Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buddyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buddyzm. Pokaż wszystkie posty

18 stycznia 2012

Czy samospalenia są zgodne z nauką buddyjską

Niestety wraz z informacjami o dokonaniu kolejnego samospalenia w Tybecie przez 42-letnigo mnicha Nyage Sonamdrugyu, wraca temat relacji tych dramatycznych aktów z ideą buddyzmu. Poniżej przedstawiamy tekst Jamyanga Norbu na ten temat i zapraszamy do dyskusji.


--------------------------------------------
Żydowskie słowo „chutzpah” (wym. hucpa) ma to samo znaczenie, co tybetańskie słowo "hamba", jest nawet podobne do niego w wymowie. Żydowski humorysta – Leo Rosten(1), definiuje hucpę jako "zachowanie człowieka, który zabiwszy swoją matkę i ojca, prosi o łaskę sądu, bo jest sierotą."

Dai Qingli, urzędnik ambasady Chin w Wielkiej Brytanii świetnie wpisał się w tą definicję w opublikowanym przez Guardiana (25 listopada 2011) liście pod tytułem "Tybetańskie śmierci naruszają ideę buddyzmu” Dai napisał: "samospalenia mnichów i mniszek były naprawdę tragiczne. Były też drastycznym pogwałceniem ducha pokoju i tolerancji, która definiuje buddyzm tybetański i jako takie akty te spotkały się z gniewem i dezaprobatą lokalnej ludności i społeczności religijnej".

Bhuchung K. Cering z International Campaign for Tibet (ICT) wypowiedział się w podobnym tonie w swoim artykule "Ten Chińczyk ma rację w sprawie samospaleń w Tybecie!". "Wczoraj, tj. 01 grudnia 2011, w People’s Daily(2) przeczytałem artykuł „renomowanego tybetologa” Li Dechenga dotyczący samospaleń w Tybecie, w którym twierdzi on, że działania te są sprzeczne z „etyką buddyjską” i że „w buddyzmie, a szczególnie w jego tybetańskiej odmianie, pisma nigdy nie zachęcały do zabójstwa i samobójstwa; nie ma też żadnego dogmatu, który namawiałby do zabicia kogoś lub popełnienia samobójstwa." - niewątpliwie, zgadzam się z nim w tej kwestii. Bhuchung odpowiada na żądanie Chińczyka, by zwrócono uwagę na kwestię samospaleń ponieważ „jest to ważny problem społeczny oddziałujący na przyszłość Chin”. Próbuje także wyjaśnić, dlaczego Tybetańczycy, przytaczając dokładnie jego słowa – „bawią się” w takie rzeczy. Bhuchung i jego koledzy z ICT mogą nie aprobować samospaleń ale powinni sobie uświadomić, że mnisi i mniszki rzadko „bawią się" w jakikolwiek sposób.

Dalajlama nieco staranniej dobierał słowa. W swoim oświadczeniu z 21 listopada powiedział, że nie zachęcał protestujących przeciwko kontroli Chin w Tybecie do podejmowania samospaleń i zakwestionował przydatność tego typu działań jako narzędzi protestu. Zdawał sobie sprawę z odwagi mnichów i mniszek, ale sugerował też, że działania te nie były zgodne z duchem buddyzmu.

Czy samospalenia są zgodne z nauką buddyjską?

W 1963 roku wietnamski mnich Thich Quang Duc, podpalił się na ruchliwym skrzyżowaniu Saigonu. Na nagrodzonej Pulitzerem fotografii Malcolma Browne’a widzimy mnicha siedzącego spokojnie w pozycji lotosu otoczonego przez płomienie; zdjęcie to stało się sensacją na całym świecie i przyczyniło się do upadku reżimu Diema. W tym czasie Pekin otwarcie pochwalał działania mnicha w Wietnamie i rozprowadzał zdjęcie w całej Azji i Afryce w milionach (pirackich) egzemplarzy jako dowód „amerykańskiego imperializmu”. Inni wietnamscy mnisi i mniszki również podpalali się w proteście przeciwko wojnie.

Samospalenie wydają się być niezwykłe choć akceptowane w tradycjach buddyjskich w Chinach i Azji Południowo-Wschodniej. W historii Chin znanych jest wiele przypadków, zwłaszcza w okresie Qing, stosowania takich aktów jako narzędzia politycznego protestu (Burning for the Buddha: Self-immolation in Chinese Buddhism by James A. Benn). W 1948 roku w Harbinie mnich usiadł w pozycji lotosu na stosie trocin i nasączonych olejem sojowym i podpalił się w proteście przeciwko sposobowi, w jaki komuniści Mao Zedonga traktowali buddyzm.

Główną inspiracją dla tej praktyki wydają się być nauki zawarte w Sutrze Lotosu (tyb. chos dam pad-ma dkar po'i mdo). Jeden z rozdziałów tej sutry opowiada historię życia Bodhisattwy Króla Medycyny, który pokazał swój wgląd w bezinteresowną naturę swego ciała rytualnie podpalając się i szerząc „Światło Dharmy” przez 1200 lat.

Wydaje mi się jednak, że duchowa motywacja dla ofiary naszych młodych mnichów i mniszek w Tybecie może pochodzić z innego kierunku. Czterdzieści pięć kilometrów na południowy-wschód od Katmandu znajduje się jedno z najbardziej popularnych wśród Tybetańczyków odwiedzających Nepal, miejsc pielgrzymek. Wzgórze Namo Budda (zwane po tybetańsku Tagmo Lujin) jest, zgodnie z nauką Sutry Złotego Światła (Phags pa gser 'od dam pa'i mdo) miejscem, w którym Budda (w poprzednim wcieleniu) oddał swoje ciało by nakarmić głodującą tygrysicę i jej cztery młode. Jest to bardzo popularna Dżataka(3), znana wszystkim Tybetańczykom i często podawana przez nich jako przykład poświęcenia i bezinteresownego zachowania. Istnieją inne takie Dżataki lub Apadany - opowieści o tym, jak Budda oddał życie za innych. Jedną z bardziej znanych jest mahakapi jataka - opowieść o Wielkim Królu Małp, który zginął ratując życie swoich „80.000” poddanych.

Odważne działania trzynastu mnichów(4), którzy dokonali samospalenia w Tybecie musi być postrzegana w tym konkretnym świetle doktryny. Zdecydowanie nie zgadzam się z opinią rozpowszechnianą przez niektórych ludzi, że mnisi i mniszki podpalają się z rozpaczy, iż nie mogą praktykować swojej religii. Gdyby to było ich głównym problemem to logicznym kierunkiem działania byłaby ucieczka do Indii tak, jak zrobiło to wielu innych. Klasztor Kirti, skąd pochodzi większość z 13 młodych mnichów, ma duży oddział w Dharamsali, gdzie przyjęto by ich z otwartymi ramionami.

Musimy widzieć samospalenia w Tybecie jako działania podejmowane dla dobra innych, w imię wolności i niepodległości Tybetu (co niektórzy z protestujących mnichów wyraźnie sygnalizują). Nawet domaganie się przez nich powrotu Dalajlamy, należy interpretować jako wezwanie do przywrócenia niezależnego Tybetu. Dalajlama bowiem uważany jest za prawowitego władcę niepodległego Tybetu i działania te powinny być interpretowane w ten sposób, a nie jako domaganie się powrotu samego duchowego przywódcy, co próbują czynić osoby chcące odpolitycznić ostatnie wydarzenia.

Akty samospalenia są nie tylko niekwestionowanie buddyjskie, ale pochodzą z bohaterskiej i nastawionej na działanie tradycji buddyzmu. Niektórzy badacze uważają to podejście za bardziej zbliżone do pierwotnych nauk Buddy niż pasywne, nawet eskapistyczne oblicze buddyzmu, które zyskało powszechną, zwłaszcza na Zachodzie, akceptację.

Historyczny Budda był członkiem klasy wojowników – Kshatriya. Choć przyjmował do Sanghi ludzi ze wszystkich klas i kast, zwracał się do swoich uczniów tymi słowy: „wszyscy jesteśmy Kshatriya". Robił to, oczywiście, nie dla podkreślenia własnej kasty, ale prawdopodobnie by położyć nacisk na wagę zaangażowania i odwagi, jakiej wymagał od swych uczniów. Sutry mówią nam, że Siddhartha był wysokim mężczyzną o mocnej budowie ciała, wyszkolonym w sztukach walki, w których celował, pokonał wielu wojowników Szakja by zdobyć rękę księżniczki Yashodhary. Odwagę wojownika i zaangażowanie widać było w jego pierwszej próbie osiągnięcia oświecenia, co ilustruje wizerunek Buddyy z Gandhary – po sześciu latach umartwiania się jego ciało składa się jedynie ze skóry i kości. Nawet, gdy zdał sobie sprawę, że pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem jego zaangażowanie i odwaga nie zmalały. Kolejne podejście – „Droga Środka” – nie było wymówką dla bezczynności, osłabienia lub impotencji. Kiedy koniec końców Siddhartha usiadł pod drzewem Bodhi miał niezachwianą pewność, że chce osiągnąć oświecenie. Opisuje to piękny i dramatyczny werset spisany przez pierwszych kompilatorów sutry. "Niech krew wyschnie, niech uschnie me ciało, ale nie ruszę się z tego miejsca póki nie osiągnę oświecenia." Kilka przydomków jakimi określa się Buddę, zdają się odzwierciedlać cechy jego charakteru – Dżina – zdobywca, czy Mahavira – wielki bohater (są to także przydomki twórcy Dżinizmu). Bodhisattwę jako bohatera definiuje wyraźnie fragment Prajanaparamity; dowiadujemy się z niego że ma on bez lęku wyprowadzić wszystkie czujące istoty z głębokich lasów samsary, walcząc z „wrogimi siłami”. Na koniec tego fragmentu Budda pyta swojego ucznia Subhuti – „Jeśli więc staną przeciwko niemu nieprzebrane hordy wrogów, to czy ten bohaterski człowiek opuści rodzinę i sam ucieknie z lasu?” Subhuti odpowiedział – „Nie, Panie”.

Czy historyczny Budda, prześladowany przez bandytów i mordercę Angulimalę, uciekł lub pozostawił rozwiązanie tego problemu innym? Nie – stawił opór i pokonał zabójcę przez to, co tradycyjnie uważane jest za magiczną moc. Nieważne, jak szybko Angulimala podbiegał do spacerującego Buddy, nigdy nie mógł go dogonić. O sto lat wcześniej grecki filozof Zenon(5) dowodził w swoim "Paradoksie czasu", że Achilles nigdy nie dogoni żółwia. Współcześni fizycy określają to mianem „Kwantowego Paradoksu Zenona” (Quantum Zeno effect), nazwą, którą stworzyli E. C. G. Sudarshan i B. Misra dla opisania "tłumienia jednostkowego rozwoju czasu spowodowanego przez dekoherencję kwantową..."

W innej opowieści, w jednym ze swoich poprzednich żywotów Budda płynąc statkiem zabił seryjnego mordercę, by ratować życie innych podróżnych na pokładzie. Kontekst, w którym Budda opowiedział tę apadanę swoim uczniom jest ciekawy i istotny dla wywodu który prowadzę. Pewnego dnia jeden z uczniów zauważył, że Budda ma rany poranione nogi. Uczeń zapytał, jak coś takiego mogło się przydarzyć komuś, kto osiągnął stan nirwany i Budda opowiedział im całą historię. Płynie z niej lekcja, że nie można całkowicie uciec od konsekwencji gwałtownego czynu, nawet jeśli jego realizacja jest konieczna i sprawiedliwa. Ale innym logicznym wnioskiem z tej historii jest, że jeśli Budda wybrałby ze względu na tchórzostwo lub z powodów etycznych, nie zabijanie mordercy, a przez to narażenie życia wielu ludzi, dopuściłby się daleko bardziej niemoralnego i złego czynu.

Jest to w swojej istocie głęboko przemyślana i dynamiczna interpretacja buddyjskiego działania bez przemocy, jakże różna od biernej, wygodnej, odkażonej, umywającej ręce i ze swej natury egoistycznej interpretacji Dharmy dominującej we współczesnym świecie buddyjskim. Zauważalny aspekt buddyzmu "New Age" to jego zainteresowanie pieniędzmi, sławą i swoistym tanim intelektualizmem rozpowszechnianym przez kiepskie poradniki z chwytliwymi tytułami w stylu Zen (Obserwując obserwującego, Cichy umysł, święty umysł, Życie dzięki śmierci i tak dalej). Coś takiego jest, jak sądzę, najbardziej rozpowszechnione w zinstytucjonalizowanych religiach na całym świecie i zajmowanie się tym jest stratą czasu. Wydaje mi się, że Tybetańczycy zgodzą się ze mną potępiając nauczycieli buddyjskich pobierających wysokie opłaty za udział w prowadzonych przez siebie ceremoniach, zniechęcanie, a czasami zakazywanie ludziom udziału w działaniach politycznych nawet na rzecz wolnego Tybetu i praw człowieka.

I jak można się z nimi spierać, skoro nawet były premier rządu emigracyjnego, tybetański lama i gesze nie tylko nie uczestniczy w żadnych akcjach na rzecz Tybetu, ale także zakazuje Tybetańczykom demonstrowania podczas wizyt chińskich przywódców na Zachodzie.

A równocześnie europejska telewizja pokazała Samdonga Rinpocze gdy w 2006 roku był jednym z przywódców demonstracji w Indiach przeciwko wiodącej w branży rolnej szwajcarskiej firmie SYNGENTA, której sprzeciwiają się indyjscy ekolodzy. Może więc płynie z tego duchowa nauka, że działalność polityczna jest dopuszczalne tak długo, jak długo to jest modne, rentowne i nie denerwuje Pekiniu. Dalajlama publicznie przyłączył się do opozycji protestującej przeciwko planom wybudowania ropociągu z Alberty do Teksasu. Nie mogę się nie zgadzać z Dalajlamą w tej kwestii, ale chciałbym żeby Jego Świątobliwość tak sprzeciwiał się Olimpiadzie w Pekinie albo planom budowy chińskiej kolei do Tybetu(6).

Jednak najbardziej cyniczną rzeczą jaką widziałem ostatnio, zwłaszcza w odniesieniu do samospaleń, było pismo z prośbą o wsparcie finansowe wysłane przez International Campaign for Tibet (ICT), w którym prosi się ludzi o wpłacanie pieniędzy, ponieważ „... podpaliło się 13 Tybetańczyków”. Pismo wystosowane przez organizację, która sprzeciwia się walce o niepodległość Tybetu i których ważny urzędnik napisał entuzjastyczny artykuł popierający chińską krytykę samospaleń, jako sprzecznych z buddyzmem.

------------------------

Jamyang Norbu – tybetański intelektualista, pisarz i działacz polityczny. W młodości walczył w Tybetańskim Ruchu Oporu w Mustangu, później był twórcą i dyrektorem Instytutu Amnye Machen. Od ponad 40 lat mieszka na emigracji – obecnie w Stanach Zjednoczonych. Jest autorem bloga Shadow Tibet na którym opublikowana została oryginalna wersja artykułu.

------------------------


Przypisy tłumacza:
1). Leo Rosten – urodzony w 1908 r. w Łodzi, zmarł w 1997 r. w Nowym Jorku, nauczyciel akademicki, pisarz, dziennikarz. 
2). Rénmín Rìbào – dziennik Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin wydawany w językach: chińskim, angielskim, japońskim, rosyjskim, francuskim, hiszpańskim i arabskim. 
3). Dżataka – opowieści o poprzednich wcieleniach Buddy
4). Obecnie możemy mówić już o 16 osobach. Pierwszego samospalenia dokonał w lutym 2009 r. Tapey - mnich z klasztoru Kirti. W czasie ostatnich dwunastu miesięcy podpaliło się 15 kolejnych mnichów i mniszek. 
5). Chodzi o Zenona z Elei (490-430 r. p.n.e.) filozofa greckiego, który twierdził, iż byt jest jeden, niezmienny a wszelka obserwowalna zmienność (w tym ruch) jest złudzeniem i jako sprzeczna wewnętrznie nie istnieje.
6). Kolej ułatwia masowe przesiedlenia Chińczyków Han do Tybetu


tłumaczenie T.T

8 czerwca 2011

Historyczny ruch Dalajlamy

fot. Tibettoday.com
Vijay Kranti, Pioneer, 31 maja 2011 r.

Zrzekając się politycznej i administracyjnej władzy na rzecz wybranych w demokratycznych wyborach reprezentantów tybetańskiego „rządu na uchodźctwie”, Jego Świątobliwość Dalajlama rozwiał chińskie nadzieje na użycie swojej marionetki, jako jego następcy, uzyskując tym samym świecką władzę nad Tybetańczykami.

To, że Pekin jest zaniepokojony i sfrustrowany ukazują kolejno wydawane oświadczenia nawiązujące do decyzji Dalajlamy.

Dalajlama ostatecznie osiągnął swój cel prezentując zmiany w Tybetańskiej Konstytucji, nad którymi pracował przez ostatnie 50 lat. W ubiegłą niedzielę [29.05] rano złożył podpis pod zmianami, kończąc tym samym 469-letni rozdział teokracji w światowej historii. Obecnie nie jest ani Głową Państwa ani Szefem Gaden Phodrang – Tybetańskiego Rządu.

Jak na ironię, po zrzeczeniu się przez Jego Świętobliwość Dalajlamę politycznej i wykonawczej władzy na rzecz wybranych reprezentantów, 76 –letni „skromny mnich” stał się o wiele poważniejszym partnerem dla komunistycznych krytyków w Chinach niż był jeszcze do ubiegłego tygodnia.

Tybetański „Rząd na uchodźctwie” ma obecnie bardziej wpływowego Premiera i Parlament, który może stawić czoła Pekinowi.

Komunistyczni rządzący Chin mogą być jedynie sfrustrowani i niezadowoleni z faktu, że jeden ruch i oświadczenie Zakonnika rozwiało ich nadzieje na „trwałe rozwiązanie” tybetańskiego problemu poprzez pomoc i użycie swojej marionetki, jako następcy Dalajlamy. Ten ruch byłby obecnie bez znaczenia.

Współpracownicy J.Ś. Dalajlamy w rządzie na uchodźctwie, którzy wcześniej znajdowali się pod jego władzą i błagali go od 14 marca o nie rezygnowanie ze świeckiej władzy, potrzebują trochę czasu na zrozumienie wpływu, jaki wywołała jego decyzja. Od poniedziałku 30 maja, Tenzin Gyatso, J.Ś XIV Dalajlama, będzie sprawował jedynie rolę doradczą. Sytuacja ta będzie trwała do momentu ponownego ustabilizowania się sytuacji rządu na uchodźctwie. W przyszłości J.Ś. Dalajlama więcej czasu poświęci międzynarodowym podróżom i spotkaniom.

Gaden Phodrang powstał w 1642 roku, kiedy V Dalajlama został uznany za duchowego i świeckiego przywódcę Tybetu. W ramach tego systemu Lamowie cieszyli się ogromną władzą, równoważną z uprawnieniami brytyjskich monarchów, prezydenta Stanów Zjednoczonych, premiera Indii, Papieża i prezydenta komunistycznej Korei Północnej w formach ich własnych systemów.

Ostatnia reforma zamyka pierwszy z dwóch historycznych obowiązków Dalajlamy, który ustanowił dla siebie w 1959 roku, kiedy opuścił okupowany kraj i został jego przywódcą na uchodźctwie. Jego kolejnym zadaniem będzie zastąpienie dotychczasowego sposobu wyboru następcy Dalajlamy opartej na zasadzie reinkarnacji i sprowadzenia jej tylko do nominacji.

Zgodnie z jego planami jego następca będzie nominowany jeszcze, za jego własnego życia i będzie to kandydat znany jako wykształcony i oświecony zakonnik. To oznacza, że inaczej niż w przypadku poprzedników XIV Dalajlamy, XV Dalajlama nie będzie rozpoznany w tradycyjnym procesie i jego tożsamość nie będzie musiała być potwierdzona przez lamów, jako wcielenie XIV Dalajlamy.

Poprawki do Konstytucji znoszą również postanowienie dotyczące Rady Regentów – grupy nobliwych mnichów, ministrów i urzędników na przejęcie całej władzy w przypadku śmierci Dalajlamy. Ta zmiana ma automatycznie chronić „Rząd na uchodźctwie” przed ewentualnymi machinacjami Chińczyków w okresie dwudziestoletniego okresu „bardo” – okres między śmiercią, a odrodzeniem danej osoby.  Bywają bowiem przypadki, kiedy Chiny wtrącały się do spraw Tybetu za pomocą wywieranego wpływu na pojedynczych członków „Rady Regentów”.

Prawdziwe znaczenie tych wydarzeń może być bardziej zrozumiałe poprzez reakcje Chin na przedstawione stanowisko wprowadzenia zmian ogłoszone przez J.Ś. Dalajlamę 10 i 14 marca. Grożące i obraźliwe oświadczenia Pekinu ukazują poziom zdenerwowania i bezsilności chińskich przywódców.  Chiny uderzając w Dalajlamę, rząd na uchodźctwie i premiera, dają upust swojej złości.

W odpowiedzi na plan Dalajlamy wprowadzenia do systemu wyborów przyszłych Dalajlamów, Pekin użył swojego najbardziej prominentnego tybetańskiego kolaboranta, Pema Choeling, Gubernatora Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, do rozmów z przedstawicielami międzynarodowych mediów podczas Narodowego Kongresu. Pema Choeling postanowił dać J.Ś. Dalajlamie lekcję z tybetańskiej kultury i tradycji.

Radził Dalajlamie szacunek dla „tybetańskiej tradycji i rytuałów”, powiedział „musimy szanować historyczne instytucje i religijne rytuały tybetańskiego buddyzmu....Tybetański buddyzm to historia trwająca ponad tysiąc lat i reinkarnacja instytucji Dalajlamy i Panczenlamy była kontynuowana przez kilkaset lat...Obawiam się, że nie jest to w gestii nikogo, jej pozostawianie lub nie”

W reakcji na decyzję Dalajlamy, co do przekazania swojej politycznej i administracyjnej władzy wybranym reprezentantom, chiński rzecznik prasowy oświadczył, że „tybetański rząd na uchodźstwie” jest podmiotem nielegalnym stworzonym w celu podziału Chin. Komentując wybory wśród Tybetańczyków na uchodźctwie Labsanga Sangaya, jako nowego Premiera, rzecznik nazwał go „terrorystą” argumentując to jego aktywnym przywództwem w Tybetańskim Kongresie Młodzieży, podczas swoich studiów na Uniwersytecie w Delhi.

Te reakcje odzwierciedlają złość i frustrację na J.Ś. Dalajlamę za jego decyzje, wyprzedzające i zagrażające przyszłym planom odnośnie Tybetu. Po tybetańskim powstaniu w 1989 roku w Lhasie w konsekwencji tych wydarzeń, wprowadzono po 1991 roku strategię w całym Tybecie, w ramach której Pekin stosuje podwójną politykę wobec buddyzmu. W ramach utrzymywania kontroli w Tybecie, promuje chiński „pro-buddyzm” pokazując obraz Tybetu, jako międzynarodowy cel turystyczny; agresywnie sponsorując i uczestnicząc w międzynarodowych Konferencjach na temat Buddyzmu; sponsorując buddyjskie wydarzenia w krajach buddyjskich; stara się pozyskać tylu tybetańskich „żyjących buddów” (inkarnowanych lamów) ilu tylko się uda w Tybecie, umniejszając tym samym znaczenie tybetańskich, religijnych instytucji powstałych w innych krajach.

W ramach tej strategii, Pekin postanowił przeszkolić dwóch ważnych inkarnowanych tybetańskich lamów – Karmapę z Tsurphu (1993) i Panczenlamę z Szigatse (1995).  Karmapie od tego czasu udało się znaleźć schronienie w Indiach, jednak Gedhun Choeky Nyima odkąd skończył pięć lat, przebywa w areszcie. Jednak Tybetańczycy odmówili uznania zwierzchnictwa chińskiego, opłacanego przez władze Panczenlamy. Ale fakt ten nie powstrzyma Pekinu do podejmowania podobnych działania w celu znalezienia następcy obecnego Dalajlamy.

Pekin dzisiaj cieszy się przywilejami posiadania dwóch panczenlamów będących pod jego fizyczną kontrolą. Pekin jest w stanie pokazać paradę dziesiątek „żywych buddów”, zarówno w chińskiej telewizji jak i w międzynarodowych przekazach z Tybetu. Tym Pekin może również zabezpieczyć sobie ewentualne usługi nobliwych buddyjskich uczonych i liderów z krajów swoich klientów, którzy chętnie udzieliliby poparcia chińskiej opłaconej reinkarnacji Dalajlamy, kiedy tylko zaszła by taka potrzeba.

Ale poprzez zrzeczenie się świeckiej władzy i zaproponowanie zmiany systemu dziedziczenia, Dalajlama zburzył nadzieje Pekinu.

Vijay Kranti jest stałym komentatorem spraw tybetańskich i autorem kilku książek o Tybecie. 


Tłumaczenie: Anna Bratnikow

12 stycznia 2011

Z Dalajlamą w Himalajach

Elżbieta Dziuk-Renik

Prezentujemy opis niezwykłego filmu napisany prze współautorkę filmu, Elżbietę Dziuk-Renik. Film był pokazany w Polsce m.in. podczas wydarzenia z okazji urodzin J.Ś. Dalajlamy 6 lipca 2010 r. organizowanego przez Program Tybetański Fundacji Inna Przestrzeń. Kolejny pokaz, dzięki uprzejmości autorów, planujemy w ramach cyklu Tybetańskiego Dyskusyjnego Klubu Filmowego w Warszawie. Polecamy także wcześniejszy tekst autorki - relację z obchodów 50 rocznicy pobytu Tybetańczyków na wychodźstwie w Indiach.

Z Dalajlamą w Himalajach to tytuł filmu dokumentalnego (60 min, DVD, 2009 r.). Film jest opowieścią o niezwykłym spotkaniu z JŚ Dalajlamą w sercu Himalajów w Ladakhu w Indiach. Spotkanie ma miejsce w odległej od dróg jezdnych górskiej dolinie, do której Dalajlama przylatuje helikopterem. Oczekują go Ladakhowie (określani także w Polsce terminem Ladakijczycy) - mieszkańcy siedmiu himalajskich wiosek i mnisi sześćsetletniego klasztoru.

Film powstał na życzenie mieszkańców owych siedmiu himalajskich osad. W kilka miesięcy później otrzymali oni ponad 50 kopii filmu na dvd (w językach ladakhi i tybetańskim). Poza tą wersją przeznaczoną dla Ladakhów, powstała druga wersja dla polskiego odbiorcy.

Klasztor Lingszet w zimie
Miejsce i wydarzenie:

Przebywający na wychodźstwie w Indiach Jego Świątobliwość XIV Dalajlama ma zwyczaj odwiedzać co jakiś czas Ladakh położony w indyjskich Himalajach. Podczas swoich wizyt naucza mieszkających tutaj buddystów.

Mnisi buddyjskiego klasztoru w Lingszet w Ladakhu czynili od kilku lat starania, aby Jego Świątobliwość złożył również wizytę w odległej od dróg jezdnych Dolinie Lingszet. Aby przyleciał do nich helikopterem i nauczał. „Wielu ludzi starych, wielu młodych chciało posłuchać nauczania i zobaczyć JŚ, nigdy nie mieli takiej możliwości” mówi mnich Tsewang, jeden z organizatorów tej niezwykłej wizyty.

„Rejon Lingszetu ma za sobą szczególną historię. Sześćset lat temu, kiedy lama Tsongkapa przebywał już w Tybecie, w rejonie Lhasy, to z rejonu Lingszet mnich o imieniu Czamszung Czeran Tsangpo wyruszał do Tybetu. Tam stał się uczniem Tsongkapy. Studiował  i uczył się u Tsongkapy. Kiedy nauka dobiegła końca lama Tsongkapa nakazał swemu uczniowi, by powrócił on w rodzinne strony. Znajdzie tam specjalne znaki, które wskażą mu, gdzie powinien założyć klasztor i świątynię. Uczeń ów - Czamszung Czeran Tsangpo - dotarł do rejonu Lingszet i zobaczył tam szczególne światło. To światło biło z niezwykłych kamieni. Przypomniał sobie wówczas wskazania Tsongkapy. Założył w tym miejscu klasztor i świątynię. To jest historia, której początki sięgają sześciuset lat wstecz. Od tego czasu nieustannie, aż po dzień dzisiejszy  trwa tu studiowanie buddyjskiej nauki.” – mówi w filmie Jhado Tulku (czyt. Czato Tulku).

W dolinie Lingszet klasztor góruje nad wioską. Nad klasztorem wypiętrzają się himalajskie szczyty. Dolina Lingszet leży bowiem w skomplikowanym labiryncie górskich pasm i dolin Himalajów Zanskaru, pomiędzy doliną Indusu (na północy) a główną granią Himalajów (na południu).

Aby dotrzeć do Lingszetu z doliny Indusu trzeba wędrować przez góry około 3-4 dni. Podczas tego kilkudniowego marszu przez himalajskie pasmo Zanskaru trzeba pokonać przełęcze o wysokości ponad 5 tysięcy metrów nad poziomem morza. Po drodze - nocować w górach i gotować pożywienie.

W tym odległym od cywilizacji rejonie mieszkają Ladakhowie. Posługują się własnym odrębnym językiem ladakhi. Są buddystami. Żyją w domach przypominających warownie. W każdym domu jest prywatna kaplica. Dopiero od około kilkunastu lat działa w Lingszet szkoła państwowa. A dla mnichów i mniszek - szkoły klasztorne. Młodzież może kontynuować edukację w stolicy Ladakhu – Leh, w szkołach z internatem. Poza klasztorem i szkołą jest jeszcze w Lingszet punkt medyczny. Można tu zmierzyć ciśnienie i zaszczepić dziecko. Pracujący tu pielęgniarz może wezwać helikopter do chorego. Wysyła wtedy gońca z listem do stolicy. Trwa to parę dni. Goniec musi dojść do przystanku autobusowego. Potem dojechać na miejsce. W końcu helikopter przyleci.

W sierpniu 2009 roku JŚ Dalajlama odwiedził Ladakh, aby ponownie spotkać się z mieszkającymi tu buddystami i nauczać. I wtedy właśnie odwiedził Lingszet.

Film relacjonuje powitanie JŚ Dalajlamy po przylocie do Doliny Indusu - w miejscowości Czoglomsar, gdzie powitali go Ladakhowie i Tybetańczycy. Pokazuje wędrówkę buddystów przez góry na spotkanie z JŚ Dalajlamą w Lingszecie. Wędrują razem: mnich, który spędził życie w klasztorze w Lingszet, a obecnie jako emeryt mieszka w Czoglomsar, japońska mniszka pobierająca nauki w Dharamsali i kuzyn mnicha, himalajski góral. Razem przekraczają ponad pięciotysięczną przełęcz Senge, za którą kryje się dolina Lingszetu.

Kamera rejestruje także ostatnie przygotowania do wizyty JŚ w Lingszecie oraz prowadzone w ramach tych przygotowań modlitwy i nauczanie przez mnicha Jhado Tulku.

Potem następuje moment oczekiwania i przylotu helikoptera z Dalajlamą na pokładzie oraz powitanie przez wspólnotę lokalną. Poza zrelacjonowaniem nauczania, modlitw i duchowych  przyrzeczeń, w filmie pomieszczono przesłanie Dalajlamy dla ludów himalajskich dotyczące sprawy tybetańskiej, z podkreśleniem jak jest ona istotna dla przetrwania himalajskiej kultury.

„Przyszłość ludów z Himalajów w znacznej mierze zależy od tego, czy prawda sprawy tybetańskiej przeważy. Dlatego musicie myśleć dalekowzrocznie o sprawie tybetańskiej.
Na przykład, jeśli w Tybecie pojawi się więcej Chińczyków, powiedzmy 80 czy 90 procent całej ludności, i ideologia Tybetańczyków ustąpi miejsca ideologii chińskiej, to sytuacja ta wpłynie z pewnością na cały region Himalajów, począwszy od wschodnich Himalajów aż po Północny Ladakh. Dlatego ludy himalajskie powinny interesować się kwestiami Tybetu.”

Inne przesłanie Dalajlamy dotyczy edukacji:
„W tych zmieniających się czasach potrzebujemy nowoczesnej edukacji. Najogólniej jednak rzecz ujmując, współczesna edukacja związana jest bardziej z rozwojem materialnym niż rozwojem umysłowym lub duchowym.W rezultacie powstaje wiele problemów, które rodzą się na całym świecie. Dlatego wszyscy musimy korzystać zarówno z nowoczesnej edukacji umożliwiającej rozwój sfery materialnej, jak i z nauczania religijnego umożliwiającego rozwój duchowy oraz pielęgnowanie podstawowych wartości ludzkich.”

W filmie wystąpili również przedstawiciele lokalnej wspólnoty. Ich wypowiedzi informują widza o najważniejszych przesłaniach Dalajlamy dla społeczności himalajskiej.

Nieuchronny moment odlotu helikoptera z JŚ na pokładzie został nieoczekiwanie przyspieszony. Pożegnanie odbywa się w pośpiechu. Z powodu niepewnej pogody śmigłowiec przyleciał znacznie wcześniej niż oczekiwano. Po pożegnaniu górale himalajscy bawią się w typowy dla siebie sposób. Korowód taneczny powoli okrąża miejsce spotkania. W końcu wszyscy rozchodzą się do swoich wiosek.

Z Dalajlamą w Himalajach (60 min, DVD, 2009 r.) Realizacja filmu: Elżbieta Dziuk, Krzysztof Renik, Michał Zielony. Producentem filmu jest „ABATON inicjatywa twórcza”.  Tekst i zdjęcie - klasztor Lingszet w zimie - Elżbieta Dziuk-Renik.

28 czerwca 2010

CZAS, KTÓRY POZOSTAŁ

Buddyzm a wegetarianizm w Tybecie

Jesz mięso? To jaki z Ciebie buddysta? Nie jesz mięsa? Ach, to pewnie jesteś buddystą. Z takim zdaniem spotkał się niejeden buddysta mięsożerca lub wegetarianin nie-buddysta. Bo choć w świadomości wielu osób te dwa pojęcia: „buddyzm” i „wegetarianizm” na stałe połączone są nitką zależności, rzeczywistość jest dużo bardziej złożona. Czy wegetarianizm to filozofia życia, czy na stałe związany jest z jakąś religią i czy religię można połączyć z polityką? Te wszystkie pytania choć z pozoru niezależne łączą się ściśle z Tybetem.
„Tybet - jedno z 24 świętych miejsc, kolebka życia, to niczym wyłaniająca się znikąd świątynia ze skał” – tak głosi stary tybetański tekst. Tybet przez wieki pozostawał odizolowany od reszty świat potężnymi górami. Położony na wysokości od 4000 do 5000 metrów n.p.m. Tybet, znajduje się w samym sercu Azji. Potężne i niedostępne twierdze, o których wzmianki napływały w ciągu wieków, dały początek tajemniczym i pełnym mistyki opowieściom, Tybet stał się Shangri-lą, krainą wiecznej młodości, gdzie przezwyciężono prawa natury i gdzie można było nawiązać bezpośredni kontakt ze światem duchów - choć był to także realny świat w ściśle geograficznym, historycznym i ludzkim wymiarze.

Tybetańczycy określają swój kraj „Bod yul”, co tłumaczy się często jako „kraina śniegów”, „kraina otoczona murem śnieżnych gór”. Stąd często określa się go jako Dach Świata. Tybet nie jest już jednak mityczną Shangri-la. Polityka i obce wpływy wkradły się do Tybetu a on powoli zaczął wyłaniać się ze swej odwiecznej otoczki mistyki i czaru. Dziś Tybet częściej niż ze świątyniami, pobłyskującymi złotem w promieniach słońca, kojarzy się z obozami pracy i torturami. Ponad 50 lat chińskiej polityki sprawiło, że Tybetańczycy stali się mniejszością we własnym kraju, mniejszością dyskryminowaną, poddawaną brutalnej sinizacji na każdym kroku. Ostatnie dni i tygodnie w bardzo dramatycznych okolicznościach sprawiły, że świat przypomniał sobie o Tybecie, sprawiły, że pojawił się na ustach wszystkich, na pierwszych stronach codziennych gazet. Ale oglądany przez nas Tybet nie ma już tej magii, nie ma w nim tajemnicy, jest przerażająca rzeczywistość, krew mnichów, bunty ludności i dramatyczne apele o zaprzestanie przemocy płynące z niewielkiego miasteczka w północnych Indiach, z Dharamśali, gdzie mieści się siedziba XIV Dalajlamy, duchowego i politycznego przywódcy Tybetańczyków. Krótko po wybuchu powstania w stolicy Tybetu, Lhasie, bunty rozlały się po okolicznych prowincjach, po terenach prowincji Gansu, Qinghai, Yunnan i Syczuan. Również tam mnisi wyszli na ulicę, również tam dołączyli się do nich zwykli mieszkańcy. Niewiele osób rozumiało dlaczego tak się stało, niewielu pamiętało bowiem jak wyglądał Tybet przed agresją chińską w 1950 r. Gdy w 1965 r. chińskie władze dumnie ogłosiły światu powstanie Tybetańskiego Regionu Autonomicznego jedno spojrzenie za mapę gasiło wszelkie nadzieje o prawdziwej autonomii i poszanowaniu praw Tybetańczyków. TAR objął jedynie tereny Tybetu Centralnego, ziemie dwóch pozostałych tradycyjnie tybetańskich regionów Khamu i Amdo zostały włączone do Chińskiej Republiki Ludowej by wejść w skład czterech prowincji chińskich: Gansu, Qinghai, Yunnan i Syczuan. Tereny te jednak od wieków zamieszkiwane były przez ludność tybetańską, ludność mówiącą jednym z dialektów języka tybetańskiego, ludność określaną przez Tseringa Sakyę mianem „zjadaczy campy” bo to właśnie campa, czyli prażona mąka jęczmienna wymieszana z wodą lub mlekiem, stanowiła główny składnik pożywienia wszystkich Tybetańczyków. Ale jest jeszcze coś, co spaja wszystkich Tybetańczyków nierozerwalną nicią, coś, co powoduje, że każdy Tybetańczyk jest dumny z tego kim jest i w co wierzy - buddyzm.

„Nie da się zrozumieć Tybetu bez buddyzmu.” Te słowa XIV Dalajlamy w pełni oddają rolę religii w życiu zwykłego Tybetańczyka. Religia była i w dużej mierze wciąż jest w Tybecie wszystkim. Jest źródłem inspiracji i tożsamości narodowej, w życiu codziennym narzuca rytuały, które mają zapewnić odrodzenie, przenika wszystkie dziedziny życia i daje odpowiedzi na wszystkie pytania. Buddyzm stał się również przez wieki jedynym odniesieniem w historii Tybetu. Historię tę przedstawiano często wyłącznie przez pryzmat rozwoju religii, pozostawiając wrażenie, że na ziemiach tybetańskich nigdy nic innego się nie działo. Na dalszy plan zeszły prowadzone przez Tybetańczyków wojny, dworskie przepychanki, krwawe potyczki i walki o władzę.
Wszystko to sprawiło, że Tybet umiejscawiany jest na pierwszym miejscu buddyjskiej mapy świata. Często pomija się przy tym korzenie, z których wyrósł buddyzm tybetański, drogi jego transmisji czy wpływy, a tych znajdziemy zarówno w Indiach, jak i w Nepalu bardzo wiele.

Pierwsze kontakty Tybetu z buddyzmem datowane są na VII w. Podczas gdy w innych regionach Azji, w Chinach, w Japonii czy Korei nauki buddyjskie zdążyły już zdobyć spore uznanie, w Tybecie dopiero wówczas rozpoczął się pierwszy okres upowszechniania buddyzmu (tyb. Snga – dar). Tybetańczycy przejęli więc buddyzm w jego późnoindyjskiej wersji. Stąd właśnie różnice pomiędzy buddyzmem tybetańskim a buddyzmem obecnym w innych regionach Azji. Zanim doszło więc do wyodrębnienia różnych szkół buddyzmu tybetańskiego, Indie były głównym źródłem inspiracji, to stamtąd szły nauki, to stamtąd pochodzili najwięksi w historii Tybetu nauczyciele, m.in. Atiśa. Buddyzm, jaki rozwinął się w Tybecie pozostawał późnym odłamem buddyzmu mahajany, wyrastał więc z tradycji braminizmu, śaktyzmu, hinduizmu. Z tradycji hinduizmu buddyzm przejął jedną z naczelnych zasad, którymi buddyści na całym świecie kierują się do dzisiejszego dnia, zasadę ahinsy czyli nieszkodzenia żadnej żywej istocie a co za tym idzie niezabijania oraz niesprawiania cierpienia zarówno fizycznego jak i psychicznego. Taka postawa miała uwrażliwić i wyrobić poszanowanie dla każdej żywej istoty. Realizacja tej zasady w życiu codziennym zakładała podążanie Szlachetną Ośmiostopniową Ścieżką, która była z kolei realizacją drogi wskazanej w czwartej i ostatniej Szlachetnej Prawdzie, czyli fundamencie nauk buddyzmu. Czwarta Szlachetna Prawda mówiła o istnieniu drogi prowadzącej do zniszczenia cierpienia, drogą tą była składająca się z ośmiu czynników ścieżka, na którą składały się: właściwy pogląd, właściwe postanowienie, właściwe słowa i czyny, właściwy żywot, w końcu również właściwe dążenie, skupienie oraz medytacja. Realizacja tych wszystkich założeń i kierowanie się przy tym zasadą ahinsy zakładało konieczność działań altruistycznych, gromadzenia zasług. Podążanie drogą nieszkodzenia żadnej żywej istocie dla wielu buddystów w bezpośredni sposób przełożyło się na praktyki jedzeniowe, odrzucili mięso właśnie jako realizację naczelnej zasady ahinsy. I mimo iż sam Budda Śakjamuni nigdy nie mówił o wegetarianizmie, nigdy nie nakazywał go i nie promował, wielu buddyjskich mistrzów, nauczających już po śmierci Przebudzonego zalecało odrzucenie mięsa jako pełnię realizacji zasady ahinsy. Rzecz się jednak miała nieco inaczej w samym Tybecie.

 Tybetańczycy, choć niemal wszyscy określają się jako buddyści rzadko są wegetarianami. Powody nie przyjęcia się na terenie Dachu Świata wegetarianizmu były bardzo prozaiczne. Na wysokościach, na jakich położony jest Tybet uprawa warzyw i owoców była niezwykle trudna, możliwa w zasadzie jedynie na terenach Tybetu Centralnego, czyli tzw. Ü-Cang. Na terenach wyżej położonych, we wschodnich prowincjach Kham i Amdo oraz na terenach Płaskowyżu Tybetańskiego głównym źródłem pożywienia było jacze mięso. Jaki zawsze były najpowszechniej hodowanymi przez Tybetańczyków zwierzętami. Koczownicy nazywają je „nor”, co znaczy „bogactwo” lub „dostatek”, samicę nazywa się „’bri” (lub „’dri”). Jak jest także najbardziej pożytecznym z tybetańskich zwierząt hodowlanych. Samiec dostarcza mięsa, samica natomiast mleka, z którego wyrabia się masło, sery i jogurty. Dawnymi czasy używano skóry jaka na buty, siodła, w niektórych regionach także na łódki. Dziś jego sierść wykorzystywana jest do wyrobu namiotów, koców, sznurów u ubrań, jego kości do budowy domów, jego łajno na opał i izolację. Ale nawet w tak trudnych warunkach, w jakich przyszło żyć Tybetańczykom nie zapominali oni o zasadzie ahinsy, ale zasadę niezabijania traktowali jedynie dosłownie, mięso zwierzęcia, które nie zostało specjalnie dla nich zabite można było spożywać bez obaw o złego karmana, czyli pełnię naszych uczynków, decydującą o kolejnym wcieleniu. Ubojem zwierząt zajmowali się specjalnie do tego wyznaczeni ludzie, często byli to również chińscy muzułmanie. Zakazany był jednak ubój zwierząt w ósmy, piętnasty i ostatni dzień miesiąca, były to bowiem dni świąteczne. W odpowiedzi na pytanie czy człowiek zajmujący się ubojem zwierząt miał jakiekolwiek szanse na lepsze wcielenie po śmierci, Tybetańczycy dawali prostą i jakże pragmatyczną odpowiedź: pojedynczy grzech człowieka zajmującego się ubojem jest ogromny i ciężar karmiczny z pozoru nie do udźwignięcia ale przecież rozkłada się on na całą społeczność więc na końcu nie jest on taki ciężki…

Myśląc o Tybecie często przychodzą nam do głowy obrazy mnichów w szafranowych szatach, rozmodlonych, skupionych na medytacji. Mimo iż na przestrzeni wieków w Tybecie rozwinęło się wiele szkół buddyjskich, wspólne dla nich wszystkich było m.in. uznawanie zasad winaji, czyli reguły klasztornej, indyjskiej szkoły mulasarwastiwada. Nie wszystkie jednak szkoły za ideał stawiały przestrzegającego celibatu czy zasad wegetarianizmu mnicha. Wielu mnichów jadło mięso, pod warunkiem jednak, że zwierzę nie zostało zabite specjalnie dla nich. Sam XIV Dalajlama, jak wielu dalajlamów przed nim, kiedy mieszkał jeszcze w Tybecie jadł mięso, przestał dopiero będąc już na emigracji w Indiach. Oprócz zasad winaji wspólna dla szkół buddyzmu tybetańskiego była obecność w nich elementów nauk tantrycznych. Praktyki tantryczne skierowane jednak były tylko do szczegółowo wyselekcjonowanego grona praktykujących buddystów, występowały w nich bowiem elementy niebezpieczne, zagrażające nawet życiu. Często to, co w codziennej praktyce buddyjskiej, jak np. jedzenie mięsa czy spożywanie alkoholu, postrzegane było jako naganne, traktowane było jako nieodłączny element praktyk tantrycznych. To co zwykłego człowieka prowadziło do zguby, wtajemniczonego i zaawansowanego w naukach jogina czy tantryka  doprowadzić miało do oświecenia. Stosowano więc niekonwencjonalne metody i środki.

Zasada ahinsy, jako nadrzędna zasada, którą kierują się w swym codziennym postępowaniu buddyści, została jednak w przypadku Tybetańczyków wystawiona na ciężką próbę. Po tym jak chińskie wojska najechały Tybet w połowie XX wieku, po tym jak nie spełniły się obietnice szerokiej autonomii, wolności i szacunku dla kultury tybetańskiej XIV Dalajlama musiał uciekać przez Himalaje do Indii. W ślad za nim poszło tysiące jego rodaków. Na uchodźctwie stworzyli rząd, władze, instytucje, w końcu korzystając z gościnności indyjskiego rządu sporą społeczność tybetańską. Od wielu lat walczą o przestrzeganie praw człowieka w Tybecie, od wielu również lat XIV Dalajlama prowadzi rozmowy z rządem ChRL o uznanie autonomii, o prawa i wolności Tybetańczyków. Chińskie władze zdają się jednak nie słyszeć jego głosu. Podobnie nie słyszały go w historii. Już w czasie wizyty XIV Dalajlamy w Pekinie Mao Zedong stwierdził, że religia to tylko opium dla ludu. Później władze chińskie, tak konsekwentnie promujące ateizm, doszły do wniosku, że największą przeszkodą na drodze do panowania nad Tybetańczykami jest ich religia. Dały temu wyraz w czasie krwawej rewolucji kulturalnej (1966-1976), która kosztowała życie ponad 100 tysięcy mnichów, mniszek, rinpocze i ngagpów. Wielu z nich torturowano, wielu zmuszono do wyrzeczenia się święceń. Nie oszczędzono również starych ksiąg i klasztorów, z których, spośród  6259 ocalało do 1976 r. zaledwie 8.

Tybetański przywódca od lat głosi politykę powstrzymania się od przemocy, opartą na zasadzie ahinsy, w tym widzi jedyny sens swojej walki i jedyną szansę narodu tybetańskiego. Ostatnie wydarzenia w Tybecie pokazały jednak, że młode pokolenie Tybetańczyków, żyjące zarówno w samym Tybecie jak i na emigracji, szanując i uznając swego przywódcę odrzuca jego filozofię. Młodzi Tybetańczycy, a przynajmniej znaczna ich część nie widzą innej drogi jak walka, walka na śmierć i życie bo wiedzą, że Tybet nie ma już czasu. Dalajlama widząc niepowodzenie swojej misji zagroził odejściem, od dawna marzył bowiem o starości w zaciszu klasztoru buddyjskiego, o medytacji i pogrążeniu się w modlitwie. Stanął obecnie przed wyborem dramatycznym, religia lub polityka, ale historia pokazała, że w wypadku Tybetu są one ze sobą nierozerwalnie związane.

Tekst publikowany był w Magazynie Vege

fot. Iwona