i wychowanków tej instytucji. Zespół ten pokazuje przedstawienia operowe, a także inne programy artystyczne popularyzujące tybetańskie sztuki widowiskowe – w Indiach i za granicą.

Od połowy lat siedemdziesiątych XX wieku artyści z TIPA’y występowali w 32 krajach, gdzie pokazali kilkaset przedstawień. W repertuarze, poza spektaklami operowymi, znalazły się tańce ludowe prezentowane w wielu regionalnych stylach tybetańskich, muzyka klasyczna, jak również widowiska sakralne: śpiewy – melorecytacje – mnichów, tańce duchowe (spiritual dances), muzyka rytualna.


Chciałoby się zapytać – czy o zespole artystycznym TIPA można by powiedzieć, że to odpowiednik polskiego zespołu Mazowsze? Raczej nie – bowiem zakres pokazywanych tradycji scenicznych i muzycznych w przypadku TIPA jest znacznie większy – i nie ogranicza się do folkloru. Artyści TIPA’y próbują swych sił także wystawiając sztuki współczesne w konwencjach nowoczesnego teatru. Wielu z nich występuje także w produkcjach filmowych realizowanych przez młodych twórców tybetańskich.

Co roku w lutym lub marcu TIPA organizuje, trwający około 8 – 10 dni, Festiwal Operowy Shoton. W jego ramach przez kolejne dni występują zespoły operowe pochodzące z różnych rejonów Indii i Nepalu. Zespół artystyczny TIPA’y daje zwykle dwa przedstawienia – rozpoczynające i kończące ten festiwal. Każde przedstawienie operowe trwa około sześciu godzin.


Na otwarciu Shotonu i pierwszym przedstawieniu operowym rozpoczynającym festiwal obecny jest zazwyczaj Dalajlama. Roznoszony jest wtedy wśród publiczności jogurt – w nawiązaniu do tradycji i nazwy festiwalu – shoton oznacza bowiem „festiwal jogurtu”. Festiwal Operowy Shoton cieszy się dużą popularnością i budzi zainteresowanie zarówno wśród Tybetańczyków i turystów, jak i specjalistów związanych ze sztukami performatywnymi.


Od 1994 roku w TIPA działa współczesny band muzyczny „AakaMa”. Członkowie tego zespołu komponują współczesną muzykę. W ten sposób dzięki działalności TIPA tradycja muzyczna pozostaje żywą, a TIPA nie jest skansenem muzycznym, ale ośrodkiem żywej twórczości artystycznej.

Podobnie jest z operowymi librettami. Powstają nowe opery. Ostatnio TIPA pokazała operę Lhamo według tekstu napisanego współcześnie przez XVII Karmapę. Tematem opery jest życie wielkiego buddyjskiego mistrza duchowego Milarepy.

Warto wspomnieć o dwóch placówkach działających w ramach TIPA: dziale dokumentacji i archiwizacji oraz dziale rzemiosła. W pracowni powstają instrumenty muzyczne, kostiumy, scenografia, a także okładki do płyt dvd itp. W dziale dokumentacji i archiwizacji przechowywane są zdjęcia, nagrania audio i filmowe. Pracownicy tego działu prowadzą dokumentacje filmową m. in. festiwalu Shoton i innych przedstawień w wykonaniu zespołu TIPA’y. Przygotowują także publikacje oraz zapraszają ekspertów, takich jak muzykolodzy, do prowadzenia warsztatów.

Patrząc na wypielęgnowane i piękne młode Tybetanki, śpiewające arie oraz chóralne pieśni albo tańczące ludowe tańce, chciałoby się powiedzieć, że jest to niezwykła wizytówka wychodźczej społeczności, a także dowód udanych prób przechowania tradycji i kultury tybetańskiej na wychodźstwie. Jednocześnie jednak trzeba pamiętać, że za tą wspaniałą wizytówką kryją się trudy wychodźczego życia, tęsknota za ojczyzną, której wielu młodych artystów nigdy nie widziało, a także pamięć o represjach i szykanach, którym poddawani są mieszkający w Tybecie rodacy.

30 marca 2011

10 marca 2011 New Delhi

Dźantar Mantar. Obserwatorium astronomiczne z XVIII wieku. Tuż obok na słynnej ulicy protestują grupy niezadowolonych obywateli. Na chodniku siedzą przedstawiciele stowarzyszenia promującego bezkastowe społeczeństwo, obok pojedyncze osoby apelujące o szybsze rozwiązanie ich spraw sądowych, które ze względu na opieszałość indyjskiego wymiaru sprawiedliwości nierzadko ciągną się ponad kilkanaście lat. Są też kobiety z innego stanu domagające się polepszenia edukacji w ich odległym stanie, grupa rolników, kobiet i mężczyzn, którzy przebyli kilkunastogodzinną podróż pociągiem, by zaprotestować siedząc na chodniku.

Ale nikogo to nie dziwi, bo ten obszar to niemalże jedyny teren w wielkim mieście Delhi, na którym można organizować manifestacje i inne formy protestów.  10 marca 2011 wśród spokojnie protestujących grup od wczesnych godzin rannych gromadzą sie mieszkający w Delhi Tybetańczycy.  Rozmawiają, popijają herbatę, obserwują inne protesty. Przedpołudniem przyjeżdżają najmłodsze dzieci z tybetańskiej szkoły z dzielnicy Majnu ka Tila, powszechnie znanej jako Tibetan Colony, gdzie uchodźcy urządzili spokojną i przyjazną enklawę, pełną wąskich uliczek, gdzie nawet mury krzyczą domagając się wolności  dla Tybetu.  Trochę starsi uczniowie wraz z mnichami i mniszkami delhijskich klasztorów buddyjskich oraz innymi protestujacymi idą w marszu ulicami miasta. W demonstracji bierze odział i najmłodsze pokolenie Tybetańczyków, i najstarsze, które pamięta jeszcze czasy niepodległego Tybetu, i  studenci, i osoby pracujące. Hasła wykrzykują wszyscy, od najmłodszych do najstarszych. Po marszu wszyscy gromadzą się na ulicy i chodniku, chwilę odpoczywają, rozdawana jest woda, od ulicznych sprzedawców można kupić indyjskie przekąski,  by dodać sobie siły na ten kilkugodzinny protest.
Na tle najwiekszego transparentów  ustawiają sie mnisi trzymający w rękach zdjęcia Jego Świątobliwości Dalajlamy XIV oraz Mahatmy Gandhiego. Przed nimi na chodniku siadają uczniowie i uczennice. Każdy trzyma  flagę Tybetu, za posiadanie której w Tybecie grozi kara wieloletniego więzienia, albo ma ją wymalowaną na twarzy. Niektóre dzieci mają transparenty przyczepione do pleców.  Odczytywane jest oświadczenie Dalajlamy z okazji 52 rocznicy Tybetańskiego Powstania Narodowego. Przemawiają też inni, m. in. Tsewang Rigzin, prezydent Tibetan Youth Congress, jednej z największych pozarządowych organizacji działających na rzecz Tybetu. 
Wczesnym popołudniem protestujący przetransportowywani są pod siedzibę ONZ  w Delhi, gdzie  domagają się pociągnięcia Chińskiej Republiki Ludowej do odpowiedzialności za łamanie praw człowieka w Tybecie. Protestujący mają zdjęcia i tabliczki z nazwiskami więźniów politycznych w Tybecie.  Wzywają ONZ do „obudzenia się” i potraktowania sprawy Tybetu poważnie. Chcą sprawiedliwości. W tym protescie czuć było wiele emocji, polało się wiele łez smutku i rozpaczy, słychać było też wściekłość i rozgoryczenie , ale i jedność i siłę uchodźców, którzy popołudniu wspólnie odjechali do swoich domów.
W przeddzień rocznicy tybetańskiego powstania narodowego, 9 marca przed Ambasada chińską w Delhi odbył sie pokojowy protest 52 tybetańskich aktywistów i aktywistek, ubranych w żółte koszulki i wymachujących flagami Tybetu. Jako że teren ambasad jest pod ścisłą kontrolą policyjną, przed budynkami nie może gromadzić się więcej niż 4 osoby, a wszelkie manifestacje są surowo zabronione ponad 40 osób zostało aresztowanych. Po interwencji prawnej ze strony Tibetan Youth Congress zostali zwolnieni po kilku dniach.

Tekst i zdjęcia: Katarzyna Jakubowska


Zobacz więcej:

22 listopada 2010

Ryby, Japonia, „Efekt Dalajlamy” i Pokojowa Nagroda Nobla…

Czyli ekonomia, prawa człowieka i wielka polityka.

W artykule „Chinese Economic Warfare” (Chińska Wojna Gospodarcza) zamieszczonym w Newsweeku (15.11.2010) na stronie 21 Issac Stone Fish pisze o szantażu gospodarczym, jaki władze chińskie stosują wobec tych krajów, które w jakikolwiek sposób je krytykują lub nie zgadzają się z ich polityką.

(Fish jest autorem kontrowersyjnego artykułu „Charity Case”, który ukazał się w Newsweeku przed spotkaniem Dalajlama – Obama, w którym argumentuje ekonomiczne korzyści dla Tybetu płynące ze strony chińskiego rządu, niezależnie od tego czy w zamian „kupią lojalność Tybetańczyków” - http://www.newsweek.com/2010/02/16/charity-case.html).

Dla przykładu Fish opisuje jak Chiny wzięły odwet na Japończykach po starciu między chińską łodzią rybacką, a jednostką pływającą japońskiej Straży Przybrzeżnej (wydarzenie to miało miejsce we wrześniu w pobliżu wysp i zostało nagłośnione przez obie strony) zaprzestając nagle dostaw metali ziem rzadkich mających zasadnicze znaczenie dla japońskiego przemysłu wysokich technologii. Autor sceptycznie odnosi się do wypowiedzi premiera Wen Jiabo, który utrzymuje, iż Chiny nie używają metali ziem rzadkich jako karty przetargowej, nie bardzo wydaje się też wierzyć w wyjaśnienia Ministra Handlu Chen Deminga, który zapewnia, że to chińscy przedsiębiorcy sami zdecydowali o zaprzestaniu wysyłki z powodu osobistych uczuć do Japończyków. Wydaje się zresztą, że artykuł, który pojawił się na stronie internetowej państwowego serwisu informacyjnego Xinhua również nie daje wiary tym wyjaśnieniom, a co więcej zaprzecza stanowisku premiera stwierdzając, że metale ziem rzadkich stanowią nie tylko 20 procent światowych produktów wysokich technologii, ale także są chińską kartą przetargową na światowym stole negocjacyjnym. Fish nie jest zbytnio zdziwiony tymi działaniami, Chińska wojna gospodarcza nie jest bowiem niczym nowym, szczególnie, kiedy Chiny czują się zagrożone w sprawie Tajwanu czy Tybetu, gdzie ruchy niepodległościowe są bardzo silne. To, co wydaje się dla niego nowe i dość niezwykłe w tej sprawie, to fakt blokowania tak istotnych zasobów. Chociaż zakaz dostaw metali ziem rzadkich został zniesiony, to i tak, jak pisze autor, Chiny pozwalają, aby tylko niewielka ilość tego podstawowego surowca dotarła do Japonii. Przychodzi im to zresztą bez specjalnych trudności, jako że pod kontrolą chińską pozostaje 95% rynku światowego. Spowolnienie w dostawach „to nie przypadek biorąc pod uwagę niedawne spory”, twierdzi członek amerykańskiej wspólnoty biznesu (proszący o nie ujawnianie jego tożsamości z obawy przed reperkusjami), to dowód na to że Chiny nadal chętnie stosują swoją broń ekonomiczną.

Na potwierdzenie tej koncepcji autor prezentuje niezwykle ciekawe opracowanie opublikowane w zeszłym miesiącu na Uniwersytecie w Getyndze przedstawiające tzw. „Efekt Dalajlamy” (Pełna wersja raportu do pobrania tutaj). Efekt ten dotyczy państw handlujących z Chinami, których przywódcy odważyli się spotkać z duchowym przywódcą Tybetańczyków. Analiza danych z 159 krajów pokazała, że jeśli jakiś król, głowa państwa czy rząd spotykał się z Dalajlamą między 2002 a 2008 rokiem eksport tego kraju do Chin obniżał się średnio o 8,1 % rocznie przez kolejne dwa lata. Działo się to w okresie, kiedy chiński handel przeżywał wzrost koniunktury na całym świecie. Doskonale pokazuje to jaką cenę płacą kraje za tzw.„ranienie uczuć narodu chińskiego”, określenie rządu dla działań stanowiących zagrożenie dla chińskiej władzy. Kolejnym przykładem może być decyzja Chin o odwołaniu zaproszenia dla norweskiego ministra ds. rybołówstwa, po tym jak Norweski Komitet Noblowski przyznał Pokojową Nagrodę chińskiemu dysydentowi Li Xiaobo. Jak zauważa Nils-Hendrik Klann, jeden z współautorów opracowania i ekonomista na uniwersytecie w Getyndze „ryby to jeden z kluczowych towarów eksportowych z Norwegii do Chin i kiedy ministrowie wybierają się z taką wizytą zabierają ze sobą wielu biznesmenów”.

Fish podkreśla łatwość z jaką Chiny podejmują decyzje w sprawie ukarania danego kraju za niepożądane przez nich zachowania. Cytowany już wcześniej w artykule członek amerykańskiej wspólnoty biznesu utrzymujący stały kontakt z rządem chińskim zwraca uwagę na fakt, iż „Chiny wykazują rosnącą gotowość do stosowania swoich politycznych oraz ekonomicznych wpływów w bardzo bezpośredni sposób.”

Autor przyznaje rzecz jasna, że Chiny nie są jedynym mocarstwem stosującym szantaż gospodarczy przy okazji spięć o naturze politycznej - Rosja wstrzymała dostawy gazu w obliczu geopolitycznych kłótni z Ukrainą, a Stany Zjednoczone stosują sankcje gospodarcze w stosunku do państw, które uznają za politycznych przestępców. W przypadku Stanów Zjednoczonych decyzje tego typu wymagają jednak, aby rząd otwarcie ogłosił embargo lub sankcje gospodarcze, w Chinach zaś, ze względu na fakt, iż państwo to jest w posiadaniu tak wielu istotnych gałęzi przemysłu rząd może po prostu zakomunikować swoim politycznym rywalom - „Nic nie wyjdzie z tego handlu, jeśli nie będziecie dla nas mili” - mówi cytowany w artykule Patric Chovenec wykładowca biznesu na uniwersytecie Tsinghua w Pekinie. Ponadto gwałtowny wzrost Chin oraz ich wielkość stwarza perspektywy na jeszcze większe naciski, które mogą zakłócić obecny system międzynarodowy.

O skuteczności wspomnianych wyżej nacisków świadczyć może zachowanie się wielu polityków w tym np. Davida Camerona czy Nicholasa Sarcozy’ego, o czym mówi artykuł „Prawa człowieka i jak postępować z Chinami. Nie waż się iść na kolację” zamieszczony na stronie 66 w The Economist (13-19 listopada 2010, http://www.economist.com/node/17472746?story_id=17472746). Artykuł opisuje ostatnią wizytę premiera Davida Camerona w Chinach i zwraca uwagę na jego niezwykłą powściągliwość w wyrażaniu opinii szczególnie w porównaniu z wystąpieniem byłego brytyjskiego premiera Johna Majora podczas jego wizyty w 1991 roku, kiedy to jeszcze gospodarka Chin była dużo słabsza, a komunizm załamywał się dookoła. Major był pierwszym zachodnim politykiem, który odwiedził Chiny od czasu stłumienia dwa lata wcześniej protestów na Placu Tiananmen. Bojkotowane Chiny były mu wówczas wdzięczne za tę wizytę.

Cameron jest z kolei pierwszym przywódcą zachodnim, który odwiedza Pekin po ogłoszeniu decyzji Komitetu Noblowskiego o przyznaniu pokojowej nagrody Nobla dla więzionego dysydenta Liu Xiaobo. Cameron wraz z towarzyszącymi mu czterema ministrami oraz sporą grupą biznesmenów starał się jak tylko mógł, by sprawa trudnego położenia Liu nie zepsuła im szansy na intratny biznes. W oficjalnych rozmowach z premierem Wen Jiabao nie podniósł sprawy wiezionego Noblisty, uczynił to dopiero później podczas uroczystej kolacji. Na uniwersytecie w Pekinie Cameron mówił o potrzebie „większego politycznego otwarcia” oraz rządach prawa, jednak w taki sam sposób przemawiają też przywódcy chińscy przez cały czas broniąc jednopartyjnego systemu władzy. Nota bene, w tym samym dniu działacz na rzecz rodzin dzieci zatrutych przez skażone mleko został skazany na 2 i pół roku więzienia za zakłócanie porządku publicznego.

Równie łagodny ton przyjął prezydent Nicolasa Sarkozy podczas wizyty prezydenta Hu Jintao we Francji w dniach od 4 do 6 listopada. Wizyta zaowocowała kontraktami w wysokości 20 miliardów dolarów, włączając w to umowę na zakup przez Chiny dodatkowych 66 airbusów. Autor wskazuje na widoczne dobre stosunki między przywódcami i przypomina dla kontrastu rok 2008, kiedy to Chiny piętnowały Sarkozy’ego za groźbę bojkotu Olimpiady, z powodu represji władz chińskich w stosunku do Tybetańczyków.

11 i 12 listopada podczas spotkania przywódców G20, 15 pokojowych noblistów zaapelowało o naciski na Chiny w celu uwolnienia Liu Xiaobo. Istnieją jednak obawy, że ze względów wspomnianych już wcześniej żaden z liderów nie będzie chciał tego uczynić.

Jak przypomina autor od wczesnych lat 90 zarówno Zachód jak i Chiny zdołały w dużym stopniu pogodzić się z różnicami dzielącymi ich odnośnie praw człowieka dążąc do zacieśnienia stosunków na polu gospodarczym. „Wywieranie presji” polegało na uprzejmym, ale i bezowocnym „dialogu w sprawie praw człowieka” prowadzonym pomiędzy przedstawicielami Chin i Zachodu będącymi urzędnikami państwowymi niższej rangi. Nagroda pokojowa sprawiła, że problem ten stał się znowu tematem numer jeden, co jak pokazują powyższe przykłady stało się w równym stopniu niewygodna dla Zachodu jak i dla Chin.

Co ciekawe, szantaż Chin w sprawie Liu Xiaobo jest niezwykle silny. Chiny dokonują wszelkich starań, aby nie dopuścić żadnego Chińczyka do wzięcia udziału w uroczystej kolacji w Oslo dnia 10 grudnia oraz aby inne kraje odrzuciły to zaproszenie. Kraje Europejskie jak zwykle są gotowe na wysłanie do Oslo swoich ambasadorów, jednak nawet ten gest zostanie uznany przez Chińczyków za mocno obraźliwy. 5 listopada Cui Tiankai, wiceminister ds. zagranicznych powiedział, że rządy krajów stoją przed trudnym wyborem, albo wezmą udział w „tej politycznej grze”, albo będą rozwijać pokojowe stosunki z Chinami. „Za podjęcie złej decyzji, ostrzegł, kraje te poniosą konsekwencje”. Tego samego dnia dziennik „People’s Daily” tuba propagandowa Komunistycznej Partii Chin ogłosił, że nagroda dla Liu Xiaobo jest próbą „obalenia Chin”. Chiny nie są w nastroju do jakichkolwiek ustępstw dlatego, jak przewiduje autor przedstawiciele państw zachodnich chętni do robienia biznesu pospieszą ochoczo z wyjaśnieniami, że nigdy nie było to ich zamiarem.

Opracowanie: I.K

14 czerwca 2010

„No entrence for visi tors”

Anna B.



“No entrence for visi tors” – dokładnie taki napis widniał przy jednym z mijanych przeze mnie pomieszczeń w Pałacu Potala.
„Ironia” pomyślałam.
Ten napis mógłby stanowić metaforę i opisywać istotę polityki chińskiej wobec Tybetu. Biorąc pod uwagę stosunek Państwa Środka wobec Tybetu, jego ciągłej izolacji, otwierania, zamykania granic równie dobrze opis ten mógłby znajdować się na przejściu granicznym w Kodari. Już same regulacje obowiązujące przy przekraczaniu granicy z Nepalu do Tybetu są co najmniej niedorzeczne. Całe zamieszanie z wycieczką oraz tym, że turysta nie może poruszać się po Tybecie na własną rękę jest częścią strategii rządu chińskiego. Poza tym, sądzę, że nie tylko Chiny czerpią z tego korzyści.
Ale do rzeczy. Chcąc dostać się do Tybetu od strony Nepalu należy wykupić wycieczkę w biurze podróży w Katmandu. O wizę chińską należy ubiegać się (oczywiście) w ambasadzie chińskiej, ale w Katmandu, a nie jak to zwykle bywa w kraju zamieszkania lub najbliższej placówce ambasady odwiedzanego kraju. Nawet wiza chińska znajdująca się już w paszporcie traci ważność – zostaje opatrzona pieczątką: „cancelled”. Wizę chińską, tzw. grupową otrzymuje się na osobnej kartce A4 i obowiązuje ona ściśle z „Tibet Permit”, który znajduje się w rękach przewodnika. Jest ona ważna dokładnie na taką ilość dni, na jaką została wykupiona wycieczka. Wizę zwraca się przy wyjeździe z Tybetu. Moja podróż trwała od 22 do 29 września 2009 roku. Jak się okazało w najgorszym dla odwiedzającego czasie, bo w przededniu 60 rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej – oznaczało to wzmożoną kontrolę. Do granicy tybetańsko-nepalskiej w Kodari cała nasza grupa dotarła autobusem. Odcinek, od punktu nepalskiej odprawy przez Most Przyjaźni, aż do punktu granicznego Tybetu – łącznie około pięćset metrów – pokonywaliśmy już samodzielnie, na własnych nogach. Strona nepalska to „wielki harmider”: autobusy, ciężarówki, żołnierze. Z wielkim trudem przeciskaliśmy się z plecakami między tym, co się tam działo. Po odprawie, po stronie nepalskiej i kontroli na czerwonej linii Mostu Przyjaźni, przeszłam dalej. Nasz nepalski przewodnik już w drodze do granicy instruował nas bardzo dokładnie, jak mamy się zachowywać na przejściu. Zwrócił naszą uwagę na pewną grupę posiadanych przedmiotów: zdjęcia i książki. Fotografie Dalajlamy, publikacje jego autorstwa, wydawnictwa dotyczące historii Tybetu rzecz jasna musiały zniknąć. I tak „Siedem lat w Tybecie”, na które chińscy celnicy mają podobno szczególną „alergię”, powędrowało do rąk małego Nepalczyka.


W chińskim punkcie granicznym, budynku dzielącym Nepal od Tybetu, dało się odczuć napięcie, panującą ciszę i coś w rodzaju pustki. Opisując tę sytuację – bardziej kolokwialnie – czuło się, że coś wisi w powietrzu. Żadnej uprzejmości, jak mniemam, przez chińskich celników uważanej za zbędną. Urzędnicze twarze były ukryte pod maseczkami. Każdy z nich wykonywał dokładnie takie same ruchy, bez żadnego słowa. Dłońmi, osłoniętymi rękawiczkami, wskazywali czego od nas oczekują. Jeszcze przed rozpoczęciem naszej odprawy okazało się, że oryginały permitów nie dotarły. Podobno to nic nadzwyczajnego i jest to wpisane w plan podróży. Po mniej więcej dwóch godzinach oczekiwania okazało się, że możemy przekroczyć granicę i spędzić noc, gdzieś blisko niej. Ruszyć w dalszą drogę – w głąb Tybetu – będziemy mogli po dostarczeniu na granicę permitów.


Nasz nepalski przewodnik przedstawił urzędnikowi listę grupy i na tym jego rola się skończyła. Teraz każdy z nas, pojedynczo i według listy, podchodził do odprawy bagażowej, później paszport, skaner bagażu i jeszcze raz paszport. Cała procedura przebiegała z zachowaniem ścisłego porządku, który wyznaczał szereg linii odpowiadających za to, gdzie ma się znajdować bagaż lub osoba. Wszelkie odstępstwa od tych reguł wywoływały w urzędnikach rodzaj paniki, zaczynali szybko mówić, wpadali w popłoch i już wiadomo było, że osoba lub bagaż są w niewłaściwym miejscu. W pierwszej kolejności rozpakowywanie bagażu. Bardzo starannie przeglądali kartka po kartce. Czerwona lampka zapalała się strażnikowi przy słowie Dalajlama. Inną pozycją, która nie mogła opuścić przejścia był przewodnik Lonely Planet. Powędrował do kosza. Rewizja plecaka i bagażu podręcznego, drobiazg po drobiazgu. Po opuszczeniu budynku czuło się ogromną ulgę, ale i wielkie zmęczenie. Po stronie tybetańskiej czekał nasz przewodnik. Zapytałam go czy jest Tybetańczykiem. Potwierdził. Powiedziałam, że to bardzo dobrze, bo nie wyobrażam sobie innej sytuacji. Tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie i obchodziło kogokolwiek, co myślę i co sobie wyobrażam. Jakby to miało cokolwiek zmienić. Wcześnie rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Grupa składała się z 19 osób, pochodzących z różnych stron świata. Było to o tyle ciekawe, że spoglądaliśmy na Tybet ze zgoła różnej perspektywy. Część osób w ogóle nie obchodziło to, co dzieje się w Tybecie i jaka panuje tu sytuacja. Inni zadawali sobie najczęściej pytanie, jak to możliwe, że to wszystko dzieje się we współczesnym świecie.


Kawalkada składająca się z pięciu samochodów terenowych ruszyła w rytm tybetańskiej muzyki. Przed nami zaczął rozpościerać się niesamowity krajobraz, którego wygląd trudno opisać słowami. Była to kraina, która zachwycała. Nie znam słowa godnego opisać krajobraz Tybetu, każde wydaje mi się zbyt banalne. Obrazy z ojczyzny Dalajlamy wyryły mi się w pamięci na zawsze i to bardzo głęboko. Jadąc przez Tybet miałam wrażenie, że jestem trochę w dwóch światach. Nazwy miejscowości, tablice informacyjne, opisy miejsc – wszystkie te informacje podawane są w dwóch językach: chińskim i tybetańskim. Czasem znalazł się również „angielski”, jednak jego dziwaczna forma tylko przypominała oryginalną wersję tego języka. Chińczycy zmieniają krajobraz Tybetu stawiając betonowe budowle w miejscach ruin tybetańskich domów. Widząc to wszystko ma się wrażenie braku spójności i kontynuacji zabudowy. Coś odchodzi.

Nasz tybetański przewodnik, z długą malą – tybetańskim różańcem – owiniętą wokół nadgarstka, a sięgającą chyba do łokcia, ciągle dawał nam wskazówki w kwestii naszego zachowania: żadnych rozmów z nieznajomymi dotyczących polityki. Jeżeli posiadamy zdjęcia Dalajlamy nie powinniśmy przekazywać ich Tybetańczykom, bo narażamy ich na problemy. W świątyniach, klasztorach prosił o nie zadawanie pytań dotyczących kwestii politycznych Tybetu. To, do czego jeszcze przykładał ogromną wagę, to miejsca które fotografujemy. Prosił, żebyśmy nie robili zdjęć żołnierzom. W Lhasie, kiedy za takie wykroczenie zostaliśmy zatrzymani, skończyło się na tym, że poprosili nas o pokazanie zdjęć, na których mieliby się znajdować. Gdy upewnili się, że ich tam nie ma, pozwolili nam pójść dalej. Z tym instruktażem przemierzaliśmy Tybet, a raczej jego maleńką część. Z Nyalam przez Lhatse, Shigatse, Gyantse, aż do stolicy Tybetu. Mijając w oddali i podziwiając, trochę na wyciągnięcie ręki: Makalu, Lhotse, Cho Oyu, Mount Everest. Cały plan naszej wycieczki i miejsca, które mogliśmy odwiedzić na tym odcinku, były dokładnie takie same, jak dla każdej innej odwiedzającej grupy. Spotykaliśmy się od czasu do czasu na trasie z innymi, ale znanymi z wiedzenia, turystami. Klasztory i świątynie udostępnione były zwiedzającym, ale tylko te, które były pod ścisłym nadzorem władz chińskich i tylko te, które Chiny popierają. Z powodu nadzoru i ogromnej liczby żołnierzy w świątyniach czy klasztorach zatraciły one dla mnie atmosferę duchowości. Stały się bardziej muzeami, przez co mnisi są jakby nie u siebie. Zresztą nasz przewodnik twierdził, że są tacy, którzy chętnie by z nich uciekli.


Dotarliśmy do granic Lhasy. Na długo przed dotarciem do centrum miasta przeszliśmy przez kilka kolejnych punktów kontrolnych: paszport, wiza, permit. Wjeżdżamy do miasta. Wygląda znajomo. Szczególnie rodzaj socrealistycznej architektury, a raczej budulec – beton. Szukam czegoś, co potwierdzałoby, że znajdujemy się w stolicy Tybetu. Nareszcie. Na wzgórzu rozpościera się widok Pałacu Potala. A pod Potalą widzę modlących się Tybetańczyków. Na przeciwko Pałacu, ogromny betonowy plac. Na placu pomnik chińskich bohaterów, którego dumy strzegą żołnierze. Taki widok: z lewej strony ulicy żołnierze i propagandowy billboard, a z prawej odprawiający modlitwę Tybetańczycy. Potala z modlącymi się Tybetańczykami i betonowy plac z chińskimi bohaterami, zupełnie jakby się ktoś pomylił, nic do siebie nie pasuje.

Lhasa dla mnie to wielkie, wojskowe koszary i chyba najbardziej strzeżone miasto. Na około stumetrowym odcinku chodnika trzy, cztery punkty, wydzielone taśmą, a za nią trzech – stojących na baczność – żołnierzy. Obok nich na chodniku: pałki, kaski i tarcze.


Oprócz tych „stojących” stanowisk były też stanowiska „siedzące”. „Siedzące” składały się ze stolika, parasola i policjantów, tajniaków – wyższa ranga. Dodatkowo ciągle mijaliśmy kilkuosobowe patrole. Szczególnie w starej, tybetańskiej części Lhasy. Na placu, przed wejściem do świątyni Jokhang, znajdowało się kilka takich „parasolowych” punktów. Przy tej wielkości placu, stanowiska rozlokowane były właściwie obok siebie. Około godziny 22 -23, w drodze powrotnej do hotelu, trafialiśmy na wieczorną odprawę. Około trzydziestu żołnierzy stojących na baczność i dowódca przekazujący rozkazy.

Nadszedł czas na odwiedziny jednego z najważniejszych miejsca dla Tybetańczyków – Pałacu Potala. Grupa turystów, która może odwiedzić Pałac, musi stawić się przy wejściu o wyznaczonej porze. Jeżeli się spóźni, traci szansę na zwiedzanie. Czas jest cenny, ma się tylko godzinę, zupełnie, jak na karuzeli. Przed wejściem do Pałacu jest przeprowadzana bardzo szczegółowa kontrola. Obowiązujące zasady są podobne do europejskich dotyczących lotnisk. Nie można wnosić: kosmetyków, butelek z napojami i innych rzeczy, które ochrona uzna za niewłaściwe. W Potali dla zwiedzających udostępnionych jest tylko kilka pomieszczeń, ale i w tej sytuacji godzina to zbyt mało, żeby posłuchać o historii tego miejsca. Nasz przewodnik został bardzo agresywnie potraktowany przez „Fire Inspektora”, bo wypadł z rytmu karuzeli i nie wywiązywał się z czasu harmonogramu zwiedzania. I tak skończył się nasz czas w Potali.

Kolejne miejsca naszych odwiedzin to klasztor Sera i "stos usypany z ziaren ryżu", klasztor Drepung. W klasztorze Sera mogliśmy wziąć udział w modlitwie mnichów. Wyglądało to tak, że w centrum znajdowali się mnisi, a dokoła turyści z aparatami i kamerami, bez żadnego zażenowania spełniali swoje operatorskie ambicje, biegając między nimi. W Norbulince było trochę inaczej. Z naszej grupy pojechało tam tylko kilka osób. Mogliśmy trochę „pooddychać” tym niezwykłym miejscem. Zaszczytem było znaleźć się przed małym pokoikiem, w którym przed ucieczką medytował JŚ XIV Dalajlama, a jeszcze większym byłoby Go tu odwiedzić. Informacje na temat letniego pałacu, chociażby na bilecie, skupiały się bardziej na jego urodzie, niż na faktach. Jedyna wzmianka historyczna to, to że był to letni pałac dalajlamów. Na szczęście znaleźliśmy sobie w Lhasie odpowiednie miejsce. Wieczorami, chodziliśmy do starego Tybetu przez Barkhor. Spędzaliśmy tam długie godziny, spacerując wąskimi uliczkami i zaglądając do mieszkań. Najważniejsza dla mnie i najciekawsza chwila to wieczór. Gdzieś około dziewiętnastej, kiedy Tybetańczycy przemierzali Barkhor, zmierzając w stronę Jokhangu na modlitwę. W każdej dłoni młynek modlitewny i tradycyjne stroje: mężczyźni z odkrytym ramieniem, długimi zaplecionymi i związanymi z tyłu głowy warkoczami, kobiety w długich spódnicach, warkoczykami i charakterystyczną turkusową biżuterią. To była wielka przyjemność być wtedy między nimi. Gdzieś pośród małych uliczek znaleźliśmy maleńką, tybetańską restauracyjkę. Składała się z kuchni i dwóch pomieszczeń – na parterze i pierwszym piętrze. Posiłki przygotowywała nam Tybetanka razem ze swoją córką. Jako że stałam się fanką obowiązkowo musiał być duży termos herbaty z masłem dri. W telewizji nadawano jakiś chiński serial, chyba oglądała go cała ulica, bo zamierał ruch. Oczywiście był wyświetlany z napisami w języku tybetańskim. Odwiedzaliśmy to miejsce przez cały okres naszego pobytu w stolicy. Jednego wieczora pojawił się jakiś krewny naszej gospodyni. Usiadł z nami. Starał się szczególnie nami zająć, chociaż nie mówił po angielsku. Sprawdzał czy niczego nam nie brakuje i ciągle uzupełniał nam szklanki Lhasa beer. Dał mi też lekcje tybetańskiego.

Ostatniego dnia rano wyruszyliśmy na lotnisko. Przed wjazdem na jego teren kolejna – kontrola dokumentów. Wjeżdżamy w strefę terminala, czas się pożegnać z naszym przewodnikiem. Jeszcze chwilę rozmawiamy, bo jakoś trudno się rozstać.
– A może za rok znów przyjedziesz do Tybetu? – zapytał mnie. – Przyjadę, ale tylko pod jednym warunkiem, jeżeli mi obiecasz, że Tybet będzie wolny, obiecujesz? – Obiecuję….
 

Pierwszego października byłam już w Katmandu. Wielkie święto Chin: 60 rocznica proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej. Policja zarówno w Nepalu, jak i w Indiach nie jest zbyt przyjazna swoim obywatelom. Przy Bodnath, buddyjskiej stupie, gdzie mieszka i prowadzi swoje interesy wielu Tybetańczyków, przy wejściu na plac rozlokowani byli żołnierze. Siedzieli z bronią, na wypadek zamieszek. Kręcili się również po całym Katmandu. Pod chińską ambasadą odbywała się demonstracja. Tybetańczycy z flagami swojego kraju protestowali przeciwko chińskiej polityce wobec Tybetu. Niemal natychmiast pojawiła się nepalska policja. Nie mieli żadnych skrupułów żeby użyć pałek. Bijąc i szarpiąc wpychali demonstrantów do radiowozów. Pytam Nepalczyka: – I co się teraz z nimi stanie? – Pójdą do więzienia, a później oddadzą ich władzom chińskim. Nic nie można zrobić, tak już jest. – odpowiada wzruszając ramionami.
-Bo rangdzen!-
[Free Tibet]