Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jamyang Norbu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jamyang Norbu. Pokaż wszystkie posty

18 stycznia 2012

Czy samospalenia są zgodne z nauką buddyjską

Niestety wraz z informacjami o dokonaniu kolejnego samospalenia w Tybecie przez 42-letnigo mnicha Nyage Sonamdrugyu, wraca temat relacji tych dramatycznych aktów z ideą buddyzmu. Poniżej przedstawiamy tekst Jamyanga Norbu na ten temat i zapraszamy do dyskusji.


--------------------------------------------
Żydowskie słowo „chutzpah” (wym. hucpa) ma to samo znaczenie, co tybetańskie słowo "hamba", jest nawet podobne do niego w wymowie. Żydowski humorysta – Leo Rosten(1), definiuje hucpę jako "zachowanie człowieka, który zabiwszy swoją matkę i ojca, prosi o łaskę sądu, bo jest sierotą."

Dai Qingli, urzędnik ambasady Chin w Wielkiej Brytanii świetnie wpisał się w tą definicję w opublikowanym przez Guardiana (25 listopada 2011) liście pod tytułem "Tybetańskie śmierci naruszają ideę buddyzmu” Dai napisał: "samospalenia mnichów i mniszek były naprawdę tragiczne. Były też drastycznym pogwałceniem ducha pokoju i tolerancji, która definiuje buddyzm tybetański i jako takie akty te spotkały się z gniewem i dezaprobatą lokalnej ludności i społeczności religijnej".

Bhuchung K. Cering z International Campaign for Tibet (ICT) wypowiedział się w podobnym tonie w swoim artykule "Ten Chińczyk ma rację w sprawie samospaleń w Tybecie!". "Wczoraj, tj. 01 grudnia 2011, w People’s Daily(2) przeczytałem artykuł „renomowanego tybetologa” Li Dechenga dotyczący samospaleń w Tybecie, w którym twierdzi on, że działania te są sprzeczne z „etyką buddyjską” i że „w buddyzmie, a szczególnie w jego tybetańskiej odmianie, pisma nigdy nie zachęcały do zabójstwa i samobójstwa; nie ma też żadnego dogmatu, który namawiałby do zabicia kogoś lub popełnienia samobójstwa." - niewątpliwie, zgadzam się z nim w tej kwestii. Bhuchung odpowiada na żądanie Chińczyka, by zwrócono uwagę na kwestię samospaleń ponieważ „jest to ważny problem społeczny oddziałujący na przyszłość Chin”. Próbuje także wyjaśnić, dlaczego Tybetańczycy, przytaczając dokładnie jego słowa – „bawią się” w takie rzeczy. Bhuchung i jego koledzy z ICT mogą nie aprobować samospaleń ale powinni sobie uświadomić, że mnisi i mniszki rzadko „bawią się" w jakikolwiek sposób.

Dalajlama nieco staranniej dobierał słowa. W swoim oświadczeniu z 21 listopada powiedział, że nie zachęcał protestujących przeciwko kontroli Chin w Tybecie do podejmowania samospaleń i zakwestionował przydatność tego typu działań jako narzędzi protestu. Zdawał sobie sprawę z odwagi mnichów i mniszek, ale sugerował też, że działania te nie były zgodne z duchem buddyzmu.

Czy samospalenia są zgodne z nauką buddyjską?

W 1963 roku wietnamski mnich Thich Quang Duc, podpalił się na ruchliwym skrzyżowaniu Saigonu. Na nagrodzonej Pulitzerem fotografii Malcolma Browne’a widzimy mnicha siedzącego spokojnie w pozycji lotosu otoczonego przez płomienie; zdjęcie to stało się sensacją na całym świecie i przyczyniło się do upadku reżimu Diema. W tym czasie Pekin otwarcie pochwalał działania mnicha w Wietnamie i rozprowadzał zdjęcie w całej Azji i Afryce w milionach (pirackich) egzemplarzy jako dowód „amerykańskiego imperializmu”. Inni wietnamscy mnisi i mniszki również podpalali się w proteście przeciwko wojnie.

Samospalenie wydają się być niezwykłe choć akceptowane w tradycjach buddyjskich w Chinach i Azji Południowo-Wschodniej. W historii Chin znanych jest wiele przypadków, zwłaszcza w okresie Qing, stosowania takich aktów jako narzędzia politycznego protestu (Burning for the Buddha: Self-immolation in Chinese Buddhism by James A. Benn). W 1948 roku w Harbinie mnich usiadł w pozycji lotosu na stosie trocin i nasączonych olejem sojowym i podpalił się w proteście przeciwko sposobowi, w jaki komuniści Mao Zedonga traktowali buddyzm.

Główną inspiracją dla tej praktyki wydają się być nauki zawarte w Sutrze Lotosu (tyb. chos dam pad-ma dkar po'i mdo). Jeden z rozdziałów tej sutry opowiada historię życia Bodhisattwy Króla Medycyny, który pokazał swój wgląd w bezinteresowną naturę swego ciała rytualnie podpalając się i szerząc „Światło Dharmy” przez 1200 lat.

Wydaje mi się jednak, że duchowa motywacja dla ofiary naszych młodych mnichów i mniszek w Tybecie może pochodzić z innego kierunku. Czterdzieści pięć kilometrów na południowy-wschód od Katmandu znajduje się jedno z najbardziej popularnych wśród Tybetańczyków odwiedzających Nepal, miejsc pielgrzymek. Wzgórze Namo Budda (zwane po tybetańsku Tagmo Lujin) jest, zgodnie z nauką Sutry Złotego Światła (Phags pa gser 'od dam pa'i mdo) miejscem, w którym Budda (w poprzednim wcieleniu) oddał swoje ciało by nakarmić głodującą tygrysicę i jej cztery młode. Jest to bardzo popularna Dżataka(3), znana wszystkim Tybetańczykom i często podawana przez nich jako przykład poświęcenia i bezinteresownego zachowania. Istnieją inne takie Dżataki lub Apadany - opowieści o tym, jak Budda oddał życie za innych. Jedną z bardziej znanych jest mahakapi jataka - opowieść o Wielkim Królu Małp, który zginął ratując życie swoich „80.000” poddanych.

Odważne działania trzynastu mnichów(4), którzy dokonali samospalenia w Tybecie musi być postrzegana w tym konkretnym świetle doktryny. Zdecydowanie nie zgadzam się z opinią rozpowszechnianą przez niektórych ludzi, że mnisi i mniszki podpalają się z rozpaczy, iż nie mogą praktykować swojej religii. Gdyby to było ich głównym problemem to logicznym kierunkiem działania byłaby ucieczka do Indii tak, jak zrobiło to wielu innych. Klasztor Kirti, skąd pochodzi większość z 13 młodych mnichów, ma duży oddział w Dharamsali, gdzie przyjęto by ich z otwartymi ramionami.

Musimy widzieć samospalenia w Tybecie jako działania podejmowane dla dobra innych, w imię wolności i niepodległości Tybetu (co niektórzy z protestujących mnichów wyraźnie sygnalizują). Nawet domaganie się przez nich powrotu Dalajlamy, należy interpretować jako wezwanie do przywrócenia niezależnego Tybetu. Dalajlama bowiem uważany jest za prawowitego władcę niepodległego Tybetu i działania te powinny być interpretowane w ten sposób, a nie jako domaganie się powrotu samego duchowego przywódcy, co próbują czynić osoby chcące odpolitycznić ostatnie wydarzenia.

Akty samospalenia są nie tylko niekwestionowanie buddyjskie, ale pochodzą z bohaterskiej i nastawionej na działanie tradycji buddyzmu. Niektórzy badacze uważają to podejście za bardziej zbliżone do pierwotnych nauk Buddy niż pasywne, nawet eskapistyczne oblicze buddyzmu, które zyskało powszechną, zwłaszcza na Zachodzie, akceptację.

Historyczny Budda był członkiem klasy wojowników – Kshatriya. Choć przyjmował do Sanghi ludzi ze wszystkich klas i kast, zwracał się do swoich uczniów tymi słowy: „wszyscy jesteśmy Kshatriya". Robił to, oczywiście, nie dla podkreślenia własnej kasty, ale prawdopodobnie by położyć nacisk na wagę zaangażowania i odwagi, jakiej wymagał od swych uczniów. Sutry mówią nam, że Siddhartha był wysokim mężczyzną o mocnej budowie ciała, wyszkolonym w sztukach walki, w których celował, pokonał wielu wojowników Szakja by zdobyć rękę księżniczki Yashodhary. Odwagę wojownika i zaangażowanie widać było w jego pierwszej próbie osiągnięcia oświecenia, co ilustruje wizerunek Buddyy z Gandhary – po sześciu latach umartwiania się jego ciało składa się jedynie ze skóry i kości. Nawet, gdy zdał sobie sprawę, że pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem jego zaangażowanie i odwaga nie zmalały. Kolejne podejście – „Droga Środka” – nie było wymówką dla bezczynności, osłabienia lub impotencji. Kiedy koniec końców Siddhartha usiadł pod drzewem Bodhi miał niezachwianą pewność, że chce osiągnąć oświecenie. Opisuje to piękny i dramatyczny werset spisany przez pierwszych kompilatorów sutry. "Niech krew wyschnie, niech uschnie me ciało, ale nie ruszę się z tego miejsca póki nie osiągnę oświecenia." Kilka przydomków jakimi określa się Buddę, zdają się odzwierciedlać cechy jego charakteru – Dżina – zdobywca, czy Mahavira – wielki bohater (są to także przydomki twórcy Dżinizmu). Bodhisattwę jako bohatera definiuje wyraźnie fragment Prajanaparamity; dowiadujemy się z niego że ma on bez lęku wyprowadzić wszystkie czujące istoty z głębokich lasów samsary, walcząc z „wrogimi siłami”. Na koniec tego fragmentu Budda pyta swojego ucznia Subhuti – „Jeśli więc staną przeciwko niemu nieprzebrane hordy wrogów, to czy ten bohaterski człowiek opuści rodzinę i sam ucieknie z lasu?” Subhuti odpowiedział – „Nie, Panie”.

Czy historyczny Budda, prześladowany przez bandytów i mordercę Angulimalę, uciekł lub pozostawił rozwiązanie tego problemu innym? Nie – stawił opór i pokonał zabójcę przez to, co tradycyjnie uważane jest za magiczną moc. Nieważne, jak szybko Angulimala podbiegał do spacerującego Buddy, nigdy nie mógł go dogonić. O sto lat wcześniej grecki filozof Zenon(5) dowodził w swoim "Paradoksie czasu", że Achilles nigdy nie dogoni żółwia. Współcześni fizycy określają to mianem „Kwantowego Paradoksu Zenona” (Quantum Zeno effect), nazwą, którą stworzyli E. C. G. Sudarshan i B. Misra dla opisania "tłumienia jednostkowego rozwoju czasu spowodowanego przez dekoherencję kwantową..."

W innej opowieści, w jednym ze swoich poprzednich żywotów Budda płynąc statkiem zabił seryjnego mordercę, by ratować życie innych podróżnych na pokładzie. Kontekst, w którym Budda opowiedział tę apadanę swoim uczniom jest ciekawy i istotny dla wywodu który prowadzę. Pewnego dnia jeden z uczniów zauważył, że Budda ma rany poranione nogi. Uczeń zapytał, jak coś takiego mogło się przydarzyć komuś, kto osiągnął stan nirwany i Budda opowiedział im całą historię. Płynie z niej lekcja, że nie można całkowicie uciec od konsekwencji gwałtownego czynu, nawet jeśli jego realizacja jest konieczna i sprawiedliwa. Ale innym logicznym wnioskiem z tej historii jest, że jeśli Budda wybrałby ze względu na tchórzostwo lub z powodów etycznych, nie zabijanie mordercy, a przez to narażenie życia wielu ludzi, dopuściłby się daleko bardziej niemoralnego i złego czynu.

Jest to w swojej istocie głęboko przemyślana i dynamiczna interpretacja buddyjskiego działania bez przemocy, jakże różna od biernej, wygodnej, odkażonej, umywającej ręce i ze swej natury egoistycznej interpretacji Dharmy dominującej we współczesnym świecie buddyjskim. Zauważalny aspekt buddyzmu "New Age" to jego zainteresowanie pieniędzmi, sławą i swoistym tanim intelektualizmem rozpowszechnianym przez kiepskie poradniki z chwytliwymi tytułami w stylu Zen (Obserwując obserwującego, Cichy umysł, święty umysł, Życie dzięki śmierci i tak dalej). Coś takiego jest, jak sądzę, najbardziej rozpowszechnione w zinstytucjonalizowanych religiach na całym świecie i zajmowanie się tym jest stratą czasu. Wydaje mi się, że Tybetańczycy zgodzą się ze mną potępiając nauczycieli buddyjskich pobierających wysokie opłaty za udział w prowadzonych przez siebie ceremoniach, zniechęcanie, a czasami zakazywanie ludziom udziału w działaniach politycznych nawet na rzecz wolnego Tybetu i praw człowieka.

I jak można się z nimi spierać, skoro nawet były premier rządu emigracyjnego, tybetański lama i gesze nie tylko nie uczestniczy w żadnych akcjach na rzecz Tybetu, ale także zakazuje Tybetańczykom demonstrowania podczas wizyt chińskich przywódców na Zachodzie.

A równocześnie europejska telewizja pokazała Samdonga Rinpocze gdy w 2006 roku był jednym z przywódców demonstracji w Indiach przeciwko wiodącej w branży rolnej szwajcarskiej firmie SYNGENTA, której sprzeciwiają się indyjscy ekolodzy. Może więc płynie z tego duchowa nauka, że działalność polityczna jest dopuszczalne tak długo, jak długo to jest modne, rentowne i nie denerwuje Pekiniu. Dalajlama publicznie przyłączył się do opozycji protestującej przeciwko planom wybudowania ropociągu z Alberty do Teksasu. Nie mogę się nie zgadzać z Dalajlamą w tej kwestii, ale chciałbym żeby Jego Świątobliwość tak sprzeciwiał się Olimpiadzie w Pekinie albo planom budowy chińskiej kolei do Tybetu(6).

Jednak najbardziej cyniczną rzeczą jaką widziałem ostatnio, zwłaszcza w odniesieniu do samospaleń, było pismo z prośbą o wsparcie finansowe wysłane przez International Campaign for Tibet (ICT), w którym prosi się ludzi o wpłacanie pieniędzy, ponieważ „... podpaliło się 13 Tybetańczyków”. Pismo wystosowane przez organizację, która sprzeciwia się walce o niepodległość Tybetu i których ważny urzędnik napisał entuzjastyczny artykuł popierający chińską krytykę samospaleń, jako sprzecznych z buddyzmem.

------------------------

Jamyang Norbu – tybetański intelektualista, pisarz i działacz polityczny. W młodości walczył w Tybetańskim Ruchu Oporu w Mustangu, później był twórcą i dyrektorem Instytutu Amnye Machen. Od ponad 40 lat mieszka na emigracji – obecnie w Stanach Zjednoczonych. Jest autorem bloga Shadow Tibet na którym opublikowana została oryginalna wersja artykułu.

------------------------


Przypisy tłumacza:
1). Leo Rosten – urodzony w 1908 r. w Łodzi, zmarł w 1997 r. w Nowym Jorku, nauczyciel akademicki, pisarz, dziennikarz. 
2). Rénmín Rìbào – dziennik Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin wydawany w językach: chińskim, angielskim, japońskim, rosyjskim, francuskim, hiszpańskim i arabskim. 
3). Dżataka – opowieści o poprzednich wcieleniach Buddy
4). Obecnie możemy mówić już o 16 osobach. Pierwszego samospalenia dokonał w lutym 2009 r. Tapey - mnich z klasztoru Kirti. W czasie ostatnich dwunastu miesięcy podpaliło się 15 kolejnych mnichów i mniszek. 
5). Chodzi o Zenona z Elei (490-430 r. p.n.e.) filozofa greckiego, który twierdził, iż byt jest jeden, niezmienny a wszelka obserwowalna zmienność (w tym ruch) jest złudzeniem i jako sprzeczna wewnętrznie nie istnieje.
6). Kolej ułatwia masowe przesiedlenia Chińczyków Han do Tybetu


tłumaczenie T.T

19 października 2011

Rangzen mero – trudna droga do wolności

Publikujemy kolejny, krytyczny artykuł Jamyanga Norbu. Nawiązuje on do ostatnich dramatycznych protestów w Ngaba, a także stanowi kontynuację serii artykułów poświęconych zmianom w tybetańskich władzach na emigracji. W połączeniu z oświadczeniem Dalajlamy o przyszłości wypełnianej przez niego funkcji, zmiany te stanowią najważniejsze wydarzenia w tybetańskiej historii. Stąd wydaje nam się istotne, aby prezentować różne, także te krytyczne głosy w tej sprawie.


-----------------------------------

W połowie grudnia ubiegłego roku, Mohamed Bouazizi – skromny tunezyjski sprzedawca warzyw, podpalił się na znak protestu przeciwko skonfiskowaniu jego majątku oraz nieustającemu nękaniu i poniżaniu przez policję i lokalne władze. Wydarzenie to zapoczątkowało falę protestów, które doprowadziły do upadku autokratycznego reżimu i ochrzczone zostało mianem „jaśminowej rewolucji”. „Jaśminowa rewolucja” zwana też „Arabska wiosną” zaowocowała pokojową rewolucją w Egipcie, zbrojnym powstaniem w Libii (zakończona upadkiem dyktatora), wystąpieniami w Bahrainie, Syrii i Jemenie, demonstracjami w Izraelu, Algierii, Iraku, Jordanii, Maroku i Omanie.


W 12 dni po śmierci Mohameda Bouaziziego, w Tybecie rozpoczęła się fala samospaleń, póki co miało doszło do 8 tego typu wydarzeń*. “15 października 2011 r. o 11:50, były mnich klasztoru Kirti – Norbu Damdul podpalił się w centrum miasta Ngaba. Płonąc Norbu Damdul wznosił okrzyki: „całkowita wolność dla Tybetu’ i „powrót Dalajlamy do Tybetu””.
Norbu Damdul
Inne dwa samospalenia miały miejsce tydzień temu – 7 października. „Około 11:30 czasu lokalnego, 19-letni Choephel i 18-letni Khayang – mnisi z Kirti, podpalili się w centrum Ngaba”. „Świadkowie poinformowali, że stojąc w płomieniach mnisi nawoływali Tybetańczyków do zjednoczenia i powstania przeciwko chińskiemu rządowi, domagali się także wolności dla Tybetu i powrotu Dalajlamy z wygnania”.

Trzy dni wcześniej, 3 października, około 14 czasu lokalnego, młodziutki nowicjusz „Kesang Wangchuk przemaszerował ulicami Ngaba niosąc portret Dalajlamy i wznosząc okrzyki przeciwko rządom Chińczyków w Tybecie, po czym podpalił się”.
Kesang Wangchuk
W ubiegłym miesiącu – 26 września, 2 nastoletnich mnichów z klasztoru Kirti - Lobsang Kalsang i Lobsang Kunchok, „podpaliło się w centrum miasta Ngaba. Ich dalsze losy i stan zdrowia nie są znane”.
Lobsang Kunchok i Lobsang Kalsang 
Samospalenie Lobsanga Kunchoka, film przemycony z Tybetu

18 sierpnia, tybetańsku mnich z klasztoru Nyitso w Tawu - Tsewang Norbu (lat 29), zmarł po tym jak, podpalił się domagając się „wolności wżynania, niepodległości Tybetu i powrotu Dalajlamy”.
Tsewang Norbu
Na początku roku – 16 marca, popołudniu, 16-letni mnich z klasztoru Kirti – Puntsog, dokonał samospalenia.
Puntsok
Powinniśmy także pamiętać o wydarzeniach sprzed 2 lat, kiedy to 27 lutego 2009 r. inny mnich z klasztoru Kirti – Tapey, został postrzelony przez policję w trakcie próby samospalenia. Mnich został aresztowany, wiele wskazuje na to, że przeżył, jednakże jego dalsze losy nie są znane.
Tapey
Wszystkie raporty i komentarze w światku tybetańskim na uchodźstwie podkreślają „tragiczność”, „koszmarność”, „desperację” tych czynów. Organizacje polityczne, aktywiści oraz grupy wspomagające sprawę tybetańską domagają się interwencji ONZ-tu. Organizowane są czuwania, demonstracje i strajki głodowe. Pojawiły się także głosy, że wobec groźby wystąpienia kolejnych akcji tego typu należy podjąć jakieś działania zniechęcające potencjalnych samobójców. Wszystkie te oświadczenia, ogromna troska i wsparcie są w rzeczywistości niezbędne by świat zwrócił uwagę na sytuację Tybetańczyków, jednakże jeżeli wypowiadające je osoby nie potrafią poprzez pierwsze wrażenie – grozy i przerażenia - zobaczyć ofiary młodych mnichów, tak, jakby oni chcieli by była widziana – jako wołanie o podjęcie walki o wolności i niepodległość Tybetu, to mogą one wprowadzać w błąd i być w niezamierzony sposób protekcjonalne.
Bezcelowe jest także interpretowanie działań podjętych przez młodych ludzi jako nawoływanie do poszanowania praw człowieka, wolności religijnej czy „autonomii” w obrębie ChRL, jak chciałby to widzieć brytyjski The Independent.


Nie ma wątpliwości, że ludzie ci działali nie z powodu desperacji, nie dlatego, że nie mogli tak dłużej żyć, nie z chęci upomnienia się o wolny Tybet. Raporty o samospaleniach są bardzo ogólne, ale jedno co z nich jasno wynika to fakt, że były to akty politycznego protestu przeciwko chińskim rządom w Tybecie, dokonywane pod hasłami „niepodległy i wolny Tybet” (bhod rawang-rangzen) oraz powrotu Dalajlamy do Tybetu. To ostatnie żądanie musi być rozumiane we właściwym historycznym kontekście, jako że Dalajlama był zawsze i przede wszystkim postrzegany jako suwerenny władca Tybetu nie tylko przez tych, dla których był przywódcą duchowym ale i Tybetańczyków należących do innych szkół buddyzmu tybetańskiego oraz bonpów, tybetańskich muzułmanów i chrześcijan, którzy mają własnych przywódców duchowych.

Tupten Ngodup
Jest bardziej niż prawdopodobne, że młodzi ludzie zainspirowali się, jak wielu w kręgach tybetańskich, ofiarą Tubtena Ngodupa – byłego żołnierza i jednego z wyzwolicieli Bangladeszu, który podpalił się w kwietniu 1998 r. Zrobił to całkowicie świadomie, bez emocji. Był w pełni sił, zdrowy i wesoły, nie miał problemów finansowych, żył w wolnym kraju, w małej chatce medytacyjnej otoczonej kwiatami. Ale zrobił to w imię bhod rawang-rangzen – tybetańskiej wolności i niepodległości.

Pamięci Tuptena Ngodupa

Tych ośmiu młodych ludzi musiało słyszeć lub przeczytać gdzieś o czynie Mohameda Buazizi, zwłaszcza że na początku tego roku chińscy blogerzy i aktywiści na wieść o rozprzestrzenianiu się Arabskiej Wiosny domagali się rozpoczęcia jaśminowej rewolucji w Chinach. Piętnastu zagranicznych dziennikarzy aresztowano 6 marca podczas “największego od dwóch dekad starcia między chińskimi władzami a zagranicznymi mediami”. Zew rewolucji objął 30 wielkich miast (wliczając w to Hongkong i Taiwan), co zaniepokoiło władze ChRL. Cytując Hilary Clinton: „boją się, i próbują zatrzymać historię, co jest zadaniem głupiego. Nie uda im się to. Ale będą się starali, tak długo, jak to tylko możliwe”. The New York Times donosi, że władze w Pekinie zakazały sprzedawania kwiatów jaśminu (dodatek do herbaty – przyp. tłumacza), powodując załamanie cen hurtowych. Aresztowano 35 działaczy praw człowieka, między innymi znanego artystę Ai’a Weiwei.

Samospalenie 8 młodych mnichów jest rewolucyjnym aktem najwyższej ofiary, która ma zmobilizować Tybetańczyków do podjęcia działań, tak jak czyn Momaheda Buazizi obudził ludzi na Bliskim Wschodzie od lat będących pod jarzmem strachu, apatii cynizmu i leku, do obalenia dyktatorów, najwyższych przywódców i jedynie słusznych prezydentów.

Nowe przywództwo


Rewolucyjne wydarzenia mające miejsce w Tybecie od 2008 r. wskazują, że to stamtąd wskazywany jest kierunek, jaki powinna obrać walka o Tybet. Pisząc „kierunek” nie mam na myśli nie będącej rządem, administracji na uchodźstwie, która zastąpiła Tybetański Rząd na Uchodźstwie – prawdopodobnie najdłużej działający wygnańczy rząd doby Zimnej Wojny. Rządy na uchodźstwie w epoce zimnej wojny miał dość marne szanse powrotu do wyzwolonych krajów, z których wcześniej zostały zmuszone do ucieczki, nawet jeśli większość z tych rządów była uznawana i wspierana przez takie mocarstwa jak USA i Wielka Brytania. Polska utrzymywała w Londynie rząd na uchodźstwie przez całą II wojnę światową i późniejszą okupację sowiecką, ale to nie on lecz obywatelski ruch oporu Solidarność – niezależne związki zawodowe doprowadziły do tego że Polska zrzuciła w 1990 r. sowieckie jarzmo. Czesi także mieli podczas II wojny światowej rząd na uchodźstwie w Londynie. Powrócił on do Czechosłowacji w 1945 r. ale kraj został całkowicie zagarnięty przez blok Sowiecki, zwłaszcza po roku 68. kiedy radzieckie czołgi przetoczyły się przez Pragę. Czechosłowacja oswobodziła się dopiero w grudniu 1989 r. dzięki „aksamitnej rewolucji” (sametová revoluce). Pod okupacją sowiecką Kraje Bałtyckie zapewniły sobie wolność w dużej mierze przez niezależne przedstawicielstwa dyplomatyczne. Litwa miała konsulaty w Chicago i w Rzymie, a łotewskie służby dyplomatyczne reprezentujące niepodległą Łotwie miały biura w Nowym Jorku i Londynie. Jedynie Estonia miała w Szwecji od 1953 do 1992 r. rząd na uchodźstwie (i konsulat w Nowym Jorku). Ale wolność przyszła do państw bałtyckich w całości przez kampanie cywilnego oporu w latach 1980, jedną z nich była "Śpiewająca Rewolucja." Film dokumentalny (dostępny na DVD) pod tym tytułem ukazał się w 2007 roku i powinien go obejrzeć każdy działacz sprawy tybetańskiej. Najbardziej spektakularną (dosłownie) i najbardziej znaną z tych kampanii był "Bałtycki łańcuch" (lub Łańcuch wolności) – pokojowa demonstracja polityczna do której doszło 23 sierpnia 1989 roku. Około dwóch milionów ludzi wzięło się za ręce, tworząc łańcuch ludzi ciągnący się przez ponad 600 km w trzech krajach bałtyckich. Takie symboliczne, ale potężne działania nie tylko doprowadziło do uwolnienia tych starożytnych narodów, lecz bezpośrednio przyczyniło się do rozpadu Związku Radzieckiego. Uderzające w tych wszystkich zakończonych sukcesem rewolucjach jest to, że rządy na wygnaniu w żaden sposób nie brały w nich udziału, a nawet wydaje się, że nie przyczyniły się do powstań obywatelskich, które w końcu wyzwoliły te kraje. Wolność przyszła do tych okupowanych narodów poprzez ich własny wysiłek, odwagę i poświęcenie. Oczywiście skorzystały one z największych zmian geopolitycznych, które miały miejsce na całym świecie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Zgłębiam kwestię walki o wolność i rządów na uchodźstwie od czasu gdy nasz tybetański rząd na uchodźstwie sam się zlikwidował tego lata. Wielu z moich znajomych, byłych urzędników i działaczy ruchu rangzen jest głęboko wstrząśniętych i zmartwionych decyzją Dalajlamy o zakończeniu istnienia rządu emigracyjnego i zastąpienia go czymś w rodzaju organizacji pozarządowej. Pojawiły się nawet obawy, że sprawa Tybetu i jego wolności, mogłaby znacznie ucierpieć z powodu kryzysu w Dharamsali.
Oczywiście w pierwszym dziesięcioleciu naszego wygnania, istnienie rządu emigracyjnego było naprawdę niezbędne, nie tylko ze względu na walkę o wolność i zachowanie tybetańskiej kultury, ale także dla nas samych by utrzymać naszą tożsamość. Pomimo wewnętrznych kłótni, o czym pisałem w innych postach, nie ma wątpliwości, że w kilku pierwszych lat po marcu 1959 roku rząd na uchodźstwie wykonał ogromną pracę. Zacząłem pracować w pełnym wymiarze godzin dla rządu emigracyjnego w 1968 roku, chociaż już kilka lat wcześniej pracowałem wolontariacko jako nauczyciel w szkole podczas moich ferii zimowych. Byłem naprawdę zaskoczony i pod wrażeniem organizacji rządu emigracyjnego oraz poświęcenia jego urzędników. Mam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się zrozumieć, jak pierwsi tybetańscy uchodźcy pokonali tak wiele ogromnych przeszkód na drodze do utworzenia rządu emigracyjnego, i dlaczego potem rząd zrezygnował z podstawowej misji, uwstecznił się i stał się organizacją, której jedynym oczywistym celem wydaje się być, haniebne i zbliżone do farsy, przetrwanie. W poprzednim poście, który zamieściłem na blogu – Początek końca – opowiedziałem się za zachowaniem przez Dalajlamę funkcji symbolicznej głowy państwa i potępiłem degradację rządu emigracyjnego do roli organizacji pozarządowej. Nie dosyć wyraźnie widziałem, że nie tylko polityczna żywotność rządu emigracyjnego w naturalny sposób się kończy ale być może rezygnacja Dalajlamy i koniec rządu na uchodźstwie wydarzyły się we właściwym czasie.

Jeśli sięgniemy pamięcią do rewolucyjnych wydarzeń 2008 roku, kiedy Lhasa stanęła w płomieniach, to z pewnością przypomnimy sobie tysiące Tybetańczyków na całym płaskowyżu, spieszących z klasztorów, domów i namiotów, zjeżdżających konno z gór, powiewając flagami Tybetu i domagając się wolności i niezależności Tybetu . Ponadto z pewnością pamiętamy pięć głównych organizacji emigracyjnych, zjednoczonych w Ruchu Powstania Ludowego (People’s Uprising Movement) i ich Marsz Pokoju do Tybetu. Tybetańczycy na wygnaniu (i przyjaciele) na całym świecie podjęli liczne protesty i "kampanię kreatywnych działań" wspierających powstanie w Tybecie, sprzeciwiających się organizacji igrzysk w Pekinie i sztafecie znicza olimpijskiego.


Podświadomie wypieramy z pamięci oświadczenie Dalajlamy, że zrezygnuje ze swojego urzędu jeśli Tybetańczycy nie zakończą rozruchów w Lhasie. Możemy również nie pamiętać o tym, że Dalajlama nakazał pięciu organizacjom powstrzymać marsz do Tybetu, a premier Samdong Rinpocze stworzył "Komitety Solidarności" mające na celu powstrzymanie protestujących organizacji przed paleniem flag chińskich i wznoszeniem okrzyków "Wolny Tybet" czy "Chiny precz z Tybetu." Kilka lat wcześniej Samdong Rinpocze zabronił Tybetańczykom demonstrowania przeciwko chińskim przywódcom odwiedzającym USACzy wszystkie wydarzenia z 2008 r. mogły doprowadzić do czegoś większego? Bardzo dobrze pamiętam, ich niezwykłą siłę i zasięg. Można było wyraźnie wyczuć, że nadchodzi nowy początek, nowe radykalne pomysły.  Ale nigdy nie poznamy prawdy. Dharamsala, dokonując duchowego i emocjonalnego szantażu, stopniowo spuściła powietrze ze wszystkich nadziei i odwagi ludzi i zakończyła ten rok orgią zbiorowej hipokryzji i pochlebstw, zwanych Specjalnym Październikowym Posiedzeniem. 

Mój największy strach, mój najgłębiej skrywany lęk, jest zakorzeniony w marzeniu mojego życia. Moim marzeniem jest, by w niezbyt odległej przyszłości, w okresie spowolnienia gospodarki w Chinach, i jednocześnie kilku poważnych konfliktów wewnętrznych (nawet rewolucji), powstania rangzen wybuchły całym Tybecie (i ewentualnie Turkmenistanie i Mongolii) i uczyniły realną możliwość odzyskania niepodległości. Ten scenariusz nie jest tak surrealistyczny, jak się wydaje. To to już się kiedyś wydarzyło, w 1912 roku. Ale kiedy wygrywa mój strach, widzę jak w niezbyt odległej przyszłości, kiedy dojdzie do rewolucji, tybetańskie przywództwo "przekonane" przez sponsorów z Zachodu, którzy chcą zachować kontrolę nad chińską gospodarką i ochronić swoje portfele inwestycyjne, oświadczy, że Tybet jest częścią z ChRL i że Tybetańczycy nie mają innych aspiracji niż bycie lojalnymi obywatelami ChRL. Prawie to samo, co mówią teraz. Zdesperowane Chiny mogą nawet rzucać Dharamshali kości i pozwolić kolejnej delegacji (23?) na odwiedzenie Pekinu, a może nawet pozwolą Dalajlamie udać się z wizytą na górę Mt. Wutaishan (Riwo-tsenga). Ale to zabije rewolucję. Tym razem Dalajlama nie wydał żadnych oświadczeń dotyczących samospaleń, a administracja na wygnaniu nie domaga się ich powstrzymania. Jestem wdzięczny za to, ale nie wstrzymuję oddechu. Być może w końcu kierownictwo walki o wolność zostało przekazane tym, którzy są gotowi za nią umrzeć.

Droga naprzód


Drogą na przód dla tych, którzy wierzą w rangzen (tyb. niepodległość - przypis tłumacza) jest połączyć się z naszymi braćmi i siostrami w Tybecie i znaleźć sposób by wesprzeć nadchodzącą rewolucję. Mamy tą samą rolę do odegrania, co młodzi Arabowie mieszkający w USA i Europie, a którzy przyłączyli się do rewolucji w Tunezji, Egipcie I Libii, wspierając swoimi umiejętnościami medycznymi, komunikacyjnymi, dostępem do mediów, które zapewniły sukces Arabskiej Wiośnie. Musimy się jednak do tego przygotować – przedyskutować wszystko na forum. Jestem przekonany, że stanie się to wkrótce. Mimo że są nie załatwione sprawy, które należało poruszyć tu, w tym poście. Naszym pierwszym zadaniem jest wysłanie sygnału ludziom w Tybecie, którzy z pewnością słyszeli o rezygnacji Dalajlamy i zamknięciu rządu na uchodźstwie. Wielu z nich musi czuć się zagubionych, a niektórzy z pewnością doszli do wniosku że uchodźcy porzucili sprawę tybetańską. Musimy wysłać im jasną wiadomość – jakiekolwiek wieści dochodzą was z Dharamsali walka o niepodległość Tybetu trwa nadal, na całym świecie; inspiruje nas wasza ofiara, zaangażowanie i odwaga. Najlepszą okazją do wysłania tej wiadomości będzie nadchodzący 10 marca, zwłaszcza, że będzie to 100 rocznica zbrojnego wystąpienia przeciwko chińskiemu imperium w 1912 r. i powstania wolnego i niepodległego Tybetu. W lutym 1912 r. wybuchło powstanie w Chinach. Chińskie wojska grabiły i terroryzowały mieszkańców Lhasy. Wielki historyk Shajabpa informuje nas, iż przebywający na uchodźstwie w Dardżylingu XIII Dalajlama wysłał swoich 2 urzędników Jampę Tendara i Trimona Norbu Wangyala by stanęli na czele ruchu oporu. 26 marca wypowiedziano wojnę Chińczykom i w mieście rozgorzały walki. Po roku brutalnych starć, Chińczycy poddali się i zostali odesłani z powrotem do Chin przez Indie. Następnego roku Dalajlama powrócił do wolnego Tybetu.

10 marca 2012 roku wszyscy Tybetańczycy i przyjaciele Tybetu powinni się spotkać na wielkich demonstracjach / spotkaniach / festiwalach, jakich nie wiedziano wcześniej. Powinny być one nadzwyczajne, ekspresyjne, innowacyjne, zwracające uwagę, by świat, a co ważniejsze nasi bracia i siostry w Tybecie usłyszeli naszą zbiorową odpowiedź (ramgyo) na wiadomość o rewolucji, wolności i niepodległości jaką wysyłają nam z przez góry i łąki Tybetu. Wiadomość, którą słali nam przez lata w
swoich wierszach, pieśniach, pismach, demonstracjach i zawieszaniu flagi a także przez ich łzy, cierpienie, zniszczone życia oraz ofiary samospalenia.


Ognie, które zapłonęły w Delhi, Kirti i Kanze zostały ugaszone, ale parafrazując Jego Świątobliwość: „… ogień prawdy nigdy nie zagaśnie”, a naszą rolą jest strzec i pielęgnować ten cenny żar prawdy, wolności i niepodległości do chwili gdy będziemy mogli je ponownie rozniecić w sercach ludzi na całym płaskowyżu Tybetańskim. 
Tłumaczenie TT
----------------

Jamyang Norbu – tybetański intelektualista, pisarz i działacz polityczny. W młodości walczył w Tybetańskim Ruchu Oporu w Mustangu, później był twórcą i dyrektorem Instytutu Amnye Machen. Od ponad 40 lat mieszka na emigracji – obecnie w Stanach Zjednoczonych. Jest autorem bloga Shadow Tibet na którym opublikowana została oryginalna wersja artykułu.

----------------


* W momencie publikowania tego artykułu pojawiła się informacja o dziewiątym przypadku samopodpalenia się w Ngaba - tym razem kobiety, 20-letniej mniszki klasztoru Mame Dechen Chokhorling – Tenzin Wangmo.

Podpisz międzynarodową petycję w sprawie ostatnich wydarzeń w Tybecie: Stand Up for Tibet

10 sierpnia 2011

Początek końca (część I)

Jamyang Norbu
Oryginalny tekst został opublikowany 14 lipca na blogu Jamyanga Norbu 'Shadow Tibet'

Ghaden Phodran labrang, Klasztor Drepung (Tybet), fot. Shadow Tibet.


Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze;
Czysta anarchia szaleje nad światem,
Wzdyma się fala mętna od krwi, wszędzie wokół
Zatapiając obrzędy dawnej niewinności;
Najlepsi tracą wszelka wiarę, a w najgorszych
Kipi żarliwa i porywcza moc.

Te wersety z „Drugiego przyjścia” często były wykorzystywane w publicystyce politycznej (rozpaczliwego rodzaju), mimo że zazwyczaj wprowadzały wydarzenia, które nijak miały się do zwiastującej apokalipsę metafizycznej wizji Yeats’a. Kiedyś widziałem je wyeksponowane na jednej ze stron opiniotwórczej brytyjskiej gazety, dzień po trzecim zwycięstwie Margaret Thatcher w wyborach.

Jednak to, co dzieje się obecnie w Tybecie, można opisać niestety, tylko w najbardziej przerażających apokaliptycznych terminach. I nie mówię tylko o sytuacji wewnątrz Tybetu, gdzie nieubłagane rządy ucisku, przemocy, masowych przesiedleń, kulturowego ludobójstwa i niszczenia środowiska przyjęły teraz wymiar eschatologiczny, z gwałtownym ubożeniem i marginalizacją Tybetańczyków w obliczu chińskich (i zagranicznych) projektów rozwoju na wielką skalę.

Najnowszym dodatkiem do scenariusza „końca świata” jest z pewnością etnicznie wyniszczający „Program Przesiedleń Nomadów”. Według oficjalnego raportu agencji Xinhua w prowincji Qinghai w 2011 r. buduje się 25.000 nowych jednostek, które dołączą do 46.000 już działających ośrodków przesiedleńczych. Zakłada się, że pięcioletni program obejmie łącznie około 134.000 rodzin (pół miliona ludzi), którzy zostaną przymusowo wypędzeni ze swoich łąk i internowani w obozowiskach, które niepokojąco przypominają stalinowskie gułagi: rząd w rząd identyczne szare chaty z pustaków otoczone wysokim, kamiennym murem, który wzdłuż całego obwodu patrolowany jest przez wozy policyjne.

Ale nie. Jakkolwiek ponuro by to nie brzmiało, nie mam na myśli tylko tego, co dzieje się wewnątrz Tybetu, ale sytuację na zewnątrz, zwłaszcza w Dharamsali, gdzie tybetański rząd na uchodźstwie praktycznie zacisnął sobie pętlę na szyi.

Można by powiedzieć, że wszystko zaczęło się w 1988 r. wraz ze strasburską propozycja Dalajlamy, w której poddał on sprawę niepodległości Tybetu, jednak bardziej bezpośrednią przyczyną obecnego kryzysu było z pewnością tegoroczne oświadczenie z 10 marca, w którym ogłosił swoją decyzję o rezygnacji. Zamieściłem wpis krytykujący wybór daty tego wydarzenia, które miało miejsce zaledwie 10 dni po wyborach w Tybecie. Ponowiłem też sugestię, sprzed paru lat, którą zamieściłem w artykule na phayul.com, a mianowicie, iż pomimo tego, że decyzja Dalajlamy, aby w pełni zdemokratyzować rząd na uchodźstwie była niewątpliwie mile widziana, to jednak on sam, w imię politycznej ciągłości i podniesienia nastrojów Tybetańczyków spoza Tybetu, powinien pozostać głową państwa narodu tybetańskiego, mimo czysto formalnej pozycji. Wnikliwy edytorial w „Tibetan Political Review” (Tybetański Przegląd Polityczny) uczynił podobne rekomendacje, opisując prawne i konstytucyjne powody, dlaczego taki krok był potrzebny i dlaczego parlament na uchodźstwie nie powinien spieszyć się z decyzją w tej sprawie. Wszystkie tego rodzaju rady i uwagi zostały zignorowane w Dharamsali, o ile, zacznijmy od tego, w ogóle zostały zauważone. Tybetański parlament skierował do Dalajlamy pełną emocji prośbę, aby kontynuował swoją rolę „nadrzędnego politycznego i duchowego lidera Tybetu”.

Dalajlama kategorycznie odmówił podczas wykładu wygłoszonego 19 marca w świątyni Tsuglakang w Dharamsali. Jeden aspekt oświadczenia Dalajalmy, którego niektórzy z początku wydawali się nie pojmować, to fakt, że nie tylko zrezygnował on z politycznego przywództwa i bycia głową państwa, lecz także nieodwołalnie zakończył rolę Dalajlamy jako narodowej instytucji Tybetu. Raport na phayul.com postawił sprawę jasno: „Jego Świątobliwość powiedział dalej, iż była to jego dobrowolna decyzja, aby zakończyć polityczną rolę Instytucji Dalajlamy, która rozpoczęła się w 1642 r., kiedy to Wielki Piąty Dalajlama przyjął polityczną funkcję przywódcy Tybetu”.

Oglądając nagranie tego przemówienia uderzyła mnie wypowiedź Dalajlamy, że kończy on urząd Dalajlamy „zwycięsko” (gyalge nang nay). Dalajlama kontynuował mówiąc, iż nazwa Tybetańskiego rządu – Ganden Phodrang (Radosny Pałac) była pierwotnie nazwą labrangu Piątego Dalajlamy (osobistego pod-klasztoru w obrębie klasztoru Drepung) oraz, że zamierza wziąć z powrotem tę nazwę, dając jasno do zrozumienia, że rząd na uchodźstwie nie może dłużej jej używać i że jest to jego prywatna własność. Wytyczne Dalajlamy z początku były cokolwiek niepokojące. Czy nie zdawał on sobie sprawy, że nie może po prostu cofnąć o 370 lat historii i zmienić biegu wydarzeń, by pasował do jego obecnych planów tak samo, jak nie realne jest, żeby Chińczycy zwrócili mu budynek Ganden Phodrangu (który wciąż istnieje).

Kiedy Wielki Piąty ofiarował nazwę swojego własnego klasztoru nowemu rządowi wolnego Tybetu, zjednoczonego po raz pierwszy od czasu upadku dawnego imperium tybetańskiego, był to nieodwołalny akt polityczny i podniosłe wydarzenie historyczne. Myślę, że możemy być pewni, że Piąty nie myślał, o tym, że kiedyś w przyszłości mógłby zmienić zdanie i chcieć odzyskać nazwę Ganden Phodrang. Tak czy owak, Dalajlama otrzymał nowy, o wiele wspanialszy pałac Potala, który zbudowali dla niego Tybetańczycy własnym potem i poświęceniem, oraz nowy prywatny klasztor, Namgyal (który wciąż posiada). Od czasu uchodźstwa ma też nowoczesny osobisty sekretariat (kugyer yiktsang), który dzierży więcej władzy i wpływów niż rząd na uchodźstwie. Czy to nie wystarczy?

Od 1642 r. Ganden Phodrang pozostaje nazwą rządu Tybetu, a legalność obecnego rządu opiera się w opinii wielu Tybetańczyków na fakcie, że jest on nieprzerwaną kontynuacją tego samego rządu, który przedtem miał siedzibę w Lhasie. Jeśli zabrana zostanie nazwa, tym samym zakończy się legalność rządu. Jeśli rząd na uchodźstwie przestałby być Ganden Phondrang, to wówczas 49.184 Tybetańczyków na wygnaniu, którzy w tym roku oddali swój głos w wyborach, nie uczestniczyliby w demokratycznych wyborach nowego premiera i parlamentu, lecz raczej w wyborach prezesa i zarządu organizacji na rzecz uchodźców, lub czegoś w tym rodzaju.

Nieodłączna sprzeczność w żądaniu Dalajlamy mogła przyczynić się do kolejnej odsłony tej farsy. Krótko potem utworzono pięcioosobowy Komitet do Zmian Konstytucji (Charter Re-drafting Comitee), do którego należeli premier Samdong Rimpoche i rzecznik parlamentu Penpa Tsering. Pod wpływem wycofania nazwy Ganden Phodrang przez Dalajlamę, komitet zaproponował zastąpienie określenia „rząd” terminem „organizacja”.

Komitet wystąpił nawet z dziwnym, emocjonalnym (po namyśle może dogłębnie cynicznym) mottem nowej organizacji „Niech prawda będzie zawsze zwycięska” [„May Truth-ness Be Very Victorious” (denpanyi nampar gyalgyur chig)], który ma zastąpić poprzednie motto „Rząd Tybetu, Pałac Radości, zawsze i wszędzie zwycięski” [“The Government of Tibet, the Joyous Palace, Completely Victorious Everywhere (bhoshung ganden phodrang choglas namyal)]. Ta starsza formuła ma wspaniały wydźwięk i pewnie nie jestem jedynym, który tak sądzi. Rząd Bhutanu zaadaptował dość podobną: „Chwalebny rząd Bhutanu, zawsze i wszędzie zwycięski” [“Palden Drukshung Choglas Namgyal. The Glorious government of Bhutan, Completely Victorious Everywhere.]”

W niezwykłym przypływie efektywności i energii, pięcioosobowy komitet nakazał nawet umieścić nowe motto na pieczęci tybetańskiego rządu.

Aby przedyskutować i zaaprobować te propozycje zwołano narodową konferencję na 20 maja. Tenzing Sonam, filmowiec i eseista, w artykule w magazynie Himal, opisał to jako „historyczną okazję, ponieważ uczestnicy będą debatowali nad prawie 400 – letnim autorytetem politycznym instytucji dalajlamy oraz samym istnieniem oficjalnego rządu Tybetu na uchodźstwie”. Tenzing Sonam podkreśla, jak ważne było to spotkanie:

„418 Tybetańczyków z całego świata zebrało się w Dharamsali, tworząc tak reprezentatywną grupę na wygnaniu, jaka tylko możliwa była do utworzenia w tak krótkim czasie. Po czterech dniach intensywnych dyskusji, zebrani jednogłośnie poprosili Dalajlamę, aby zachował symboliczną obecność w rządzie jako głowa państwa, podobnie jak w systemie monarchii konstytucyjnej Wielkiej Brytanii. W opinii uczestników nie było widocznej sprzeczności w tej prośbie, skoro nie kolidowała z życzeniem Dalajlamy, aby „przestać być autorytetem politycznym.” Zmiana nazwy została odrzucona przygniatającą większością głosów, w zamian za utrzymanie tytułu „Rząd tybetański na uchodźstwie”. [wyróżnienie autora]

„Kiedy uczestnicy konferencji prezentowali swoje wnioski publiczności, wśród której był Dalajlama, po raz pierwszy zaskoczyła ich jego stanowcza odmowa, aby choćby przemyśleć ich sugestie, w myśl których miał pełnić jedynie funkcję reprezentacyjną. Jednak dopiero jego odpowiedź na drugi punkt, mianowicie utrzymanie oficjalnej nazwy „Rząd tybetański na uchodźstwie”, naprawdę nimi wstrząsnęła. Mocno sprzeciwił się tej propozycji, mówiąc, iż jeśli pozostawienie nazwy doprowadzi w przyszłości do problemów, nie będzie w stanie im pomóc. Zasugerował też, że nazwę można by zmienić na coś w rodzaju „Kierownictwo (Zarząd) Tybetańczyków” (‘Tibetan People’s Administration’).”

Dokładnie to uczyniono podczas następnej sesji tybetańskiego parlamentu. Sterowany i „strofowany” przez Samdonga Rimpocze, parlament prawie jednogłośnie przystał na zmianę nazwy rządu tybetańskiego na uchodźstwie na „Bhod Me Drik Tsuk” (dosłownie Institution/Organization of the Tibetan People – Organizacja Tybetańczyków).

Każdy kto próbuje zrozumieć tragiczne i zarazem przypominające farsę wypadki z Dharamsali oraz z gruntu niedemokratyczny, cyniczny i przypadkowy sposób, w jaki do nich doszło, powinien przeczytać artykuł Tenzina Sonama. Na phayul.com pojawił się pełen żałości nekrolog rządu Ganden Phodrang autorstwa Sheraba Woesera. O komentarze dotyczące różnych aspektów tej sprawy, przedstawiające cenną analizę problematyki, pokusili się Wangpo Tethong, Christophe Besuchet oraz prof. Elliot Sperling (w Jane’s Intelligence Review).

Jakkolwiek bardzo cenię sobie zdanie Tenzinga Sonama, jestem zmuszony nie zgodzić się z jedną z jego głównych teorii, powtarzaną zarówno przez Tybetańczyków, jak i obcokrajowców takich jak Pico Iyer, Patrick French, że „zawsze, odkąd w 1959 r. udał się na wygnanie, Dalajlama niestrudzenie promował demokrację”, lecz przegrał, ponieważ Tybetańczycy byli zbyt konserwatywni, religijni i bez wątpienia zbyt przywiązani do Dalajlamy. To, jak powiedziałem wcześniej, jest „w rzeczy samej pobożną bajeczką, którą sfrustrowani Tybetańczycy na wygnaniu powtarzają jak mantrę, żeby zganić siebie samych za trwającą stagnację ich społeczeństwa i ruchu politycznego”. Jego Świątobliwość rozpoczął być może tą demokratyczną pracę w imię słusznego celu, jednak jego niezdolność do tolerowania krytyki lub choćby odrobiny lojalnej opozycji gwarantowała, że ten eksperyment tybetańskiej polityki wyrodzi się wkrótce w coś pokroju Nepalskiej jednopartyjnej „Panchyat – demokracji”.

Nie zgadzam się też z Tenzingiem Sonamem, jakoby rezygnacja Dalajlamy miała być „dalekowzroczną i śmiałą inicjatywą Dalajlamy, aby zdecydowanie przenieść odpowiedzialność za demokrację na diasporę”. Przede wszystkim myślę, że to jasne, iż Dalajlama tak naprawdę nie zrezygnował i nie odszedł na emeryturę w tradycyjnym znaczeniu tego wyrażenia, tak jak prezydent George Bush wrócił na swoje ranczo w Crawford w Texasie, żeby wycinać zarośla lub coś w tym stylu, albo jak tradycyjnie wielu lamów w Tybecie udawało się na odosobnienie (tsam), wycofując się z pełnienia obowiązków religijnych czy urzędowych. W Lhasie powiedziano Charles’owi Bellowi, że Wielki Piąty Dalajlama „przewodził świeckim sprawom swojego kraju nie dłużej niż trzy lata, po czym usunął się z życia publicznego”.

Dalajlama nie tyle przeszedł na emeryturę, co przeprowadził ogromną zmianę w swojej karierze. Niecały miesiąc po swojej rezygnacji był już w Irlandii, udzielając Irlandczykom porad w sprawie kryzysu ekonomicznego mówiąc, że „Właściwe źródło szczęścia, spokoju umysłu, nie może zaistnieć dzięki pieniądzom”. Następnie udał się do Australii, gdzie wziął udział w idiotycznym talk-show, w którym nie zrozumiał żartu prowadzącego o pizzy i pocieszał mieszkańców Queensland, którzy niedawno przeżyli śmiertelną powódź i cyklon. W lipcu odwiedził Washington, w celu udzielenia inicjacji Kalaczakry, po której to nastąpiła publiczna debata w Chicago. W następnych miesiącach Dalajlama wypełniał zobowiązania we Francji, Estonii, Finlandii, Kanadzie, Monterrey w Meksyku, w samym mieście Meksyk, Buenos Aires i Sao Paulo. Nie wliczam w to czterech lub więcej publicznych wykładów, które wygłosi w Dharamsali dla setek wiernych z Tajwanu i Południowej Korei. Prześledzenie kalendarza spotkań na stronie dalajlama.com wzbudza ogromny podziw dla wytrwałości Dalajlamy. Pozwala uzmysłowić sobie też, że Jego Świątobliwość od dłuższego już czasu bardziej zajęty był duchowymi poszukiwaniami na skalę globalną niż sprawą wolności Tybetu.

Wielu popierających Dalajlamę Tybetańczyków i nie tylko, argumentowało, że te podróże z wykładami sprzyjają sprawie Tybetańskiej, przyczyniając się do potrzebnego wzrostu międzynarodowego zainteresowania. Z pewnością w tym przekonaniu jest trochę prawdy, jednak skutek jest taki, że owe wycieczki zapewniają sprawie Tybetu tylko tyle uwagi publicznej, ile Dalajlama ma chęć o niej mówić. Kiedy nie podnosi tej kwestii podczas swych podróży (co ostatnio staje się normą), media są szczęśliwe mogąc zignorować te trudne, polityczne problemy (po co denerwować Chiny, skoro nie trzeba?) i zamiast tego piszą o duchowości i pokoju na świecie.

Naturalnie Dalajlamie, odkąd zażywa uroków emerytury, wolno robić cokolwiek zechce. Jeśli chce poświęcić swój czas zapewniając światu opiekę duchową, to jego decyzja jest nie tylko godna szacunku, ale wręcz uznania i podziwu. Nie mam wątpliwości, że religijne wysiłki Dalajlamy przynoszą nieocenione pocieszenie i są drogowskazem dla wielu ludzi na świecie, a to z pewnością rzecz bardzo pozytywna.
Sprzeciwiam się jedynie jego świadomej decyzji, aby obedrzeć Tybetański rząd z jego historycznej nazwy i motta, faktycznie likwidując tę instytucję, jako jednostkę polityczną poprzez sprowadzenie jej z rangi „rządu na uchodźstwie” do zarządu lub organizacji uchodźców. Wielu Tybetańczyków, szczególnie dawnych urzędników i emerytowanych ministrów, było absolutnie wstrząśniętych tą decyzją. Rozmawiałem z niektórymi z nich i wydawali się zmieszani i zszokowanie, że rząd na uchodźstwie musiał dobiec końca z powodu emerytury Dalajlamy.

Z początku też byłem zdziwiony, ale po przemyśleniach wszystko stało się oczywiste. Tybetańczycy czują, że polityka dialogu Dalajlamy z Pekinem zawiodła. Większość czuje, że była to klęska druzgocąca i poniżająca. Jedynie aktywne zarządzanie tą sprawą przez samego Dalajlamę, wysiłek Samdonga Rimpocze i innych lojalistów trzymały podejście „drogi środka” przy życiu, lecz nawet wtedy – z ledwością. Bez zaangażowanego przywództwa Dalajlamy i z przeniesieniem faktycznej władzy wykonawczej na demokratycznie wybrany rząd na uchodźstwie, można było spodziewać się, że prędzej czy później dojdzie do władzy partia polityczna oparta na idei rangzen *. Możliwe, że nastąpi to wkrótce, zważywszy na wszystkie niepokoje i przejawy buntu wewnątrz Tybetu.

Dlatego, żeby zapewnić przetrwanie polityki „drogi środka” wśród społeczeństwa pozostającego na wygnaniu – utrzymać w tak stabilnym stanie, w jakim była – niezbędnym było, aby rząd na uchodźstwie został politycznie zredukowany i przekształcony w organ, zajmujący się wyłącznie rozporządzeniami, szkołami itd., nie będący natomiast w stanie decydować o przyszłości narodu tybetańskiego. Obecnie, chociaż mówi się, że Dalajlama przeszedł ostatecznie na emeryturę, a parlament zażądał, aby wszelkie środki władzy politycznej przekazano nowej „Organizacji Tybetańczyków” (w skrócie OT; ang. TPO), nie jest jasne, czy różnorakie urzędy, reprezentanci i wysłannicy Dalajlamy z całego świata pozostają w jego władzy, czy Organizacji Tybetańczyków. Prawie wszystkie nasze umowy z innymi narodami oraz sporo z zewnętrznych funduszy jest otrzymywanych przez te nieoficjalne „ambasady”. To właśnie oni zarządzają zagranicznymi podróżami i programami Dalajlamy.

Koniecznym dla wprowadzenia tego planu było żeby Dalajlama przestał być symboliczną głową państwa, mimo iż domagali się tego prawie wszyscy Tybetańczycy. Takie połączenie pozwoliłoby OT odnosić sukcesy dzięki prestiżowi Jego Świątobliwości i jego międzynarodowemu statusowi. Co więcej, jeśli zostałby symboliczną głową państwa, byłby konstytucyjnie zmuszony (jak brytyjska królowa, cesarz Japonii czy król Tajlandii) nie krytykować publicznie jakiekolwiek wypracowanego przez organizację stanowiska, nawet gdyby było ono odrzuceniem podejścia „drogi środka”.

Dalajlama zapowiedział, że na emeryturze będzie kontynuował promowanie „drogi środka”, na co zezwala mu nowa preambuła do ulepszonej konstytucji. Mamy więc obecnie do czynienia z kimś, kto ma większy wpływ polityczny niż symboliczna głowa państwa, ale bez wymogu wspierania polityki rządzących. A odkąd Dalajlama osiądzie w swoim prywatnym klasztorze i osobistym sekretariacie w Dharamsali, który prawdopodobnie począwszy od tego czasu będzie zwany Ganden Phodrang, żadne nowe kierownictwo ani OT, nawet wybrane zwycięską większością głosów, nie będzie stanie uczynić niczego, czego nie zaakceptuje Jego Świątobliwość.

Obecny kalon tripa - Lobsang Sangay, wydaje się w pełni pochłonięty przez nową rzeczywistość. W swoim pierwszym wywiadzie od wygrania wyborów zadeklarował, że był „za ‘drogą środka’” oraz, że „będzie walczył o rzeczywistą autonomię Tybetu w ramach chińskiej konstytucji”. Oświadczył także, że będzie posłuszny radom i wskazówkom Dalajlamy. Wcześniej, podczas kampanii, zawsze ostrożnie twierdził, że popiera i niepodległość, i „drogę środka”. W rzeczywistości ukuł on nowy termin „u-rang”, który łączył w sobie pierwsze sylaby umay-lan, czyli „drogi środka” oraz pierwsze sylaby rang zen, a który miał określać jego wyjątkową pozycję.

Przekonanie, że „droga środka” musi zawsze pozostawać jedyną polityczną ideologią Tybetańczyków, nawet jeśli status quo może zostać utrzymane wyłącznie przy użyciu najbardziej niedemokratycznych, cynicznych i samo-wyniszczających sposobów, dla wielu lojalistów jest kwestią wiary. Otwarcie stwierdzają oni, że zagraniczne podróże, spotkania z różnymi głowami państw, publiczne wykłady i nauki udzielane przez Dalajlamę, zostałyby drastycznie wstrzymane, gdyby Tybetańczycy zaczęli domagać się niepodległości; tego zdania są również niektórzy zachodni „wyznawcy” Dalajlamy. Przedstawicielka brazylijskiej dyplomacji, która przyjechała na mój wykład w Tibet House w Nowym Jorku powiedział mi to prosto w twarz i nie wiedziałem, czy pani ta tylko udzielała mi rady czy już groziła. Kolejne przytaczane usprawiedliwienie głosi, iż wsparcie finansowe otrzymywane z UE, USA i Kongresu, zostałoby wstrzymane, jeśli uchodźcy opowiedzieliby się za ideą rangzen. Ludzie ci są oczywiście w wielkim błędzie i dali sobie wmówić klasyczną samospełniającą się przepowiednię, ale nie będę się teraz nad tym rozwodził. Najważniejsze to zauważyć, że z ich strony jest to prawdziwa wiara, którą podziela także sam Dalajlama.

Istnieje także dodatkowy powód, podstawowy, jednak nie dyskutowany otwarcie, dla którego Dalajlama usilnie stara się, aby politycy na wychodźstwie nigdy nie zarzucili „drogi środka”. Napisałem o tym w 2007 r.: „W ostatnim dziesięcioleciu w kręgu tybetańskich przywódców sprzedaje się iluzję, jakoby tybetański buddyzm mógłby stać się dominującą, a może nawet oficjalną religią Chin. Niedopowiedzianym tego skutkiem miałoby być postrzeganie Dalajlamy jako duchowego przywódcy Chińczyków.” Victor Chan, który wspólnie z Dalajlamą napisał książkę Mądrość przebaczenia (The Wisdom of Forgiveness) i wraz z Jego Świątobliwością założył Centrum Dalajlamy dla Pokoju i Edukacji (Dalai Lama Center for Peace and Education), powiedział mi podczas wywiadu, że jest on „pewien, że Jego Świątobliwość mógłby zostać przywódcą chińskich buddystów, ale żeby mogło to nastąpić Tybetańczycy muszą zrezygnować z żądania niepodległości, ponieważ Chińczycy nigdy nie zaakceptują niepodległego Tybetu”. Jego Świątobliwość ujął to skromniej: „Chciałbym odprawić ceremonię Kalaczakry na Placu Tiananmen”.

Specjalny emisariusz Dalajlamy, Lodi Gyari, w wywiadzie dla rediff.com ogłosił: „Jednym z najbardziej decydujących czynników dla sprawy tybetańskiej jest to nowo odkryte zainteresowanie buddyzmem w Chinach.” W tym samym wywiadzie stwierdził, że nastąpił „wzrost szacunku” dla Dalajlamy w Chinach, także wśród urzędników chińskiego rządu i partii komunistycznej. Gyari odczuł, że ten wzrost rozszerzył się nawet na chińskich przedsiębiorców i biznesmenów, którzy wierzą, że „tym, czego Chiny naprawdę potrzebują jest obecność Jego Świątobliwości”.

To pewne, że Jego Świątobliwość i skupieni wokół niego ludzie są przekonani, że grają o ogromną międzynarodową stawkę. Stąd ich niecierpliwość w stosunku do tych, którzy trzymają się tych przestarzałych, nieopłacalnych i niekonsekwentnych instytucji i kwestii jak rząd na uchodźstwie czy niepodległość Tybetu. Mimo to wewnątrz Tybetu ludzie wciąż protestują w imię wolności i ponoszą tego konsekwencje. Na wygnaniu zdezorientowani i zrozpaczeni Tybetańczycy kontynuują demonstracje, strajki głodowe i pochody. Czy ktoś nie powinien powiedzieć tym ludziom, żeby poszli do domu; że wszystko skończone? Zwłaszcza tym w Tybecie, żeby przestali wystawiać się na tak wielkie ryzyko dla sprawy, która została oficjalnie zarzucona. A może oni wiedzą coś, czego my nie wiemy? Że, być może, daleka od zakończenia, walka dopiero się zaczyna? Nie wiem, ale chciałbym to zbadać w części II.
Konkluzja.

Zaledwie dwóch dalajlamów określanych jest przez Tybetańczyków mianem „wielki” (chenmo). Wielki Piąty (kuntreng ngaba chenmo) zjednoczył Tybet pozostający w rozsypce od czasów upadku Tybetańskiego Imperium, a Wielki Trzynasty (kundreng chuksumpa chenmo) wyzwolił Tybet spod dominacji dynastii mandżurskiej w 1911 r. i utworzył niepodległe państwo. Obecny Dalajlama otrzymał dotychczas wiele zagranicznych tytułów i honorów – Pokojową Nagrodę Nobla, Honorowy Medal Kongresu itd., ale proste, acz bezcenne uznanie ze strony swoich własnych ludzi jak dotąd pozostaje dlań nieosiągalne. Jego współpracownicy rutynowo nazywają go „Wielkim sternikiem światowego pokoju” [“The Great Helmsman of World Peace” (zamling shide dhipon)], co, jak podejrzewam, pozostaje w większej zgodzie z jego aktualnymi aspiracjami, wolałbym jednak, żeby nie używali tego samego tybetańskiego słowa „sternik” (dhipon), jakiego używało się w Tybecie podczas rewolucji kulturalnej dla uhonorowania Mao – „Wielkiego Sternika”.
----
*Rangzen – tyb. niepodległość . Wśród Tybetańczyków spierają się dwie frakcje: popierająca Dalajlamę i jego „drogę środka”, opowiadająca się za autonomią oraz bardziej radykalna frakcja rangzen – domagająca się realnej niepodległości Tybetu. (przyp. red.)




Jamyang Norbu – tybetański intelektualista, pisarz i działacz polityczny. W młodości walczył w Tybetańskim Ruchu Oporu w Mustangu, później był twórcą i dyrektorem Instytutu Amnye Machen. Od ponad 40 lat mieszka na emigracji – obecnie w Stanach Zjednoczonych.


Tłumaczenie: Anna Opara

23 lutego 2011

Tybet od kuchni, tsampa

Każdy turysta podróżujący po Tybecie, wcześniej czy później będzie zmuszony skosztować lokalnych przysmaków. Podstawowym pokarmem Tybetańczyków, jak Tybet długi i szeroki, jest odpowiednio przygotowana prażona mąka jęczmienna, czyli TSAMPA.
***

Zalety tsampy

Posiłki bazujące na mące jęczmiennej znane są już od neolitu; Grecy i Rzymianie uważali ją za pokarm pożywny, dający siłę i lekki w transporcie.

Tsampa jest świetnym jedzeniem w podróży, ponieważ nie wymaga gotowania, wystarczy ją zalać wodą, a przy tym jest bardzo pożywna. Mąka jęczmienna znana i lubiana jest także w Wielkiej Brytanii - Lemon Barley Water (napój cytrynowo jęczmienny) do niedawna był oficjalnym napojem pitym przez tenisistów podczas Wimbledonu.

Zachwyt starożytnych Greków i Rzymian, a także Tybetańczyków podzielił ostatnio amerykański Urząd ds. Żywności i Leków (FDA) - w 2006 r. wydal on oświadczenie, że "dowody naukowe wskazują, że włączenie do zdrowej diety jęczmienia może zmniejszyć ryzyko wystąpienia choroby niedokrwiennej serca przez obniżenie złego cholesterolu (niskiej gęstości lipo-protein) i stężenia cholesterolu całkowitego”.

The New York Times (środa, 28 czerwca 2006) dodał, że "zalety jęczmienia potwierdzają istotne dowody naukowe”. "Dieta zawierająca jęczmień zmniejsza ryzyko zachorowania na raka żołądka i jelit, cukrzycę typu 2 i choroby krążenia". Prozdrowotne zalety jęczmienia znane są także Japończykom i Koreańczykom - w obu krajach pija się herbatę z prażonego jęczmienia.

Sztuka przygotowywania i spożywania tsampy

Wiemy już, że tsampa jest zdrowa. Jak ją zjeść, żeby uniknąć losu chińskich żołnierzy, którzy przybywszy do Tybetu, krztusili się tsampą, narażając się na złośliwe komentarze Tybetańczyków?

Peter Fleming opisuje podstawowy sposób jej przygotowywania: wypełnij płytką miskę herbatą, dodaj masło i pozwól mu się rozpuścić (masło jest zazwyczaj zjełczałe i daje serowy posmak), następnie dodaj garść tsampy. Najpierw mąka pływa na powierzchni herbaty, ale z czasem zostaje przez nią pochłonięta. Mieszasz ją palcami na pastę, a następnie ugniatasz ciasto, aż nie będzie przywierało do miski. Śniadanie jest gotowe.
Najważniejsze jest mieszanie. Musisz to robić powoli i delikatnie, tak jakbyś łączył rozpuszczoną czekoladę z pianą z białek, przygotowując mus czekoladowy. W odniesieniu do przygotowywania tsampy, Tybetańczycy nie używają słowa "ugniatać" (zi), raczej użyją słowa "yoe", które oznacza delikatne mieszanie. Mieszając w ten sposób uzyskuje się ciasto, które nie jest twarde i kleiste, ale miękkie i plastyczne. Na tym etapie ciasta nie nazywa się już tsampą, lecz “paag”. Następnie paag dzieli się na małe kawałki, lub lepi z niego kulki. Takie małe kęsy noszą nazwę daga.

Innym sposobem jedzenia tsampy jest jedzenie jej “na sucho”, co po tybetańsku nazywa się tsang-gam. Łyżką nabieramy mąkę i wkładamy do ust. Jeszcze innym sposobem jest wylizywanie suchej tsampy z miski. Kiedy ma się wprawę w przygotowaniu tsampy, wydaje się to bardzo łatwe ale samodzielny trening nie jest wskazany. Sztuka polega na tym, żeby oddychając podczas tsang-gam (przygotowywania tsampy) nie wciągnąć mąki do płuc, w przeciwnym razie grozi nam atak kaszlu albo nawet zadławienie. Śmierć od tsampy - nieprawdopodobne rzeczy dzieją się w Tybecie... ;-)

Tybetańscy chłopi, zwłaszcza w regionie Tsang dodają garść tsampy do miski piwa jęczmiennego (chang) i jedzą to palcami, co po tybetańsku nosi nazwę kyo-mak da.

Na śniadanie tsampę spożywa się zazwyczaj, jako cham-dur lub jak to widnieje w menu restauracji tybetańskich - “owsianka z tsampy” . Dzieci uwielbiają to danie. O to sposób wykonania: kawałek masła umieszczamy w misce, dodajemy tartego sera, i trochę cukru (najlepiej brązowego), dodajemy gorącej herbaty lub mleka, czekamy aż masło się stopi i mieszamy - całość powinna mieć konsystencję naszej owsianki. Jemy z apetytem.

Dzieci w Tybecie lubią jeść również “popcorn” z ziarna jęczmienia (ney). Potrawa ta nazywana jest yod. Prażony jęczmień jest mielony w młynach zwanych chu-thag gdzie zamienia się w tsampę.

Wysokiej jakości tsampa uzyskiwana jest z najlepszego ziarna, które preparuje się w specjalny sposób, dzięki czemu jest ona nie tylko smaczna ale i pięknie pachnie. Najlepszą tsampę wystarczy połączyć z wodą i jeść bez żadnych dodatków. Ten sposób jedzenia nazywany jest chu-paag.

Na kolację można zrobić pyszną zupę, lub bulion o nazwie tsam-tug, składającą się z tsampy, mięsa i warzyw.

W starożytnym Tybecie tsampę serwowano na przyjęciach w dużych, przypominających ciastka blokach zwanych masen, towarzyszyły jej zazwyczaj kawałki gotowanej baraniny i rzodkiew. Tego typu przyjęcia nosiły nazwę sozi masen.

Za panowania dynastii Tang, Tybetańczycy kciukiem wyciskali otwór w bloku tsampy i używali jej jako łyżki do nabierania gulaszu lub duszonych warzyw.

Akcesoria

Do mieszania i jedzenia tsampy używa się zazwyczaj dużych drewnianych misek lub gog-phor. Miski te mają dopasowaną pokrywę, którą w razie potrzeby można zdjąć i nałożyć do niej inne potrawy - gulasz, zupę, czy warzywa.


Do tsampy można używać także misek do herbaty lub piwa zwanych jha-phor. Są one  mniejsze i płytsze niż miski do tsampy; wewnątrz czasami pokryte są srebrem.


Zestaw drewnianych misek może zawierać także małe miski (z pokrywką) do przechowywania gorącego sosu. Można je przechowywać we wnętrzu dużych pojemników gog-phor. Miski te wykonuje się w południowym Tybecie i w Mon Tawang. Niektóre z nich produkowane są w Bhutanie, przez wykwalifikowanych tokarzy. Uważa się, że niektóre z nich mogą wykrywać trucizny.

Ważnym elementem posiłków opartych o tsampę są sol-ray lub chusteczki. Rozmiarem przypominają one nasze serwetki, czasami są od nich większe. Ważne jest, aby podczas przygotowania tsampy mieć je na kolanach, bo bez względu na to, jakie mamy doświadczenie w przyrządzaniu tej potrawy zawsze nam się trochę rozleje. W czasie podróży w serwetkę zawija się miskę, lub inne akcesoria. Można je także użyć do zawijania kawałków tsampy lub mięsa. W Bhutanie, podobnie jak w Tybecie zupę podaje się w misce, ale tradycyjne danie z ryżu podawane jest na dużej serwetce, nazywanej tho-ray, którą każdy nosi ze sobą.

Jeśli nie posiedliście umiejętności mieszania tsampy w misce, możecie użyć torby do mieszania. W Tybecie jest to worek zazwyczaj z cienkiej skóry od góry ściągany rzemieniem (oto). Nazywa się on thang-khug. Można też użyć woreczka strunowego.


Istnieje też większa torba na tsampę z skóry i materiału, która nazywa się tsam-khug i używana jest głównie do przechowywania i czasami do podawania tsampy, nie zaś do jej mieszania. Niektóre skórzane tsam-khugi zdobione są brokatem. Łyżka którą nabiera się tsampę z worka nosi nazwę thetsam-thur.

Do przechowywania i podawania tsampy na stół służy specjalny drewniany pojemnik z pokrywką tsam-phor. Pojemniki te są często malowane we wzory na zewnątrz i lakierowane na czerwono na środku.


Niektóre z nich są nawet zdobione turkusami, koralami i kamieniami pół-szlachetnymi. W dawnych czasach wysocy lamowie, bogaci kupcy lub ważni urzędnicy mogli poszczycić się takimi wyjątkowymi tsam-phorami na swoich stołach. Niekiedy tsam-phory miały małe miseczki na pokrywce, trzymano w nich thue, mieszankę sproszkowanego sera, masła i brązowego cukru (bhurom) używanych jako dodatek smakowy do tsampy.



Słownictwo związane z tsampą

Tsampę spożywa się również w Turkiestanie, gdzie jest on nazywana "talkhan". W Biharze i niektórych częściach północnych Indii wytwarza się coś w rodzaju tsampy (czasami zmieszane z mielonym grochem) - "satthu". W niektórych częściach północnych Chin, gdzie jada się tsampę nosi ona nazwę "tso-mien". We wszystkich chińskich komunistycznych publikacjach, nawet tych, w języku angielskim, jęczmień określa się słowem tsampa (pinyin: qingke), a nie rodzimą nazwą "ney" lub "dru".

Kiedy mówi się o tsampie z szacunkiem nazywa się ją su-shib. Oczywiście Dalajlama ma bardzo szczególny rodzaj tsampy, przygotowywany specjalnie dla niego, nazywany jamin. Z drugiej strony gorsza tsampa zjadana przez biedniejszych ludzi nazywana jest kamsob lub tsam-sog. Mieszana jest ona czasami z mąką grochową (ten-tsam, ten-shi), która jest tańsza, choć sama w sobie bardzo aromatyczna.

Ponieważ tsampa odgrywa tak ważną rolę w życiu Tybetańczyków, nie powinno dziwić istnienie związanych z nią urzędników zwanych "tsam-shipa" i "tsam-nyer", odpowiedzialnych za zaopatrzenie, przechowywania i dystrybucję tsampy. Specjalne ministerstwo zwane "laykhung tsam-sher" zebrało płody rolne i rozdzielało je pomiędzy klasztory i wojsko. Żołd dla żołnierzy w dawnym Tybecie był w dużej mierze wypłacany w tsampie. Taką formę płatności nazywano tsam-phog, transakcje gotówkowe nosiły nazwę sha-phog czyli "płacenie mięsem”.

Tsampa ma zastosowanie w rytuałach religijnych lepione są z niej ofiary dla bóstw - tsokand torma. Podczas ceremonii sangsol rzuca się w powietrze garści tsampy (tsam-tor). Tsampa jest także palona, a dym jest oferowany nie tylko bóstwom, ale w akcie miłosierdzia także i głodnym duchom - yidags. Ponieważ istoty te, zamieszkujące jedno z buddyjskich piekieł, żywią się zapachem, palenie tsampy (soor lub tsam-soor) jest jedynym sposobem ich nakarmienia.

Tsampa pojawia się w wielu tybetańskich wyrażeniach i przysłowiach:
Tsamkhu tongpa dap pa. Bić pustą torbę na tsampę - zrobić coś z niczego.

Tsampa sholpa. Posypać lub rzucić tsampę - schlebiać komuś.

Tsampa gam lingbu tang. Jeść suchą tsampę grając równocześnie na flecie. Robić dwie sprzeczne ze sobą rzeczy - konflikt interesów.

Ngu-khug tsam-khuk la bhechoe tang. Używać portfela do przechowywania tsampy - roztrwonić majątek. Charles Bell tłumaczy to tak: “dobry ojciec ma worek pełen pieniędzy, zły syn używa worka do przechowywania mąki”.

Tsampa rang ge zay, thang-khuk mi la yok. Jesz tsampę, ale worek z nią zakładasz na cudze plecy” - czerpać profity z sytuacji, której konsekwencje ponoszą inni.

Tsampa khyekyag bhutog ki chay. Soda kuchenna pomaga tsampie (obie mogą być rozwiane przez wiatr) - jedna małoznacząca osoba nie może wspierać drugiej.

Tsampa-drima kha. Pachnący tsampą - oznacza coś prawdziwie tybetańskiego.

Słowo tsam-zen to skrót od tsampa-zangen, czyli zjadacze tsampy. Podczas pierwszych demonstracji w 1987 r. w Lhasie, Tybetańczycy zachęcali rodaków do wzięcia udziału w protestach wznosząc okrzyki: “Tsampa zangen tso ma dhon-sho!” - Zjadacze tsampy, wyjdźcie! Określenie to używane było jeszcze wielokrotnie, głownie w kontekście politycznym.

Tybetańczycy, mogą różnić się strojem, mówić niezrozumiałymi dla siebie wzajemnie dialektami, ale to, co ich łączy, to jedzenie tsampy.

***

Opracowane na podstawie: IN DEFENCE OF TIBETAN COOKING (PART I)